|
Na skróty
- Banki- Budownictwo - Chemia i farmacja - Emerytury - Energetyka - Euro 2012 - Fundusze - Internet i IT - Ludzie sukcesu - Makroekonomia - Media i marketing - Metale - Motoryzacja - Nieruchomości - Paliwa - Podatki - Praca i kariera - Prawo - Przemysł ciężki - Retailing - Samorządy - Służba zdrowia - Telekomunikacja - Transport - Ubezpieczenia - z Chin - z Rosji - z UE - z USA |
Co mają wspólnego gospodarki Polski i Węgier? Na pierwszy rzut oka niewiele — my mamy najwyższy wzrost PKB w Unii Europejskiej, a Węgry pogrążone są w głębokiej recesji. Ekonomiści jednak przestrzegają przed optymizmem — podobieństw wbrew pozorom jest bardzo wiele. Zestawienie obecnej sytuacji w Polsce z Węgrami z 2002 r. mrozi krew w żyłach. Kropka w kropkę Obecną Polskę z Węgrami sprzed siedmiu lat łączą zarówno czynniki gospodarcze, jak też fiskalne i polityczne. Węgry w 2002 r., podobnie jak my teraz, miały jeden z najwyższych wzrostów gospodarczych w Unii, co wspierało samozadowolenie rządzących. Na fali sukcesu na początku 2003 r. rząd ustalił konkretną datę przystąpienia do strefy euro — miało to nastąpić w 2008 r. — Tak samo zachowuje się dziś polski rząd — jest zachwycony wysokim wzrostem i do niedawna też miał datę przyjęcia euro. Zadowolenie z siebie prowadzi do braku mobilizacji do przeprowadzenia koniecznych reform — mówi Stanisław Gomułka. A naprawa finansów publicznych była Węgrom bardzo potrzebna — tak samo jak nam dzisiaj. — Dług publiczny Węgier w 2002 r. w relacji do PKB przekraczał 50 proc. U nas po drugim kwartale 2009 r. poziom jest bardzo zbliżony. To zdecydowanie zbyt wysoki dług jak na gospodarkę wschodzącą — mówi Michał Dybuła, główny ekonomista BNP Paribas na Europę Środkową i Wschodnią. Węgrzy jednak nie doczekali się naprawy finansów. Wręcz przeciwnie, rząd prowadził politykę rozbuchanych wydatków publicznych, co prowadziło do konsekwentnego narastania długu. Sowite podwyżki otrzymali pracownicy sektora publicznego oraz emeryci i renciści. To doprowadziło do gwałtownego wzrostu konsumpcji, ale też napompowało inflację. — U nas, wbrew pozorom, polityka fiskalna również jest bardzo rozluźniona. Podwyżki płac w budżetówce są mniejsze, nastąpiła natomiast obniżka podatku dochodowego i cięcie składki rentownej. Na to samo wychodzi — zaznacza Michał Dybuła. Pikanterii porównaniu Polski i Węgier dodaje fakt, że na koniec 2002 r. Budapeszt również stał u progu kryzysu politycznego — ówczesny premier Peter Medgyessy okazał się dawnym sowieckim agentem, co kilka miesięcy później zakończyło się upadkiem rządu. Afera hazardowa raczej nie skończy się w Polsce wymianą władz, ale zachwianie polityczne nie pomaga gospodarce. — System polityczny w Polsce prowadzi do permanentnego klinczu politycznego między premierem i prezydentem. Po ostatnich wydarzeniach niestabilność jeszcze się nasiliła. Teraz działania rządu skupią się na komisjach śledczych i stenogramach z podsłuchów, a reformy finansów zejdą na dalszy plan — mówi Rafał Antczak, wiceprezes Deloitte. Rezerwa już mruga — Rynki w końcu ukarały Węgry za nieodpowiedzialną politykę. Inwestorzy stracili zaufanie i zażądali większej premii za ryzyko inwestowania w obligacje rządowe, co zwiększyło koszty obsługi długu. Rząd nie miał wyjścia, musiał ostro ciąć wydatki budżetowe. Tak mocno, że okazało się to zabójcze dla gospodarki — mówi Stanisław Gomułka. I właśnie ten wariant może już niedługo zacząć realizować się nad Wisłą. Za dwa lata mogą ukarać nas i rynki finansowe, i nasze własne przepisy. — Jeśli dług publiczny w 2010 r. przekroczy próg 55 proc. PKB, uruchomiona zostanie procedura automatycznego uzdrawiania finansów państwa. To będzie oznaczało poważne cięcia wydatków. W dodatku nasze zaufanie wśród inwestorów zostanie podważone. To będzie kolejny etap na węgierskiej drodze — mówi Janusz Jankowiak, główny ekonomista Polskiej Rady Biznesu. A przekroczenie progu — według Stanisława Gomułki — jest nieuchronne. — Jeśli nie w 2010 r., to rok później — ostrzega były wiceminister finansów. Dlatego ekonomiści apelują do rządu, by już przygotowywał reformę finansów. — Nie jest wytłumaczeniem weto prezydenta. Nowo powołany prezydent powinien
dostać na biurko gotowe projekty, które będą już miały rozpoczętą drogę
legislacyjną, by zaraz po wyborach weszły w życie. To jedyny sposób zejścia z
węgierskiej drogi — mówi Janusz Jankowiak.
Hit "Pulsu Biznesu"
Jak 30 lat odmieniło Polskę
Wiadomości z pierwszej strony |
Z ostatniej chwili
Najczęsciej czytane Dziś
W ostatnim tygodniublog.pb.pl Najczęsciej komentowane Dziś
W ostatnim tygodniuOstatnio komentowane
Najpopularniejsze blogi Dziś
W ostatnim tygodniuNajczęsciej polecane Dziś
W ostatnim tygodniuNajczęściej drukowane DziśW ostatnim tygodniu |
| |||||||||||||||||||||||||||||||||