100 startów prezesa

Robert Rybarczyk
opublikowano: 28-03-2019, 22:00

Przebiegł swój piąty maraton i po raz setny wystartował w zawodach biegowych. Jarosław Matusiewicz, prezes spółki ubezpieczeniowej Uniqa, mówi, że niczego udowadniać już nie musi. Przynajmniej w sporcie.

Rzadko biega z muzyką. Woli audiobook, najczęściej kryminał. Najlepiej zacząć słuchać jeszcze przed treningiem, żeby zatopić się w historii.

Wyświetl galerię [1/3]

For. Archiwum prywatne

— Często słucham książek Henninga Mankella. W miesiącu do ośmiu audiobooków. W ostatnich latach podczas biegania myślę też o wystąpieniach, prezentacjach. Podczas treningu jestem ze sobą sam na sam i mogę wszystko spokojnie przemyśleć — ujawnia Jarosław Matusiewicz, prezes spółki ubezpieczeniowej Uniqa.

Tak jest teraz, ale 10 lat temu nie uprawiał żadnej dyscypliny.

— W domu sport nie miał znaczenia. Rodzice mnie do niego nie zachęcali, sam też się nie pchałem — przyznaje Jarosław Matusiewicz. Z powodu obciążonego kardiologicznie wywiadu rodzinnego zrobił badania wysiłkowe na bieżni. Z siedmiu etapów, w tym czterech obowiązkowych, zdjęli go po trzecim, bo miał za wysokie tętno i istniało ryzyko, że tego nie wytrzyma. Miał wysoki poziom cholesterolu, dużo ważył. To był jeden z powodów, żeby się za siebie wziąć.

— Żona, żebym zaczął biegać, znalazła mi taki trochę emerycki program: powtarzanie po sześć razy 30-sekundowego truchtu i czteroipółminutowego marszu, z czego wychodziło pół godziny aktywności. Po tygodniu zmieniłem proporcje: minuta truchtu, cztery minuty marszu. Przebiegnięcie pół godziny bez zadyszki zajęło mi trzy miesiące. Wcześniej nie byłem w stanie tego zrobić. Po niecałym roku w moim rodzinnym Olsztynie wystartowałem w nietypowym biegu na 15 kilometrów. Zacząłem biegać, kiedy miałem 45 lat. Wierzę, że można zacząć w każdym wieku — wspomina prezes spółki Uniqa.

Po niecałym roku trenowania schudł siedem kilo, więc najpierw pozwężał garnitury. Biegał jeszcze intensywniej i zrzucił kolejne kilogramy. Musiał kupić nowe ubrania. Kiedy zaczynał trenować, pracował i mieszkał w Łodzi, a na weekendy wracał do domu. Bieganie w Olsztynie to zupełnie inna bajka — są lasy, jeziora. W Łodzi i Warszawie truchtał po parkach. Żeby zrobić dłuższą trasę, biegł od jednego parku do drugiego, zaliczał kilka świateł, więc nie miał takiego komfortu jak w Olsztynie. Głównym impulsem do uprawiania sportu była waga. Ale też nieruchliwość, praca za biurkiem. Tymczasem bardzo dużo ludzi z jego firmy biegało.

— Na początku nie chciałem się przyznać. Szczególnie, że bardziej szurałem nogami, niż biegłem. Przyznałem się dopiero po kilku miesiącach. Przysłuchiwałem się, kiedy ktoś mówił o bieganiu. Chodziłem kibicować współpracownikom na zawodach. Na początku nie wierzyłem, że mi się uda. Ale kiedy przebiegłem pierwsze pół godziny, to już się wciągnąłem — mówi Jarosław Matusiewicz.

W Olsztynie wystartował w Biegu Jakubowym na 15 km. Kiedy przygotowywał się do tych zawodów, założył, że jego tętno w trakcie biegu nie przekroczy 150 przez pierwsze 5 km. Tymczasem już na starcie miał 140 ze stresu. Bardzo mu się spodobała atmosfera zawodów. Dołączył do klubu biegaczy, który miał wsparcie trenera. Ten przygotował każdemu plan treningowy, dobrze wpisany w kalendarz zajęć. Dzięki temu nikt nie odpuszczał biegania. W firmie biegacze wzajemnie się nakręcali, wyszukiwali zawody i bywało, że w sezonie co tydzień gdzieś startowali.

— Wcześniej nie uprawiałem sportu, dlatego nie mam szans walczyć z tymi, którzy kiedyś go uprawiali i teraz do tego wracają. Szybko dochodzą do dużo lepszych wyników. Mam jednak w sobie coś takiego, że zawsze chcę poprawiać własne osiągnięcia. Cieszę się, gdy mi się to udaje — przyznaje Jarosław Matusiewicz.

Kiedy zaczął prowadzić międzynarodowe projekty, zmienił charakter pracy: 130 lotów rocznie, czas spędzany na lotniskach, w samolotach, hotelach. Musiał to rekompensować ruchem. Niezależnie od tego, gdzie przebywał, wstawał o szóstej i wybiegał w miasto. Odwiedził wiele krajów, w których działa Uniqa. Grafik był tak napięty, że nie miał czasu na zwiedzanie, ale mógł te miasta przynajmniej obiec. Dużo widział, tylko nie wie, co. Biegał w Sarajewie, Podgoricy, Tiranie, Belgradzie, Zagrzebiu, Kijowie… Zaobserwował różnice między krajami: rano w Pradze czy Budapeszcie spotyka się wielu biegaczy, w krajach bałkańskich — garstkę, zazwyczaj sąsiadów z hotelu. Po dwóch latach powtórzył badanie na bieżni. Z siedmiu etapów zrobił sześć. Ostatniego już nie, bo nie było sensu. Badania są teraz na więcej niż na zadowalającym poziomie.

Jarosław Matusiewicz przyznaje, że wyzwaniem jest połączenie pasji z życiem rodzinnym — gdy przygotowuje się do zawodów, dużo trenuje.

— Biegam cztery razy w tygodniu. Najdłużej w weekend: 1,5-2 godziny. Oprócz tego robię jeden trening siłowy, czyli podbiegi albo interwały. Poza tym dwa razy w tygodniu po prostu idę pobiegać 45-60 minut — wylicza prezes spółki Uniqa.

Podczas przygotowań do maratonu rośnie liczba przebiegniętych kilometrów. Jeżeli przygotowuje się do mniejszego dystansu, 5-10 km, robi więcej interwałów. W tygodniu, w normalnym cyklu, trenuje 3-4 godziny, a podczas przygotowań do maratonu — 5-6 godzin. Jeżeli biega dłużej niż godzinę, bierze ze sobą wodę. Na bardzo długie trasy zabiera żele (Agisko) lub batony. Ale głównie biega na czczo. Czasami zdarza się, że zje pół banana. Po treningu rozciąga się dokładnie, żeby uniknąć kontuzji. Przyznaje, że bieganie może się okazać dość drogim sportem, ale odpowiednie buty to podstawa. Muszą być nawet półtora numeru za duże, bo kiedy stopa dotyka podłoża, to się wydłuża, natomiast podczas zbiegania z górki — przesuwa się do przodu.

— Jeżeli ktoś chce po prostu pobiegać, weźmie jakiekolwiek buty. Natomiast jeżeli chce przebiec dużo kilometrów, to musi wydać pieniądze na dobre obuwie — uważa przedsiębiorca.

Na początku kupił zwykłe buty na wyprzedaży. Ale szybko zaczęły go w nich boleć stopy. Znalezienie dobrego obuwia zajęło mu sporo czasu. Zaczynał, gdy ważył dużo, więc musiał mieć dobrą amortyzację, by ochronić stawy. Rzadko kupuje drugi raz ten sam model butów. Po przebiegnięciu 1000 km wymienia je. Lubi gadżety. Kiedy kupił drogi zegarek biegowy, który mierzy różne parametry, miał jeszcze większą motywację, żeby trenować.

— Czy to kryzys wieku średniego? Ma u nas pejoratywne znaczenie. Kupuje się np. szybkie samochody. U mnie ten kryzys objawił się w taki sposób, że zacząłem o siebie dbać. Zdrowie trochę mi szwankowało, a trzeba było troszczyć się o rodzinę. Nie wierzę, że nowy samochód da szczęście na dłużej — uważa Jarosław Matusiewicz.

Przez długi czas startował tylko w półmaratonach i to mu wystarczało. Często jednak słyszał, że po maratonie czuje się niesamowitą euforię na mecie. Postanowił spróbować. Namówił kolegę, który chciał sobie zrobić prezent na sześćdziesiątkę. Pobiegli razem maraton w Warszawie w 2013 r.

— Wtedy postanowiłem, że rocznie przebiegnę co najmniej jeden maraton. Poznań, Amsterdam, Berlin, gdzie bardzo mi się spodobał także maraton na rolkach, który poprzedzał ten biegowy. Przejechałem go już dwa razy — wspomina Jarosław Matusiewicz.

Zawsze chciał pobiec maraton w Nowym Jorku, zupełnie inny niż wszystkie. Przez wiele lat się zapisywał, ale szansa powodzenia to 1:20. Rok temu w końcu został wylosowany. Przygotowanie było długie (organizatorzy dają znać w marcu, a bieg jest w listopadzie). Wydłużał dystans, zapisał się na wiele półmaratonów, które były dobrym treningiem, zrobił maraton na rolkach. Maraton w Nowym Jorku jest trudniejszy ze względu na zaskakująco pagórkowate ukształtowanie terenu.

Zawody były fantastycznie przygotowane od strony zabezpieczenia, logistyki. Punkty nawadniania co milę (standardem jest co 5 km, a bywa i rzadziej).Były nawet punkty, w których wolontariusze oferowali wałek do rozrolowania zbitych mięśni. No i jedna rzecz, której nie ma nigdzie indziej: ponad milion kibiców na 50 tys. uczestników. Kiedy żona chciała mu podać na trasie butelkę z wygazowaną colą (zastrzyk glukozy dla organizmu), udało jej się tylko na chwilę przebić przez tłum.

— Walorem tego maratonu jest zwiedzanie dzielnic Nowego Jorku. Ale każdy bieg miał jakiś urok. Może dlatego, że nigdy nie startowałem dwa razy w tym samym miejscu? Najfajniejszy był mój drugi maraton w Poznaniu. Byłem przygotowany, dobrze się czułem, to był mój dzień. Wszystko ma znaczenie, bo to olbrzymi wysiłek dla organizmu. Mówi się, że przygotowanie do maratonu jest bardzo zdrowe, bo parę miesięcy przed startem zmienia się dietę, odstawia alkohol, więcej się ćwiczy. Potem jednak musisz biec 42 kilometry, w moim przypadku to ponad cztery godziny.

Po takim bieganiu dochodzisz do siebie przez kilka tygodni. Maraton najlepiej przeżyć z perspektywy kibica — żartuje prezes firmy Uniqa. Najdziwniejszy maraton wciąż przed nim — zawody w Médoc. Ludzie biegną przebrani, a w punktach odświeżania podają im wino. Więcej maratonów nie chce już biegać, bo nie ma możliwości dobrego przygotowania. Nadal chce startować w półmaratonach. Na zawody często zabiera rodzinę, a czasami biega z nastoletnim synem, który ma zespół Downa.

— Wciągnąłem syna w bieganie. Robimy to razem, w jego tempie. Czasem, w trakcie moich zawodów, jeśli organizatorzy pozwolą, wbiegamy na metę razem. Dużo biegam też z kolegami, żeby ich wspomóc. Robię to w ich tempie, żeby ich pociągnąć, wspierać. Trudno się do kogoś dopasować. Ludzie mają różne nawyki, są w różnej formie. Ja wolę biegać sam — dodaje Jarosław Matusiewicz.

Zainteresował bieganiem wiele osób. Nie przez namawianie, tylko przez to, że widzieli, jak biega, że ma pasję, frajdę. Od roku ma małą tajemnicę: basen.

— Wszyscy pytają, czy to się wiąże z planami pokonania triathlonu. Nie mam takiego zamiaru. Ale i nie zarzekam się. Wcześniej mówiłem, że nie pobiegnę maratonu, a kiedy doszedłem do punktu, w którym biegłem kilka półmaratonów w roku, pojawiła się ciekawość, co będzie, jak pobiegnę maraton — ujawnia Jarosław Matusiewicz.

Jest już na takim etapie, że zapisuje na zawody tylko wtedy, kiedy start da mu frajdę. Jego filozofia się zmieniła. Bieganie to nie jest reżim.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Robert Rybarczyk

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu