Aaaaaaaaaaaaaaaby... zarobić na akcjach

Adrian Boczkowski
opublikowano: 15-02-2010, 00:00

Spółki z początku listy emitentów dały zarobić od rynkowego dołka dużo więcej niż te z końca. To ciekawy przypadek, który jednak nie stanie się regułą

W szczycie rynkowej paniki z lutego 2009 r. zdecydowanie korzystniejsze było kupowanie niż sprzedawanie akcji. Promocja cenowa stała się już mocno zachęcająca dla fundamentalistów, dzięki czemu w rok WIG mógł podnieść się o blisko 80 proc. Kto jednak nie miał upatrzonych spółek lub możliwości stworzenia portfela rynkowego, powinien postawić na spółki pierwsze z brzegu. Dosłownie. Chodzi o walory firm, których nazwy zaczynają się na A.

W pierwszej siódemce najbardziej wzrostowych spó- łek aż sześć ma nazwy zaczynające się na pierwszą literę alfabetu (zobacz obok). Ich kursy wzleciały o imponujące 400-500 proc. To oznacza, że inwestor z każdych zainwestowanych 10 tys. zł ma po roku na rachunku 50-60 tys. zł! Spółki o nazwach zaczynających się na A ogólnie zdeklasowały inne. Rozdzielając kapitał równo między walory tych spółek, po roku można byłoby zarobić 140 proc. Dużo gorzej wypadły inne strategie oparte na literach. Spółki na B czy na T dały zarobić przeciętnie około 40 proc., a na Z 54 proc. Wybór brzegu listy firm giełdowych do zakupów był więc bardzo ważny. Co ciekawe, większego znaczenia nie miała tu koncentracja. O ile w połowie lutego zeszłego roku były 32 spółki na A, a np. na Z jedynie siedem, to aż 42 spółki na P dały przeciętnie "jedynie" 74 proc. zysku.

To jednak tylko ciekawy splot okoliczności podczas rocznego już rajdu kursów. Zachowanie notowań trudno przecież tłumaczyć nazwą firmy danej spółki. Tym bardziej że najmocniej odbił kurs Pagedu (o ponad 800 proc.). Choć ma on w nazwie "a", to jednak kluczowe w jego przypadku było nastawienie inwestorów. Przed rokiem widzieli ponad 50 mln zł zobowiązań z opcji walutowych i mocno spadającą sprzedaż, która spowodowała przestoje w fabrykach. Choć sytuacja od razu się nie polepszyła, to odreagowanie wyprzedaży akcji było imponujące. To kwestia wyraźnie polepszających się perspektyw dla branży i szybko rosnących zysków Pagedu, a także optymistycznych prognoz i rekomendacji.

Podobnie było z Asbisem, który handluje sprzętem IT głównie na Wschodzie. Obawy o przyszłość spółki przy bardzo niskiej płynności kursu sprawiły, że od lipca 2008 r. do marca 2009 r. notowania zniżyły się o ponad 70 proc. Później jednak, na fali globalnego odreagowania, handel zdecydowanie odżył, a kurs jest obecnie wyżej o ponad 500 proc. niż przed rokiem. Nie zobaczyliśmy przecież "końca świata", który wieszczyło wielu "ekspertów". To również przyczyna mocnego zrywu kursu branżowego konkurenta — AB. Podobnie było również w przypadku ACE (producent elementów hamulcowych), którego dodatkowo wsparły pakiety stymulacyjne za naszą zachodnią granicą. Dzięki temu produkcja nowych samochodów wzrosła dużo szybciej, niż można było się spodziewać. Ukraińską Astartę pokrzepiły wzlatujące ceny wytwarzanego produktu (spółka jest oskarżana o udział w nielegalnych praktykach windowania cen cukru), a kurs wielkopolskiej Amiki uratowały perspektywy popytu na sprzęt AGD w Europie oraz kooperacja z Samsungiem (gotówka za sprzedane fabryki zdecydowanie poprawiła standing finansowy spółki).

Co dalej? W najbliższych kwartałach nie można liczyć już na proste odreagowanie wcześniejszych spadków kursów, bo całkiem dobre perspektywy światowej gospodarki są już w cenach. Dlatego nie ma prostego alfabetu zarabiania na GPW. Kluczem są analizy perspektyw konkretnych spółek i prognozy ich zysków.

Adrian Boczkowski

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Adrian Boczkowski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy