Ameryka stała się oazą spokoju

Marek Wierciszewski
26-09-2011, 00:00

Lokowanie kapitału na zachodnich rynkach pozwala znacznie ograniczyć ryzyko

Przez wiele lat, gdy warszawska giełda radziła sobie dużo lepiej niż parkiety z gospodarek dojrzałych, inwestowanie za granicą, szczególnie w krajach wysoko rozwiniętych, nie było popularne. Tymczasem podstawowa zasada każdego inwestora — mówiąca o dywersyfikacji — każe lokować pieniądze na kilku rynkach.

O tym, jak ważna jest reguła dywersyfikacji, możemy się przekonać właśnie teraz. Ostatnie tygodnie pokazały, jak mocno polska gospodarka uzależniona jest od koniunktury światowej. Gwałtowne zawirowania, jakie w tym czasie obserwowaliśmy na rynkach finansowych, nie oszczędziły złotego. Przez warszawską giełdę przetoczyła się gwałtowna wyprzedaż.

Wszystko odbywa się według scenariusza: kiedy Europa Zachodnia ma katar,

Polska dostaje zapalenia płuc. Dlaczego tak jest? Jesteśmy uzależnieni od finansowania z zagranicy. Tak samo, a nawet bardziej niż inne rynki wschodzące. Nie zdołaliśmy zgromadzić takiego majątku jak Szwajcarzy, Japończycy czy Amerykanie. Apetyty — przynajmniej w ostatnich latach — mieliśmy jednak spore. Rząd musiał łatać powstały wskutek nadmiernych wydatków deficyt budżetowy, zwracając się po pomoc także do inwestorów spoza Polski. Kupujący mieszkania często wybierali kredyty walutowe, by uniknąć wysokich stóp procentowych. Akcje przedsiębiorstw notowanych w Polsce kupowały zagraniczne fundusze, finansując ich rozwój.

Inwestorzy zagraniczni to największa grupa działająca na warszawskim parkiecie. Jak dodatkowo oblicza Martin Marinov, zarządzający rynku obligacji w Raiffeisen Capital Management, w rękach inwestorów spoza granic kraju jest około 30 proc. polskich obligacji skarbowych. Te papiery są warte ponad 220 mld złotych. Zaciągnięte przez Polaków kredyty walutowe to kolejne ponad 170 mld zł (ta kwota odpowiada równowartości połowy rezerw NBP). Do tego dochodzi jeszcze zadłużenie przedsiębiorstw.

W czasach kryzysu takie uzależnienie od inwestorów zagranicznych to nic dobrego. Przekonujemy się o tym, obserwując kurs euro, który ostatnio tak wysoko był ponad dwa lata temu. Kapitał, który jeszcze niedawno płynął szerokim strumieniem, teraz szuka wyjścia, pogrążając złotego. Przestraszył się coraz słabszej kondycji światowej gospodarki i kryzysu w Europie.

Dlatego powodów do zadowolenia nie mają ci, którzy mają kredyty w walutach obcych. Odetchnąć mogą za to posiadacze aktywów walutowych. Choć i oni stracą na mogącym nadejść spowolnieniu gospodarczym oraz na wyższych cenach importowanych towarów (w tym paliw), to jednak fakt posiadania bardziej stabilnych aktywów ich chroni, a nawet pozwala osiągnąć sowite zyski.

Od przełomu kwietnia i maja, kiedy rynek osiągał koniunkturalny szczyt, na inwestycji w dolara amerykańskiego, czyli najbezpieczniejszą i najpłynniejszą walutę, można było zarobić blisko 27 proc. Jeszcze lepsze okazały się obligacje amerykańskiego skarbu. Rentowności papierów 10-letnich spadły w ciągu pięciu miesięcy o połowę, dając zarobić tym, którzy odpowiednio wcześnie je kupili. Oprócz tego inwestor z nich korzystający zarobiłby na różnicach kursowych. Zyskały również obligacje innych krajów rozwiniętych.

Mimo sporej przeceny na rynkach dobrze zarobić dały także akcje spółek o defensywnymcharakterze. W ostatnich tygodniach wśród dojrzałych rynków najlepiej radził sobie amerykański. Wyniki indeksów w USA są dużo lepsze niż europejskich, nie brakuje spółek, które przynoszą zyski akcjonariuszom nawet w czasach zawieruchy (patrz wykresy). Zawirowania dobrze zniosły zwłaszcza amerykańskie firmy, które regularnie wypłacają dywidendę. Kurs Coca-Coli, której stopa dywidendy sięga 3 proc., a przychody są w mniejszym stopniu związane z koniunkturą gospodarczą, jest obecnie zbliżony do wartości z okresu, gdy krajowe indeksy formowały szczyty, sięga 67 USD.

Papiery McDonald’s zyskały w tym czasie już 10 proc. Jeżeli do tego dodać wpływ różnic kursowych, to zysk dla polskiego inwestora rośnie do prawie 39 proc. To jednak wciąż mniej, niż dało zarobić Apple. Choć sektor technologiczny nie jest uznawany za defensywny, innowacje i wzrost efektywności rekompensują spowolnienie gospodarcze. Od przełomu kwietnia i maja papiery producenta iPodów skoczyły o 16 proc., przekraczając 400 USD. Wyrażona w złotych stopa zwrotu to aż 47 proc.

 

KRZYSZTOF BOROWSKI PRZEDSTAWIA

Ciekawe spółki technologiczne

KRZYSZTOF BOROWSKI ekspert KBC Securities

ARM Holdings

Brytyjska spółka notowana w Londynie i na Nasdaq. Projektuje procesory, oprogramowanie do nich, systemy informatyczne. Uchodzi za spółkę dominującą na polu produkcji chipów do telefonów komórkowych. W przeciwieństwie do swoich najgroźniejszych konkurentów (AMD, Intel, Freescale, Renesans), ARM skupia się głównie na patentach swojej technologii niż samej produkcji procesorów. Wielu znanych producentów procesorów korzysta z technologii ARM (Intel, Samsung, Texas Instruments). Strategia zakłada, że 50 proc. procesorów znajdujących się w urządzeniach przenośnych do 2015 r. ma być oparte na projektach stworzonych przez ARM. 2010 r. był szczególnie udany dla firmy. Przychody netto ze sprzedaży wzrosły z 489,5 w 2009 r. do 631,3 mln USD.

CEVA

Specjalizuje się w projektowaniu i licencjonowaniu cyfrowych procesorów sygnału (DSP) znajdujących zastosowanie w bezprzewodowej komunikacji, audio i video HD, VoIP oraz Bluetooth, a także oprogramowania do nich. Akcje spółki należą do segmentu spółek wzrostowych (growth), które nie wypłacają dywidendy. Cena akcji w ciągu ostatnich 52 tygodni wzrosła o 122,18 proc. (S&P 500 wzrósł w tym samym czasie o 8,03 proc.). Najważniejszym konkurentem firmy jest ARM Holdings oraz Texas Instruments.

Apple Computers

Projektuje, wytwarza i sprzedaje komputery, telefony, medialne urządzenia przenośne oraz sprzedaje oprogramowania do nich. Produkty oferuje w 317 sklepach (233 w USA, a 84 w różnych krajach świata). Firma została założona w 1976 r. w Kalifornii i uchodzi w USA za symbol sukcesu giełdowego (nieliczni może pamiętają, jak Forrest Gump w filmie mówił, że o jego pieniądze zatroszczył się już kapitan Dan Taylor, kupując akcje „jakiejś owocowej spółki”; chodziło o Apple’a). Cena akcji w ciągu ostatnich 52 tygodniach wzrosła o 45,44 proc. (S&P 500 wzrósł w tym samym czasie o 8,03 proc.). Główni konkurenci to Google, HPQ, Microsoft, Research In Motion. Z tych firm jedynie kurs Apple Computers zachowywał się w ciągu ostatnich 2 lat lepiej niż indeks DJIA oraz Nasdaq.

 

KOMENTARZ PARTNERA

Rynek dojrzały daje więcej

GRZEGORZ ZIĘBA KBC Securities NV

Ameryka to rynek dojrzały. Choć twierdzenie takie jest truizmem, sprawdźmy, co się za tym kryje. Dojrzałość tę szczególnie widać w kontekście ostatnich wydarzeń na rynku polskim. Kiedy doszło do sierpniowej korekty, w zasadzie wszystkie spółki obrały jeden kierunek. Różnica dotyczyła tylko intensywności spadków. Nie liczyły się żadne argumenty, w tym nawet świetne wyniki finansowe i perspektywy spółek. I właśnie w tym miejscu przejawia się pierwsza cecha dojrzałości rynków amerykańskich. Tam pomimo spadków głównych indeksów na szerokim rynku można było znaleźć spółki rosnące, z bijącymi rekordy włącznie.

Inną cechą jest dywidenda.

GPW dopiero niedawno utworzyła WIGDiv grupujący spółki dywidendowe, a w USA inwestowanie w takie walory to bardzo stara i popularna strategia (m.in. Dogs of the Dow i dywidendowi arystokraci). Inną cechą jest wielkość i płynność rynku. W USA notowanych jest kilka tysięcy spółek, co daje realną możliwość dywersyfikacji portfela. Co do płynności na naszym rynku— jaki koń jest, każdy widzi. Inną cechą jest bogactwo różnych instrumentów. Na polskim rynku niedawno zadebiutowały ETF. Obecnie są dostępne trzy (na WIG20, DAX i S&P500). W USA notowane są setki takich instrumentów na indeksy, surowce, towary, waluty, branże, z dźwignią, inverse, co tylko może podpowiedzieć wyobraźnia.

Innym instrumentem, którego powtórne wprowadzenie planowane jest przez polską giełdę, są opcje na akcje. U nas ten instrument na początku pewnie będzie się cechował niską płynnością i lekko egzotycznym charakterem, a w USA jest to podstawowe narzędzie spekulantów, gdzie przy ograniczonej stracie mamy możliwość nieograniczonego zysku z zastosowaniem dźwigni. Te i wiele innych argumentów powinny zachęcać polskich inwestorów do większego zainteresowania się giełdami amerykańskimi, zwłaszcza że obecnie, w dobie powszechnego dostępu do internetu, znikają wszelkie bariery w inwestowaniu. Dodatkowym argumentem, zwłaszcza dla nieprofesjonalnych inwestorów, mogą być wieczorne godziny notowań, gdzie spokojnie po pracy możemy śledzić notowania i oczywiście inwestować.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Marek Wierciszewski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Świat / Ameryka stała się oazą spokoju