Amerykańskie rynki akcji były dużo silniejsze od europejskich

Piotr Kuczyński
13-01-2003, 00:00

Z Ameryki

Jak podaje Stock Trader’s Almanac od 1950 roku zachowanie indeksu S&P 500 w styczniu było prognozą tego, jak indeksy zamkną się na koniec roku. Z kolei pierwsze pięć sesji stycznia sygnalizowały jak zakończy się pierwszy miesiąc roku. Wyjątki to lata: 1966, 1968, 1982 i 2002. W pierwszych pięciu sesjach stycznia indeks zyskał 3,5 proc. Zapowiada się więc dobry rok, o ile nie będzie to piąty wyjątek.

Wydarzeniem tygodnia był tzw. plan Busha mający na celu doprowadzenie do ożywienia gospodarki za pomocą cięć podatków. Ponad połowa cięć wynika z rezygnacji z opodatkowania dywidend. To posunięcie ma na celu podniesienie indeksów giełdowych, co z kolei ma pomóc w zwiększeniu zaufania do rynku i podtrzymania tzw. efektu bogactwa w społeczeństwie. Demokraci bardzo krytykują proponowane zmiany oskarżając prezydenta. Mówią, że działa wyłącznie w interesie bogatych Amerykanów, a sam plan jest „bezmyślny”.

Zarzut działania jedynie w interesie bogatych wydaje się na pierwszy rzut oka jedynie ideologiczny. Uniwersytet w Nowym Jorku podaje, że 10 proc. pracujących Amerykanów ma 85 proc. udziału w akcjach i funduszach (1 proc. ma 50 proc. udział). Gospodarką rządzą jednak wielkie liczby. Bardziej istotne są dla niej wydatki 85 proc. Amerykanów niż bogatszych 15 proc.

Uważam, że plan nie pomoże giełdzie i gospodarce, a z całą pewnością nie w tym roku. Spółki są zadłużone i niezbyt chętne, by w czasach kryzysu obdarzać inwestorów dużymi dywidendami. Gdyby zarządy decydowały się wypłacać dywidendy, uczynią to kosztem rezygnacji z programów kupowania i umarzania własnych akcji. A te programy dużo bardzie pomagają kursom niż wypłaty dywidend. W skali makro ten plan zwiększy deficyt budżetowy (bez kosztów wojny z Irakiem) ze 159 do 300 mld dolarów (2,8 proc. PKB).

Owszem, przy wychodzeniu z recesji w latach 1983 i 1992 deficyt sięgał 5 proc. PKB, ale sytuacja była inna. Wzrost deficytu zwiększy rynkowe stopy procentowe utrudniając wyjście ze gospodarki ze stagnacji. Dolar będzie nadal tracił na wartości, a to w połączeniu z rosnącymi cenami surowców, będzie zwiększało presję inflacyjną. A jeśli gospodarka nie będzie się szybko rozwijała to wzrost cen na wejściu nie będzie odzwierciedlony na wyjściu, co obniży zyski spółek. Mniejsze zyski zmniejszą dywidendy i wywołają spadek cen akcji — koło się zamknie. Jedyny ratunek to obniżenie ceny ropy naftowej, a to można w tej chwili zrobić tylko rezygnując z wojny z Irakiem lub szybko ją wygrywając.

Sytuacja geopolityczna komplikuje się. Korea Północna używa szantażu nuklearnego i grozi Stanom Zjednoczonym. Miejmy nadzieję, ze to tylko takie, mało subtelne, zaproszenie do stołu rozmów, ale różnie może się to jeszcze rozwinąć. Pozostały jedynie dwa tygodnie do daty dostarczenia raportu inspektorów Organizacji Narodów Zjednoczonych w sprawie Iraku. W zeszłym tygodniu Wielka Brytania dała do zrozumienia, że jeśli nie będzie dowodów, to należy dać inspektorom więcej czasu i ewentualnie uderzyć na jesieni — to natychmiast zwiększyło optymizm inwestorów. W sobotę jednak rząd brytyjski oficjalnie poinformował, że w dalszym ciągu popiera Amerykę i chce szybkiego rozstrzygnięcia kwestii Iraku.

Jest kilka różnych powodów, dla których rynek mógł się tak dobrze zachowywać. Przedstawię je w porządku od najbardziej prawdopodobnych do zbliżonych do spiskowej teorii dziejów. Najbardziej wiarogodne wyjaśnienie wzrostów to fakt, że kilka spółek zrobiło dopłaty do funduszy emerytalnych. Między innymi IBM i General Electric. W sumie dobrze powyżej 5 mld dolarów. Fundusze zachowały się tak jak nasze OFE: natychmiast ulokowały te kapitały, co musiało wywołać wzrosty. Druga możliwość to wiara zarządzających, że wszystkie złe informacje są już w cenach, tydzień zakończył się dobrze, więc i rok będzie dobry. Trzecia możliwość to plan prezydenta Busha. Prezydent przedstawia plan, rynek dwie kolejne sesje spada. A przecież plan miał podnieść indeksy. Kompromitacja na samym początku. Kilka rozmów z funduszami i jest obrona rynku. A najbardziej prawdopodobne, że to była kombinacja tych trzech czynników. Dla graczy giełdowych powody są jednak bez znaczenia. Trend jest wzrostowy.

Mamy w tym tygodniu bardzo wiele zagrożeń: dużo informacji ze spółek, istotne dane makro (o sprzedaży detalicznej, inflacji, wykorzystaniu potencjału produkcyjnego, dynamice produkcji przemysłowej i wstępny odczyt indeksu nastroju Uniwersytetu Michigan), zbliżający się termin przekazania raportu inspektorów ONZ w sprawie Iraku. Fundamentów nie ma, ale technika mówi o wzrostach, dla których sygnałem byłoby przełamanie poziomu 932 pkt. na S&P 500.

Z Polski

W zeszłym tygodniu rynki europejskie zachowywały się dużo słabiej niż amerykański i zanotowały spadki. Ale na tych rynkach nadzieje na ożywienie są bardzo umiarkowane, a żaden rząd nie podjął działań w celu podniesienia rynków akcji.

Na tym tle nasz rynek zachował się bardzo przyzwoicie. WIG lekko wzrósł, WIG20 trochę spadł, a indeks cenowy wzrósł o 3,8 proc. Słabe zachowanie rynków europejskich jest w pełni uzasadnione światową sytuacją makroekonomiczną. Mierzony przez agencję Reuter’s indeks aktywności biznesu w strefie euro spadł bardziej niż oczekiwano, chociaż utrzymał się nad poziomem 50 punktów. Pesymizm konsumentów europejskich w grudniu jest największy od 5,5 roku, a sprzedaż detaliczna w Niemczech w listopadzie spadła o wartość największą od trzech lat.

Poza tym w Niemczech rośnie bezrobocie i deficyt budżetowy. W zeszłym tygodniu pracodawcy państwowi i związek zawodowy Verdi osiągnęły porozumienie, dzięki czemu nie będzie strajku 3 mln pracowników, ale kosztem 3-proc. podwyżki płac. Pogorszy to sytuację budżetu niemieckiego, a trzeba przypomnieć, że Komisja Europejska grozi temu krajowi olbrzymimi karami za dalsze przekraczanie unijnych limitów deficytu. Nic dziwnego, że Instytut Badań nad Gospodarką obniżył swoje prognozy tempa wzrostu gospodarczego z 0,9 do 0,6 proc. i podwyższył prognozę wzrostu bezrobocia do 4,2 mln osób.

Oczywiście prognozy to jedno, a życie to drugie, ale widać, jakie nastroje panują w Niemczech. A przy złych nastrojach trudniej wydobyć się z kłopotów. Nasze dane makro też były złe. Instytut Rozwoju Gospodarczego Szkoły Głównej Handlowej podał, że wskaźnik koniunktury w przemyśle w grudniu spadł, a przedsiębiorstwa informowały o spadku zamówień i produkcji. To ciekawe, bo przecież dynamika produkcji i sprzedaż detaliczna ostatnio rosła. Któreś dane nie mówią prawdy.

Pisałem już o pomyśle ministra finansów, który namawia całą Polskę do skupu walut zapewniając, że będą drożały. Przypominam, że należę do coraz mniejszej mniejszości, która ministra finansów ceni. Trudno mi jednak nie krytykować tej wypowiedzi. I nie ze względu na to, że to nie patriotycznie namawiać do osłabiania waluty. Takie sentymenty w gospodarce są niepoważne, a oburzenie fałszywe. Nasza waluta jest rzeczywiście przewartościowana i do tego szkodzi eksporterom, a eksport to jedyna siła napędowa gospodarki. Stopniowe osłabienie złotego byłoby dla gospodarki bardzo korzystne. Tyle tylko, że rynek walutowy to w tej chwili pole minowe, a przy dużej ilości spekulacyjnych kapitałów zagranicznych ulokowanych w naszych obligacjach nierozważne działanie może wywołać lawinę i gwałtowne osłabienie złotówki. Taki scenariusz zwiększyłby inflację i zmusiłoby Radę Polityki Pieniężnej do podwyżki stóp procentowych.

Minister finansów niezwykle dużo ryzykuje. Jeśli jego zapewnienia nie zrealizują się, to już widzę tysiące pozwów do sądu od ludzi, którzy będą twierdzili, że mu uwierzyli. Myślę, że wiem, o co chodzi ministerstwu. W zeszłym roku informowano, że z rynku będą skupowane waluty w celu wykorzystania do spłaty zadłużenie zagranicznego. Wyobraźmy sobie sekwencję: minister wygłasza swoje oświadczenie, za chwilę rozpoczyna się skup walut, minister znowu mówi, że trzeba kupować waluty i że osłabienie będzie się zwiększało. Reakcji po pierwszym wystąpieniu nie było, ale zaręczam Państwu, że po drugim będzie. Tylko czy ktoś wtedy nad tym zapanuje? Na wykresach rzeczywiście można dopatrzyć się możliwości znacznego osłabienia naszej waluty.

Zbliża się termin rozwiązania problemu zadłużenia Zakładu Ubezpieczeń Społecznych w stosunku do Otwartych Funduszy Emerytalnych. To oczywiście nie jest impuls na przyszły tydzień, ani pewnie na przyszły miesiąc, ale zapewne w pierwszym kwartale ustawa zostanie przyjęta. Zanosi się na uregulowanie długu za pomocą obligacji.

Dodanie obligacji za blisko 9 mld zł. do portfela funduszy zmienia proporcje i umożliwi przeznaczenie blisko trzech miliardów złotych na zakup akcji. Taka sytuacja wystąpi prawdopodobnie w drugim kwartale, a jeśli spotka się z grą pod referendum unijne to może wywołać niezłą hossę. Może dużą trzecią falę Elliotta?

W końcówce tygodnia zwracał uwagę duży wzrost obrotów. Przy czym zmiany indeksów były niewielkie. Taka sytuacja po spadkach sygnalizuję akumulację przed wzrostem, a blisko szczytu dystrybucję. Niewątpliwie jesteśmy blisko szczytu, a indeks cenowy daje bardzo poważne ostrzeżenia. Poza tym wskaźnik koniunktury rynku kapitałowego znowu daje sygnał ostrzegawczy, bo 46 proc. analityków jest bykami, a jedynie 21 proc. niedźwiedziami. Jak widzę taki optymizm, to zapala mi się żółte światło.

Uważam, że będziemy zachowywali się tak jak rynki europejskie, które z kolei będą nieśmiało podążały za amerykańskimi, a te powinny wygenerować sygnały kupna. U nas brakuje jednej podfali wzrostowej, która posłużyłaby do ostatecznej dystrybucji. Jeśli wystąpi (sygnałem byłoby przełamanie 1230 pkt. na WIG-20) to należy zachować dużą ostrożność, bo skończy się bardzo gwałtownie.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Piotr Kuczyński

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Kariera / / Amerykańskie rynki akcji były dużo silniejsze od europejskich