Analitycy z Stratforu: Gazprom topi pieniądze w Bałtyku

Polska Agencja Prasowa SA
03-09-2005, 17:04

Rurociąg Wyborg-Greifswald dostarczający rosyjski gaz po dnie Bałtyku do Europy Zachodniej, z pominięciem Polski, jest inwestycją kosztowną i lansowaną ze względów politycznych - sądzą analitycy ośrodka badawczego Stratfor, którzy przyrównują ją do topienia pieniędzy w morzu.

Rurociąg Wyborg-Greifswald dostarczający rosyjski gaz po dnie Bałtyku do Europy Zachodniej, z pominięciem Polski, jest inwestycją kosztowną i lansowaną ze względów politycznych - sądzą analitycy ośrodka badawczego Stratfor, którzy przyrównują ją do topienia pieniędzy w morzu.

    "Rachunek kosztów i zysków nie odgrywa w tym projekcie roli. To, co się liczy to geopolityczna strategia" - stwierdzili w komentarzu.

    "Gazprom z punktu widzenia Kremla jest nie tylko dojną krową wnoszącą 25 proc. przychodów podatkowych rządu, ale także instrumentem polityki zagranicznej" - dodają.

    Według nich sam Gazprom ma wobec projektu poważne zastrzeżenia w świetle wcześniejszych negatywnych doświadczeń z rurociągiem "Błękitny Strumień" po dnie Morza Czarnego, a  zwolennikami nowego gazociągu są władze Kremla i koncern naftowy Rosnieft.

    Kreml chce, by rosyjski gaz docierał bezpośrednio na niemiecki rynek z pominięciem krajów dawnego obozu moskiewskiego: Polski, Ukrainy i republik bałtyckich, zaś Rosnieft widzi w Gazpromie konkurenta, który zaczyna się rozpierać łokciami także na rynku paliw płynnych.

    Analitycy zwracają uwagę na to, że projektowany gazociąg długości 1,2 tys. km prawie wcale nie będzie miał stacji pomp, co czyni jego budowę drogą, a sam rurociąg mało przepustowym. Nieoficjalne dane sugerują, że rachunek za inwestycję może wynieść 2-12 mld dol., a potencjał przesyłowy od 10-55 mld m sześć.

    Stratfor podkreśla, że na Zachodzie nie ma chętnych do sfinansowania projektu, a nawet kanclerz Gerhard Schroeder, mimo iż udzialił projektowi swego poparcia, nie zaproponował ani jednego własnego euro.

    W ocenie analityków także Gazprom jest świadom tego, że domniemane ekonomiczne korzyści rurociągu budzą wątpliwości i bynajmniej nie jest jego entuzjastą. Gazprom jest największym w świecie koncernem gazowym, ale z uwagi na strukturę cen (71 proc. produkcji sprzedaje po kosztach własnych rodzimym odbiorcom) ma ograniczone fundusze.

    Stratfor sądzi, że fundusze na inwestycję rurociągu Gazprom uzyska od rządu, który przejmie 10,74 proc. udziałów koncernu (formalnie będących jego własnością) płacąc za nie 7,15 mld dol. Ponieważ Gazprom i tak jest kontrolowany przez rosyjski skarb państwa, całej papierkowej pracy rząd Rosji dokona sam ze sobą.

    Rosnieft - kontrolowany przez państwo koncern naftowy, który przejął aktywa Jukosu, do przejęcia których przymierzał się także i Gazprom, spodziewa się, że nabędzie 20 proc. udziałów Jukosu w Sibniefcie. Właściciel Sibnieftu Roman Abramowicz gotów jest odsprzedać 72 proc. udziałów, których przejęciem jest zainteresowany Gazprom dążący do przekształcenia się w światowego potentata energetycznego.

    W obrocie na wolnym rynku jest 8 proc. udziałów Sibnieftu. I to o nie toczy się spór Gazpromu z Rosnieftem. Jeśli Rosnieft zdobędzie dalsze 5 proc. udziałów, to będzie dysponował mniejszością blokującą.

    Nieoficjalne doniesienia, na które powołują się analitycy sugerują, że Gazprom kupił już na wolnym rynku 3 proc. udziałów Sibnieftu. Nie oznacza to jednak, że Rosnieft jest przegrany.

    Jeśli Gazprom będzie się borykał z kosztownym, nierentownym projektem na Bałtyku, to nie będzie go stać na umocnienie się na rynku naftowym, a zatem nie zagrozi Rosnieftowi.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Polska Agencja Prasowa SA

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Świat / Analitycy z Stratforu: Gazprom topi pieniądze w Bałtyku