Angażowana ku ozdobie

Anna Popek
opublikowano: 23-02-2007, 00:00

Gwiazda, ale bardziej w Rosji... Barbara Brylska dziś może przebierać w propozycjach. Tylko teraz nie chce się jej już grać!

Nęcą jeszcze panią oklaski?

Barbara Brylska: Pewnie! To zawsze nęci.

Usłyszy je pani w grudniu, w Moskwie, na premierze filmu „Ironia losu” — dalszym ciągu „Szczęśliwego Nowego Roku”, prawda?

B.B.: Prawdopodobnie. To druga część wielkiego przeboju kinowego w Rosji — gram bohaterkę części pierwszej, starszą o 30 lat. Pierwszą część puszczali co roku, na wszystkich kanałach w całym Związku Radzieckim. Dlatego udało mi się zdobyć tam tak wielką popularność.

Czuje się tam pani gwiazdą?

B.B.: Nie, ja po prostu wszędzie czuję się bardzo dobrze...

Kiedy przyglądam się pani dawnym pomysłom na życie, widzę sporą różnorodność: szkoła cyrkowa, liceum plastyczne, sinologia, na którą na szczęście pani nie zdała, potem — kilkakrotnie przerywana — edukacja teatralna. Czy dziś może pani powiedzieć, że aktorstwo to był dobry wybór?

B.B.: Jestem szczęśliwa, że zostałam aktorką, choć to nie ja wybierałam... Zdecydowali za mnie — przynajmniej na początku. Dyrektorka szkoły podstawowej wiedziała, że ładnie maluję i poleciła mi liceum plastyczne. Tam, w szkolnym przedstawieniu zagrałam Matkę w sztuce Gorkiego. Miałam lat 18 i grałam staruszkę. Dyrektorka — trochę szantażem — zmusiła mnie do zdawania do szkoły teatralnej, a nie do Wyższej Szkoły Plastycznej w Łodzi, gdzie już miałam złożone papiery. Broniłam się, bo miałam ogromne kompleksy. Ale dyrektor Zofia Machejkowa przekonała mnie. I zostałam aktorką. Muszę przyznać, że miałam najpiękniejszy zawód świata.

Czy te kompleksy to... brak mięsa w policzkach?

B.B.: Tak. Jako piętnastolatka, w szkole plastycznej, zagrałam maleńką rólkę w „Kaloszach szczęścia” Bohdziewicza. Zdjęcia trwały trzy dni, a ja w swoich wyobrażeniach zostałam gwiazdą — dostałam własne pieniądze, które oddałam mamie, pożegnałam się z koleżankami ze szkolnej ławki... Byłam już artystką. Ostatniego dnia zdjęć jeden z asystentów reżysera podszedł do mnie, wziął za policzki i powiedział: „Byłabyś piękną kobietą, gdybyś miała więcej mięsa w policzkach”. I moje marzenie o aktorstwie uleciało. Pomyślałam: nie nadaję się do tego zawodu. Nie było takiej siły, która mogłaby mnie skłonić do aktorstwa. Udało się to dopiero pani dyrektor Machejkowej.

Niewiarygodne, tak piękna kobieta i kompleksy!

B.B.: Wiele zależy od wychowania — nikt mi nie mówił, że jestem piękna. Byłam za chuda, przezywali mnie kiełbasą, bo miałam cienkie nóżki...

A jak pani radziła sobie z mężczyznami?

B.B.: Zaczęłam późno, nie miałam więc już uprzedzeń. Mój pierwszy mąż był moim pierwszym mężczyzną — wspaniały, wyleczył mnie z kompleksów.

Małżeństwo jednak nie przetrwało, mimo że dla męża rzuciła pani szkołę teatralną.

B.B.: Byliśmy chyba za młodzi. Kiedy go poznałam miałam 17 lat.

Chciała pani zostać prezenterką telewizyjną?

B.B.: To było już po rezygnacji ze studiów w Łodzi na rzecz małżeństwa, a przed szkołą teatralną w Warszawie. Gdzieś w kuluarach Teatru Wielkiego podszedł do mojego męża — nie do mnie, bo ja byłam gówniara, mnie nawet nie wpuszczano na filmy od 18 lat, mimo że byłam zamężna — Marek Holzman, znany wtedy fotografik, i zapytał, czy może mnie fotografować. A mój Jasio —skromny człowiek — się nie sprzeciwił. Holzman zaś przyjaźnił się z Adamem Hanuszkiewiczem, który urzędował w Telewizji, i zaprowadził mnie do niego. Ten dał mi do przeczytania tekst, po czym powiedział: moje dziecko, tekst nieważny, ale w tej chwili w studiu jest konkurs na spikerkę (Irena Dziedzic szła na urlop). Weszłam do kabiny, nie mając pojęcia o niczym, i przeszłam! Pracowałam tam zaledwie trzy miesiące. Przypisywano mi złośliwie różne potknięcia i gafy, ale to nie ja je popełniłam. Podczas któregoś z dyżurów zadzwonił do studia telefon — propozycja zagrania epizodycznej rólki w filmie „Yokmok”. To właściwie był początek zawodu...

Nie chciała pani zostać w telewizji?

B.B.: Nie. Nie było tam nic ciekawego dla młodej dziewczyny — siedzenie w okienku i uczenie się na pamięć. Nie cierpię tego!

Miała pani marzenia — spełnione i niespełnione. Czy te niespełnione pozostały jakimś balastem? Choćby rola Oleńki Bilewiczównej?

B.B.: Chce pani dotknąć drażliwego tematu? Ja powinnam była zagrać Oleńkę — wygrałam konkurs! Ale tak się nie stało. Gdybym chciała teraz zrobić komuś krzywdę, to mogłabym powiedzieć, dlaczego tak się stało i przez kogo. Ale nie zrobię tego! W sprawie Oleńki wykonałam kilka telefonów — dowiedziałam się dlaczego nie ja. Ktoś komuś postawił warunki...

Czy wiele mogłaby poświęcić pani dla kariery?

B.B.: Nic. Nigdy o nic nie walczyłam. Oleńka była wyjątkiem...

Czeka pani na propozycje?

B.B.: Nie, już nie mam marzeń. Jestem zmęczona tym zawodem, choć nadal uważam, że jest piękny. Poza tym propozycje przychodzą nie w porę... Teraz, kiedy naprawdę nie chce mi się grać, mam w czym wybierać.

Ostatnio grała pani u Lindy w „Jasnych błękitnych oknach”. Jak się pracowało?

B.B.: Dobrze. Atmosfera przyjemna, no i dość ciekawa propozycja. Ostatnio proponowano mi rolę nauczycielki, która w wyobraźni ucznia nago chodzi po klasie. Ta propozycja... to nietakt.

Nie jest pani typem osoby, która zrobi wszystko?

B.B.: Przede wszystkim szanuję siebie — nie można grać wszystkiego, za wszelką cenę. Dlatego nigdy nie walczyłam o role, nie załatwiałam niczego na żadnych przyjęciach.

Słyszałam, że robi pani świetne przetwory?

B.B.: W tym roku przetwórstwo grzybowe! Mam masę suszonych i marynowanych.

Dostała pani nagrodę Ikona Piękna od Instytutu Zdrowia i Urody Sharley — za niezmienne piękno. A jak się grało z innymi pięknymi kobietami na planie? Nie było zazdrości?

B.B.: Nie miałam kompleksów. Z żadną z pięknych aktorek nie chciałam się nigdy zamienić. No, może stanem konta z niektórymi zagranicznymi gwiazdami. Mnie najczęściej angażowano ku ozdobie, więc nie robiono mi konkurencji.

Jest pani zdecydowana i niezależna, a jednak duży wpływ na pani życie mieli inni...

B.B.: W tamtych czasach pedagogami byli ludzie z prawdziwego zdarzenia — dbali o to, byśmy się rozwijali w tym kierunku, w którym trzeba. Obserwowali nas, radzili. Widzieli to, czego nie mogli zobaczyć ciężko pracujący rodzice.

Czym się pani kierowała jako aktorka? Jakie role pani wybierała?

B.B.: Nie wybierałam! Na początku byłam szalona i podpisywałam umowy, będąc w ciąży — czego nie wolno było robić — bo chciałam pracować, pracować. A nie za bardzo mogłam wybierać, bo proponowano mi role ładnych, młodych kobiet. Z drugiej strony, dzięki temu grałam różne postaci — od szlachetnych, prawie świętych po panienki lekkich obyczajów... Jedynym kryterium było to, czy dam radę. Gdy byłam przekonana —brałam.

Anna Popek, dziennikarka TVP2

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Anna Popek

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu