Areszt nasz powszedni

Jacek Konikowski
25-11-2005, 00:00

W Polsce sądy i prokuratorzy szafują tymczasowym aresztem wobec przedsiębiorców. Czasem dla ułatwienia sobie pracy, czasem pod publiczkę.

Kraków. Z biura firmy PPUN Brin Group policja wyprowadza prezesa, niewidomego. Dziwny widok. I dziwna sprawa. Leszek Szlachcic wprost z biura trafił do aresztu śledczego. Spędził w nim 27 miesięcy. Wszystko za sprawą kontrahenta, który zeznał, że Szlachcic chciał wyłudzić z Centrum Leasingu i Finansów w Krakowie 417 000 zł kredytu leasingowego.

— Razem nas posadzili, ale on szybko wyszedł na wolność. Dziś zmienił zeznania... Twierdzi, że go wtedy zastraszyli i dlatego mnie pogrążył — twierdzi Szlachcic.

Do aresztu — na krótko — trafił również jego współpracownik. Firma Brin Group, JarWit oraz dwie inne, w których Szlachcic był prezesem, wkrótce zbankrutowały.

— Prokurator zajął moją firmę praktycznie bez nakazu, bez wiedzy sądu, bez żadnego uzasadnienia. Ostrzegł mnie, że jeżeli się nie przyznam, to on wsadzi do więzienia całą moją rodzinę. I rzeczywiście, syna wsadził — na 19 miesięcy. Zdewastowano 4 przedsiębiorstwa, zatrudniające 120 osób, w tym 80 niewidomych. To przecież bez sensu! — mówi Leszek Szlachcic.

Jego słowa i zarzuty zweryfikuje sąd. Od skarbu państwa Szlachcic domaga się 2 mln zł odszkodowania za doprowadzenie firm do ruiny i zadośćuczynienie za swój areszt. Jest przekonany, że wygra.

Szlachcic należy do rekordzistów „tymczasowego aresztu”. Więcej niż on spędził „na dołku” tylko Janusz Baranowski, założyciel i prezes pierwszej w Polsce prywatnej firmy ubezpieczeniowej Westa (3 lata).

Jeden scenariusz

Takich historii moglibyśmy opowiedzieć wiele. Scenariusz wciąż ten sam: czyjeś zeznanie, czasem mętne, czasem wypowiedziane w strachu. Policja wkracza do firmy, wyciąga jej szefa lub właściciela, potem areszt, niby tymczasowy, ale trwający długo. Dla przedsiębiorcy — tragedia, dla jego firmy — zazwyczaj koniec. Kontrahenci, klienci, wszyscy unikają jej jak trędowatej. Nie dziwota. Nikt nie pyta: winny czy nie. Gdy biznesmen czy menedżer wychodzi na wolność, nie ma już do czego wracać.

Czy ktoś jest winny, czy nie — niech decydują sądy. Idzie o to, czy areszt tymczasowy służy celom, do których go stworzono. Tylko.

— Moim zdaniem instytucja aresztu tymczasowego wobec przedsiębiorców jest w Polsce nadużywana. Dla biznesmena czy menedżera już postawienie mu zarzutów, wyrok w zawieszeniu, oznacza środowiskowy ostracyzm, kres kariery, no i często — koniec firmy. Sędziowie i prokuratorzy tego nie dostrzegają lub to bagatelizują. A przecież mają mnóstwo innych instrumentów — jak dozór, poręczenie majątkowe czy osobiste. Areszt tymczasowy to najostrzejsze z narzędzi — w krajach Unii praktycznie zarezerwowane niemal wyłącznie dla najcięższych przestępstw pospolitych — zauważa Tomasz Kopoczyński, adwokat z Gdyni.

— W przypadku przestępstw gospodarczych w większym stopniu powinny być stosowane poręczenia majątkowe, nawet bardzo wysokie — uważa Janusz Kaczmarek, prokurator krajowy.

Dlaczego zatem prokuratorzy ochoczo wybierają właśnie areszt?

— Najczęściej — z pragmatyzmu. Facet jest pod ręką, więc sprawa idzie gładko, nie ślimaczy się. A po drugie... Z pewną przesadą można powiedzieć, że są dwa rodzaje podejrzanych: ci, co się przyznali i wyszli na wolność, oraz ci, którzy nie przyznają się i siedzą w areszcie. Tymczasowy areszt zmiękcza. Bywa, że ludzie, którzy siedzą w nim kilka miesięcy, za cenę wolności gotowi są przyznać się do zarzucanych im czynów. Praktyka pokazuje, że ich zeznania nie zawsze są jednak prawdziwe. Obawa przed aresztem motywuje też innych do współpracy — twierdzi były warszawski prokurator z wieloletnim stażem.

Czasem bywa i tak: a może my coś w tym czasie znajdziemy na niego? Dlatego tymczasowy areszt najczęściej stosuje się na początku sprawy, a nie na końcu.

— Widać dwa rodzaje praktyk. Albo prokurator zbiera materiał dowodowy i gdy już uzna go za wystarczająco mocny, decyduje się na areszt podejrzanego. Kiedy indziej w pewien sposób idzie na łatwiznę, bo wpierw stosuje areszt, a potem zbiera dowody — dodaje prokurator.

Łatwizna nie oznacza sukcesu. Wieczerzak i Jamroży opuścili areszt po tym, jak „finezyjny” akt oskarżenia upadł już po kilku rozprawach; podobnie Grzegorz Wójtowicz, doradca prezesa NB (wyszedł na wolność po 6 miesiącach aresztu).

Na prokuratorów działa też mechanizm, mający korzenie w przepisach.

— W czasie śledztwa to prokurator występuje z wnioskiem do sądu i to właśnie na prokuratorze spoczywa ciężar analizy podstaw do zastosowania tymczasowego aresztowania. Niestety, z uwagi na szczególne zasady działania jednostek prokuratury, a zwłaszcza związanie prokuratorów wytycznymi prokuratora generalnego, w których służbowo nakazuje się wystąpienie z wnioskiem do sądu o orzeczenie izolacyjnego środka zapobiegawczego, uniemożliwia się prokuratorom badanie podstaw merytorycznych wniosku, gdyż o skierowaniu wniosku do sądu decyduje np. samo ustawowe zagrożenie karą za popełnienie przestępstwa zarzucanego podejrzanemu (co najmniej kara 8 lat pozbawienia wolności). Tym samym tworzy się swoisty automatyzm, który można określić jako „pretekst” do tymczasowego aresztowania — tłumaczy Wojciech Tomczyk, adwokat.

Jest jeszcze jeden powód, dla którego instytucja aresztu tymczasowego jest często stosowana. Obawa przed mataczeniem. Mit czy fakt?

Wątpliwości

Gdy Andrzej Długosz, współwłaściciel agencji Cross Media, pomagał Romanowi Klusce poprawić jego zewnętrzny wizerunek, nadszarpnięty błędnymi decyzjami US, pewnie nie przypuszczał, że wkrótce sam może potrzebować podobnego doradcy.

Przypomnijmy: pod koniec września Sąd Rejonowy w Katowicach wydał nakaz aresztowania przewodniczącego rady nadzorczej Polskiego Radia, Andrzeja Długosza, stawiając mu zarzuty związane z jego działalnością w spółce Cross Media PR.

— Prokuratura zarzuca Andrzejowi D. oszustwa na szkodę firmy, pranie brudnych pieniędzy, udział w zorganizowanej grupie przestępczej oraz wyłudzenie podatku VAT w kwocie 300 tys. zł. Mamy mocne dowody, będące wynikiem przeszukań, zeznań kilku świadków, dokumentów spółek oraz informacji urzędu skarbowego — twierdzi Tomasz Tadla, rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Katowicach.

Czemu zastosowano areszt?

— Dowody są dostateczne, dwa sądy podzieliły argument za aresztowaniem. Nic więcej nie mogę ujawnić... — dodaje prokurator Tadla.

Sprawa Długosza jest trochę tajemnicza. Prawnicy zwracają uwagę na paradoksy oskarżenia: Prokuratura zarzuca Andrzejowi D. pranie brudnych pieniędzy, że usiłował wyprowadzić pieniądze z firmy, wystawiając nierzetelne faktury. Faktycznie jednak: nie prał brudnych pieniędzy, lecz — jeśli już — brudził czyste.

— Gdzie tu sens? Przecież by wyprowadzić pieniądze z własnej firmy, jej właściciel może to zrobić legalnie, chociażby wypłacając sobie dywidendę — zauważa jeden z przedsiębiorców.

Ponieważ do takiego procederu z natury rzeczy potrzebne są co najmniej dwie osoby, więc z założenia występuje związek przestępczy, skąd więc osobny zarzut o udział w grupie przestępczej? Ale to nie przesądza o winie lub niewinności Długosza, lecz o jakości materiału dowodowego. Tego do końca nie znamy, bo strony milczą jak zaklęte. Zauważmy tylko, że areszt opuścił Jacek Bielowicz, obciążający Długosza w swoich zeznaniach. Zresztą wątpliwości pomogłoby pewnie rozjaśnić podejmowanie przez sąd decyzji w tej sprawie nie za zamkniętymi drzwiami, ale podczas rozprawy otwartej dla mediów.

Nawet obrońca Długosza nie chce mówić o sprawach tak oczywistych, jak choćby uzasadnienie aresztu tymczasowego wobec jego klienta. Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że chodzi o groźbę mataczenia w sprawie. To słowo-wytrych, które często wystarcza za uzasadnienie aresztu.

— W tej sprawie nie było konieczności aresztu tymczasowego, bo stosuje się go wtedy, gdy materiał dowodowy w sposób dostateczny uprawdopodabnia fakt popełnienia przestępstwa. To dogmat. Skoro prokurator jest przekonany, że ma dowody winy Andrzeja D., które są należycie zabezpieczone, to dlaczego obawia się mataczenia? Jeżeli ich nie ma, to nie ma mowy o stosowaniu jakiegokolwiek środka zapobiegawczego. Jeżeli dowody są należycie zebrane, to nie ma szansy na mataczenie, więc nie rozumiem po co areszt — analizuje Tomasz Kopoczyński.

— Mataczenie nie może być traktowane jako słowo-wytrych. Nie może być tak, że prokurator przytacza we wniosku o tymczasowe aresztowanie suchą formułkę, że „ten człowiek może mataczyć”. Za tym musi iść do sądu konkretne uzasadnienie, na czym to mataczenie miałoby polegać — twierdzi prokurator Janusz Kaczmarek, ale podaje ogólną formułę, nie odnoszącą się wprost do sprawy Długosza.

Nie może — ale jest. Spójrzmy na statystyki: w I połowie 2005 roku, prokuratorzy wystąpili z wnioskami o tymczasowe aresztowanie wobec 20 953 osób. Sądy pozytywnie rozpatrzyły wnioski wobec 18 722 osób. Słowem: skuteczność wniosków o tymczasowe aresztowanie przekracza 80 proc. Albo mamy tak dobrych prokuratorów, albo sędziowie przyjmują na wiarę ich argumenty.

— W praktyce, niestety, spotykamy się z przykładami pobieżnej tylko kontroli podstaw wniosku prokuratora o zastosowanie tymczasowego aresztowania. Wówczas możemy powiedzieć, iż sąd w podejmowaniu decyzji kieruje się pretekstami, a nie powodami, a to niedopuszczalne — zauważa mec. Tomczyk.

Czyżby pod publiczkę?

5 października funkcjonariusze ABW zatrzymali Michała K., wiceprezesa Narodowego Funduszu Zdrowia. Dwa dni później trafił on do aresztu. Warszawska prokuratura postawiła mu cztery zarzuty: nakłaniania byłego dyrektora warszawskiego biura firmy farmaceutycznej Jelfa SA Pawła R. do działania na szkodę tej spółki, przyjęcia korzyści osobistej i korzyści majątkowej oraz nakłaniania do składania fałszywych zeznań. Wniosek o areszt dla K. umotywowano przede wszystkim postawionym mu zarzutem nakłaniania do fałszywych zeznań.

— Prokuratura chce móc przesłuchać świadków w okresie, gdy Michał K. będzie aresztowany — twierdzi Maciej Kujawski, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Warszawie.

I słusznie, bo po przesłuchaniach sąd uchylił areszt i nakazał mu wpłacenie 20 tys. zł poręczenia majątkowego i zatrzymanie paszportu. Modelowo.

— Będę musiał zainteresować się tą sprawą, gdyż padały informacje, jakoby ABW miała zapewnić prokuratora, że przedłoży mu w przyszłości dowody winy aresztowanego. Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której kogoś się aresztuje, nie mając dowodów jego winy. Powiedzmy sobie od razu: prokurator, który tako robi, dopuszcza się przestępstwa — twierdzi stanowczo Janusz Kaczmarek.

Oprócz Michała K. zatrzymano też samego Pawła R. Prokuratura zarzuciła mu poświadczenie nieprawdy w fakturach i — tym samym — oszustwa na kwotę 680 zł na szkodę spółki Jelfa. Przyznał się. I wobec niego zastosowano dozór policji i poręczenie majątkowe. Prezes NFZ Jerzy Miller — na pytanie, czy zwolni Michała K., stwierdził, że „trudno odwoływać pracownika na podstawie zarzutów dotyczących zjedzenia obiadu za niespełna 700 zł”.

Ktoś może zapytać: po co w ogóle robić aferę z 680 zł, skoro w kolejce czekają „grubsze” sprawy?

— Często chodzi o działanie pod publiczkę, schlebianie opinii publicznej. Wielu prokuratorów zdaje sobie sprawę, że taka jest potrzeba społeczna, że natychmiastowa reakcja w postaci — na przykład — tymczasowego aresztowania sprawi, że ich działania będą dostrzeżone — i dobrze ocenione. „Nie ma aresztu, no to nie ma sprawy”. Wyrok w zawieszeniu nie wzbudza już takich emocji społecznych, zainteresowania mediów. To po części wynika też z naszej historii, z czasów PRL, gdy wymiar sprawiedliwości realizował oczekiwania społeczne. I tak jest do dziś — twierdzi były prokurator.

To zła wiadomość.

— Wszędzie trzeba widzieć racjonalność, nie ma mowy o akcyjności, nie może mieć to charakteru wykraczającego poza przepisy, pochwalenia się sukcesem — twierdzi prokurator krajowy, Janusz Kaczmarek.

Ale prawnicy są sceptyczni.

— Będzie więcej tymczasowych aresztowań przedsiębiorców, bo takie są oczekiwania społeczne i elit politycznych — prorokuje Tomasz Kopoczyński.

Czy uda to się zmienić? Trudno przekonać ludzi do tezy przeciwnej niż ich intuicja, która szepcze: tymczasowy areszt to sukces. Zwłaszcza gdy politycy zapowiadają prześwietlanie majątków przedsiębiorców.

— Niestety, zauważam niepokojące zjawisko, które podsycają niektóre media, a mianowicie: „domniemanie winności”. Znane jeszcze z PRL, gdy to oskarżony musiał udowodnić, że nie jest wielbłądem — zauważa senator Krzysztof Piesiewicz.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Konikowski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Areszt nasz powszedni