Asesor za szybą

Jacek Konikowski
opublikowano: 26-06-2009, 00:00

Sielski obrazek: życie według własnych reguł, bez zbędnych wyzwań i gonienia króliczka. Arkadiusz Muś, najbogatszy asesor w Polsce, bez kozery powie, że zarabia na czymś, na czym się nie zna, że handel mu uwłacza i że marzy o zielonej marynarce.

Jego świat to kawał golfowego pola pod Częs- tochową, wart 60 mln zł — substytut jachtu w Monako, odrzutowca, willi z basenem i tych wszystkich kolących w oczy atrybutów, którymi zwykle otaczają się biznesowi potentaci. A on też nim jest, choć nietypowym. Bukolicznym. Oglądającym świat zza szyby. To największy w Polsce producent szyb zespolonych, ale zapytajcie go, jak się je robi — wzruszy tylko ramionami i powie: "Nie wiem i nie chcę wiedzieć".

Zdrowo grzmotnąć

W golfie najważniejsze jest pierwsze uderzenie: uderzysz słabo, wtedy do końca będziesz gonił za króliczkiem. Gruchniesz z całych sił — i wiesz, że będzie dobrze. Ale trzeba wiedzieć, jak uderzyć piłkę, żeby wpadła na greena, a nie wylądowała w bunkrze. Bo nie zawsze można liczyć na mulligana (możliwość powtórzenia pierwszego uderzenia bez konsekwencji).

Arkadiusz Muś miał farta. Choć mówi raczej o szczęściu w nieszczęściu.

— Od dziecka marzyłem, by zostać przedsiębiorcą, prywaciarzem, ale od lat młodzieńczych — prokuratorem generalnym — mówi.

Dzieci zwykle nie pragną być facetem z aktówką, lecz herosami: strażakami, lotnikami, gliniarzami lub — choćby — woprowcami.

— Ale ja naprawdę chciałem być taki, jak mój pradziadek, dziadek czy ojciec. Coś tworzyć... Pradziadek był murarzem, dziadek był murarzem i tata też miał zakład murarski. Większość mojej rodziny prowadziła własny biznes. Ze wsi jestem, więc chyba mam coś z chłopa, którego marzeniem jest być na swoim — tłumaczy Muś.

Więc konsekwentnie: szkoły jedna za drugą. Wszystkie "w temacie".

— Gdy stanąłem przed perspektywą pójścia na politechnikę, poznałem kolegę, który studiował prawo. Te jego opowieści! Oszalałem wtedy na punkcie prawa. Obejrzałem chyba wszystkie amerykańskie filmy z prawnikami w roli głównej i zamarzyłem, by być prokuratorem generalnym. Prestiż! Ta pozycja społeczna, finansowa, moralna. Chciałem być kimś! — wspomina Muś.

Myślał, że nie tylko w Ameryce tak jest, że w Polsce "komitetów centralnych" również. Młody był. I głupi.

Marzenia w mydlanej bańce

W golfie nie ma łatwych uderzeń. Najładniejsze są drive’y, kiedy gracz mocno uderzy i piłka szybuje daleko. I rzadko wpada do dołka. Z kolei putt, zazwyczaj niezbyt efektowne uderzenie na greenie, wieńczy dzieło i daje punkt. Golfiści mawiają, że "drive dla publiki, putt dla forsy" (Drive for show, putt for dough), czyli że putt jest ważniejszy od długiego drive’a. Zdarza się jednak i tak, że piłka jest na greenie metr od dołka, a jednak zamiast do niego wpaść, zakręci się tylko na jego krawędzi i poturla dalej. To tzw. lip-out — uderzenie, które powraca w sennych koszmarach wielu golfistów. Oznacza niespełnione szczęście i zawiedzione nadzieje.

Nasz bohater zaliczył takiego lip-outa zaraz po studiach, kiedy zaczął pracę w prokuraturze. Lata w uczelnianej ławie miały zaowocować spełnieniem marzeń o blichtrze i prestiżu. Tymczasem…

— Chciałem pójść na aplikację adwokacką, ale nie przebiłem muru rodzinnych koneksji i zawodowych powiązań. Wylądowałem w prokuraturze. Okazało się, że ta robota wygląda zupełnie nie tak, jak ją sobie wyobrażałem. Nie miała nic z wymarzonego szacunku i splendoru. W prokuraturze rejonowej nawet nie otarłem się o wielki świat. Jako asesor prowadziłem sprawy o pobicie przez żonę lub odwrotnie, porwanie kury czy kradzież roweru — opowiada.

Marzenia asesora o podpatrzonym w amerykańskich filmach blichtrze prysły, gdy odebrał swą pierwszą prokuratorską pensję.

— To było 85 tys. starych złotych, czyli jakieś 9--10 dolarów. Już wtedy znałem moją obecną żonę, która pomagała mi te 9 dolarów zagospodarować, zresztą pomaga do dzisiaj. Moi koledzy z prokuratury robili grube interesy. Na handlu. Gdy ja żyłem za te kilka dolarów, oni obracali setkami tysięcy zielonych. Zazdrościłem im — wspomina Muś.

Od zazdrości do działania droga krótka. Nasz bohater zarejestrował firmę na żonę i rzucił się w wir raczkującego kapitalizmu.

— W piątek do ósmej rano pracowałem na swoim, potem na kilka godzin do prokuratury, po południu znowu export-import. Wsiadało się w samochód, jechało po towar, jakieś owoce, napoje, rozwoziło po sklepach, inkasowało pieniądze. Takie początki… — wspomina Muś. Można rzec — standard. Ale:

— Owszem, pieniądze już jakieś były, ale był też niesmak. Handel mi uwłaczał. To chodzenie, proszenie, targowanie… Kupowanie taniej, by sprzedać drożej… Żenada! A ja marzyłem o tworzeniu, budowaniu, produkowaniu. Żeby coś po sobie zostawić. Mam to w genach. Murarz przychodzi na pusty plac, na którym po trzech miesiącach stoi budynek. Cudowna rzecz! Po latach widać efekty pracy. Dlatego szukałem jakiejkolwiek produkcji, czegoś związanego z budownictwem — wspomina Muś.

W końcu znalazł. Bankruta. Wydmuszkę.

Na swoje

W golfowym slangu jest kilka określeń gracza. Ten, który na widok lecącej piłki wrzeszczy uwaga! zamiast fore!, na bank jest królikiem (rabbit — początkujący gracz). Jego partner może się przechwalać, że zaliczyłby road hole (czyli 17 dołek na polu w St. Andrews, uchodzący za najtrudniejszy na świecie), ale sądząc po kępkach wyrwanej trawy i rachunku za utopione w stawie piłeczki, będzie raczej dufferem (kiepskim graczem). Połączeniem duffera z mistrzem jest sandbagger — gracz, który celowo udaje ofiarę losu, ukrywając umiejętności w celu zyskania przewagi w zawodach czy zakładach. Wygrać z takim to sztuka. Im dłużej Arkadiusz Muś z tobą rozmawia i poznajesz jego pogląd na świat i ludzi, tym bardziej narasta przekonanie, że jest kimś w rodzaju takiego sandbaggera.

Rok 1991. Spółka Press-Glas, polsko-szwedzkie join venture, potknęła się na produkcji szyb zespolonych. Może było za wcześnie, może nie wiedziała jak, a może wcale nie chciała ich produkować? Ważne, że była do kupienia.

— Prawdopodobnie powstała tylko po to, żeby zaciągnąć kredyty i zostać sprzedana. Teraz to wiem, ale wtedy byłem tak zaślepiony i zachwycony, iż kupuję firmę, która może coś wytwarzać, że nie wiedziałem, w co się pakuję. Kupiłem ją chyba pięć razy drożej niż była warta. Można powiedzieć, że jej właściciel, Szwed, wycyckał mnie, ale na moje własne życzenie — opowiada Muś.

Początki? Husarskie: robota po 20 godzin na dobę. Nie raz jeszcze wspomni z rozrzewnieniem papierkową sielankę w prokuraturze.

— Czyste szaleństwo. Na początku była hala 500 mkw., popsuta maszyna do produkcji szyb zespolonych, dziewięciu pracowników i zero znajomości rynku. Z moim dyrektorem zamykaliśmy się na wiele godzin w kantorku, paliliśmy po trzy paczki Marlboro, snując plany podboju Polski. Konkurenci — wielkie koncerny jak Saint-Gobain czy Pilkington — nawet o nas nie słyszeli. A my szliśmy jak ćma w ogień. Nie mieliśmy nic do stracenia, jedynie odwagę, by zarobić ten pierwszy milion — dodaje Muś.

Miał wtedy 29 lat i mocne postanowienie, że jak się nie uda teraz, to już pewnie nigdy. A szansa na to, że marzenie zakończy się klapą, była spora. Gdyż na szybach zespolonych Muś się nie znał i, jak twierdzi, nie zna się do tej pory.

— Ogólnie coś tam ogarniam, ale w szczegółach jestem kiepski. Ja naprawdę nie wiem, jak się te szyby robi! I to jest źródło mego sukcesu, że nigdy nie wchodziłem w takie detale. Od tego są mądrzejsi. Otaczam się fachowcami, którzy wiedzą, co robią. Po prostu ufam ludziom — mówi Muś.

Ejże! Każdy tak mówi, że od mądrych nie stroni. Ale biznes to biznes. Trzeba się na nim znać — i basta!

— Serio, nie wiem… Nikt z branży mi nie wierzy, gdy to mówię. A ja naprawdę nie potrafię opowiedzieć, na czym polega proces technologiczny produkcji szyb zespolonych. Nie wiedziałem, nie wiem i nie zamierzam wiedzieć! I to wcale nie jest jakieś pozerstwo — zarzeka się nasz bohater, największy w Polsce producent szyb zespolonych i hartowanych, nr 1 w Europie (z tych niezależnych).

Dzisiaj Muś wciąż ma 100 proc udziałów w Press-Glasie i nikomu nie zamierza ich odsprzedać. Z dwóch powodów: bo, jak mówi, najgorsze w biznesie to wspólnicy i że nic tak w życiu nie rajcuje, jak bycie niezależnym.

Nietypowy menedżer. Także dlatego, że choć inwestuje na potęgę, nie snuje planów. Gdy go zapytać, gdzie będzie za dwa czy dziesięć lat, wzruszy ramionami.

— Nie wiem. Mój horyzont czasowy to — góra — rok. Gdzie będę za dwa, trzy lata? Sam jestem ciekaw. Ostatni kryzys pokazał, że wszyscy zmieni- liśmy plany w ciągu kilku miesięcy. Nie, nie jestem typem wizjonera — mówi Muś.

W golfie tajemnica udanych uderzeń tkwi w oczach. Dobry gracz zawsze patrzy na piłkę, kiepski — w miejsce, gdzie chciałby ją posłać. A Arkadiusz Muś mówi, że golf to dla niego "sposób na życie".

— O jego wielkiej pasji go golfa wiedzą wszyscy, ale niewielu ludzi wie o jego zaangażowaniu społecznym. Dzięki zaufaniu, jakim prezes Press-Glasu obdarza Fundację FOR, udało się w ostatnim roku zrealizować wiele ważnych projektow obywatelskich — twierdzi Jarosław Bełdowski, znajomy z dawnych lat.

Niepolityczne zagranie

Podstawowa zasada na polu golfowym to nie gadać, gdy gracz przymierza się do uderzenia. To rozprasza. Jest coś, co uparcie mąci uporządkowany, bukoliczny świat byłego asesora — niczym kępka wyrwanej murawy czy gracz sikający na pole golfowe. Politycy... Zwłaszcza ci, którzy twierdzą, że wynaleźli grilla i go Polakom podarowali. Muś jest na nich cięty niezwykle. Drugi Palikot.

— PiS to ludzie zamknięci na argumenty, ograniczeni fobiami, zakompleksieni, podżegający do zawiści i tworzący podziały. Poza tym wystarczy na nich spojrzeć. Gdy studiowałem prawo, na zajęciach z kryminologii uczono nas, że przestępcy mają określone fizjonomie, sam ich wygląd jest już podejrzany — twierdzi Muś.

Po chwili dodaje:

— Wkurza mnie, że prezydent mówi: "Jeżeli ktoś ma pieniądze, to skądś je ma" — sugerując, że je ukradł. Dlaczego ten człowiek mnie obraża? Kto mu dał prawo obrażać najbardziej przedsiębiorczych ludzi w kraju? Dzięki nam ten kraj funkcjonuje i rozwija się. W skali światowej jest tylko jeden taki człowiek — mówi Muś.

Radykał? Chętnie założyłby sieć fanklubów Palikota i marszałka Stefana Niesiołowskiego.

— Nikt mnie nie prześcignie w niechęci do Kaczyńskich. Gdyby znowu wygrali wybory, a mam nadzieję, że Bóg nas ponownie nie doświadczy, bo już nas raz ukarał rządami PiS-u, wszystko bym sprzedał i wyjechał z kraju. Naprawdę — zarzeka się Muś, uważający się za liberała z krwi i kości. Z przekonania.

W przeciwieństwie do wielu przedsiębiorców nie krępuje go rozmowa na trudne tematy:

— Jestem wrogiem "świętych krów" ze związków zawodowych. Związki mogą być, ale ich działacze powinni, tak jak wszyscy, pracować osiem godzin na hali, a dopiero potem odwalać związkową robotę. Ich płaca nie powinna wynikać z pełnienia funkcji związkowych, ale z pracy. A tak, w jednej hucie jest 15 związków, sekretarek, kierowców, prawników etc., wszyscy opłacani z kasy firmy. Rząd Tuska powinien wygonić związkowców z biur do łopat, bo inaczej wejdą nam wszystkim na głowę — mówi liberał Muś, który od lat wspiera Fundację Forum Obywatelskiego Rozwoju.

— Pan Arkadiusz Muś jest nie tylko wybitnym przedsiębiorcą, ale i człowiekiem oddanym sprawie projektów obywatelskich. Jest osobą o wielu zainteresowaniach — uważa Leszek Balcerowicz.

Ostatni dołek

Najczęściej gra się na polach 18- dołkowych. Bywają i 36-dołkowe, ale i tak gra się na osiemnastu. Właściwie to na dziewiętnastu, bo w żargonie golfistów ten ostatni, dziewiętnasty dołek to… bar w budynku klubowym. Tam kończy się grę.

— Każdy ma swój raj. To pole jest ukoronowaniem mojego życia, symbolem odniesionego sukcesu finansowego. Nieźle to sobie wykombinowałem, prawda? Robię, co chcę, mówię, co chcę. Czego chcieć więcej? — mówi Muś, który nie ma, i nie chce mieć jachtów, dzieł sztuki, biznesowych jetów czy rezydencji w Monako. Ma swoje 18-dołkowe pole golfowe, na którym mieszka, pracuje. I robi, co chce.

I epilog. Ostatni dołek, ostatnie uderzenia. Muś bierze zamach i… Piłeczka ląduje w stawie. Nerwy. Wyjmuje drugą. Znowu zamach i… Plum! Z takim handicapem — i to na własnym polu, do tego dwa (bo jeszcze bar) dołki przed końcem? Nerwy tłumione.

— Golf potrafi sponiewierać, poniżyć, stłamsić i niejednego nauczyć pokory. Chojrak wchodzi na pole, a schodzi pokorny baranek z ego wielkości łebka zapałki — mówi Muś, pakując do torby "żelazo siódemkę".

Wierzy, że kiedyś i tak zdobędzie zieloną marynarkę. Święty Graal każdego golfisty. W biznesie już ją zdobył.

Muś na własne oczy

Tam między innymi znajdziemy szyby Press-Glasu:

Sąd Najwyższy w Warszawie

Press roomy na Trakcie Królewskim w Warszawie

Lotnisko Okęcie Terminal 2 w Warszawie

PSE Konstancin

Ratusz Ursynów, Warszawa

Siedziba PKOL w Warszawie

Hotel Intercontinental w Warszawie

Biurowiec PLL LOT w Warszawie

Galeria Dominikańska, Wrocław

Międzynarodowy Port Lotniczy, Balice

Galeria Mokotów, Warszawa

Millenium Tower, Wrocław

Blue City, Warszawa

Silesia Center, Katowice

"Granatowy" Biurowiec TUiR Warta, Warszawa

Biurowiec Milenium TOP 2000 (siedziba "Pulsu Biznesu"), Warszawa

M1 Leisure Centre, Irlandia

Island Wharf Hull, Wielka Brytania

Toyota Center Mińsk, Białoruś

Grand Casino w Wilnie, Litwa

Centrum Handlowe Urmas w Kownie

Przedmiot pożądania

Zielona marynarka

Symbol, a zarazem nagroda

w The Masters Tournament

(także The Masters lub The U.S. Masters ) — pierwszym z turniejów Wielkiego Szlema, rozgrywanym na polu Augusta National w Atlancie. Zwycięzcy turnieju zatrzymują marynarkę na rok, później wraca ona do klubu. Triumfatorzy stają się zarazem honorowymi członkami Augusta National. Tradycja wręczania marynarki sięga 1949 r., kiedy na podium stanął

Sam Snead.

Stan posiadania

Arkadiusz Muś

Press-Glas, zakłady w Nowej Wsi, Tychach, Tczewie, Radomsku

Rosa Private Golf Club, pole golfowe, 75 hektarów w Konopiskach koło Częstochowy

CV

Arkadiusz Muś

Wiek: 46 lat

Wykształcenie: wyższe prawnicze

W wolnych chwilach: gra w golfa, ściga się na torze

Ostatnio przeczytana książka: biografia Miltona Friedmana

Miejsce na świecie, które chciałbym odwiedzić: nie mam takich marzeń

Autorytet: profesor Leszek Balcerowicz

Gdy stoję w korku, to: myślę, co ja w tym kraju jeszcze robię

Odczuwam tremę, gdy: występuję publicznie

Moja największa wada: impulsywność

Irytuje mnie: cwaniactwo, lenistwo

Marzy mi się: fajny prezydent

Męska zabawka: Ferrari 430 Scuderia

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Konikowski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Asesor za szybą