Atleci Boga

Karol Jedliński
27-11-2009, 00:00

Nowoczesny, klasyczny, wojenny, a nawet biały. Jako że taniec niejedno ma imię, nigdy nie był w niszy. Od wieków to pasja milionów.

FFred Astaire, legenda tańca klasycznego, nie lubił opowiadać, jak to jest układać wspaniałe choreografie i zgarniać nagrody w największych konkursach. Amerykanin określał swe emocje do fokstrota czy tanga, powtarzając: "Ja nie wyrażam miłości przez pocałunki. Ja kocham przez taniec". A wraz z nim, przynajmniej po części, miliony.

Wciąż przetacza się kolejna fala wielkiego come backu tego nieco starodawnego, wydawałoby się, zajęcia. Swoje zrobiła telewizja. "You Can Dance" oglądało średnio 3 mln widzów, "Gwiazdy tańczą na lodzie" — 3,5 mln. Hitowy, mający już dziesięć edycji, "Taniec z gwiazdami" jeszcze się nie znudził. I przyciąga przed telewizory średnio 5 mln ludzi. Jeden z odcinków obejrzało prawie 7,5 mln Polaków. Wnioski?

— Zawsze po głośnym filmie, musicalu czy programie przybywa chętnych do tańca. Tak było po "Gorączce sobotniej nocy", musicalu "Metro" czy "Dirty Dancing". Po "Tańcu z gwiazdami" musieliśmy znacznie zwiększyć liczbę kursów — twierdzi Augustin Egurrola, właściciel szkoły tańca Egurrola Dance Studio.

Kuba we krwi

Polacy zakochali się w sambie, rumbie i cza-czy. A więc Egurrola, doświadczony tancerz, choreograf, sędzia międzynarodowy, nie miał innego wyjścia. Postanowił tę miłość spieniężyć. Zatrudnił kilkudziesięciu instruktorów. I może spokojnie żyć z pasji, którą na dobre odkrył dopiero jako 19-latek. Dla tancerza to niemal emerytura. A jednak.

— Potem wraz z Joanną Szokalską zdobyliśmy 12 tytułów mistrzostw Polski i wielokrotnie reprezentowaliśmy kraj na mistrzostwach kontynentu i globu — opowiada Egurrola.

Choć niektórzy twierdzą, że było mu łatwiej o tyle, że przecież jak każdy urodzony na Kubie muzykę ma we krwi.

— Gdy kolega pokazał mi kilka podstawowych kroków, poczułem, że skądś to znam — przyznaje tancerz-biznesmen.

Badacze kultury są zgodni, że taniec jest stary jak ludzkość. To po prostu jeden z najbardziej naturalnych sposobów okazywania emocji. Malowidła w jaskiniach Bhimbetka w Indiach sprzed 11 tys. lat pokazują tańczących ludzi. Starożytne ilustracje pląsających tłumów znajdują się na niemal każdym kontynencie. Arystoteles stawiał taniec na równi z poezją. A najlepsi tancerze jego czasów władali nastrojami tłumów i zyskiwali znaczenie polityczne.

James Brown rządzi

Współcześni politycy też wiedzą, jak choćby tylko rytmicznymi podrygami zaskarbić sobie sympatię tłumów. Barack Obama tuż przed zeszłorocznymi wyborami dostał zaproszenie do popularnego talk-show Ellen DeGeneres. A że na wejście realizator puścił kawałek Jamesa Browna, przyszły prezydent zaraz porwał Ellen do spontanicznego tańca- -wygibańca.

— Tak to się robi. Choć moja żona Michelle tańczy podobno jeszcze lepiej ode mnie — rzekł skromnie Obama po tym, jak publika w studio nieco ochłonęła.

Rozpalona głowa w tańcu to znak rozpoznawczy. Najpierw z mozołem uczysz się kroków i pracujesz nad kondycją. Aż w końcu przychodzi moment, gdy ciało przestaje stawiać opór.

— Najpierw tańcz. Potem myśl. To naturalna kolejność — radził Samuel Beckett.

Łatwo powiedzieć.

— Jako facet z ojczyzny tanga muszę się z tym zgodzić. Ale jako piłkarz wyznawałem odwrotną zasadę — przyznał niedawno Diego Maradona.

Nim został trenerem reprezentacji Argentyny, schudł 30 kilogramów. Po to, by wystąpić w "Ballando con le stelle", czyli włoskiej wersji tanecznego show.

— Złapałem bakcyla i znalazłem sposób na odzyskanie równowagi — cieszył się Diego.

Ale koniec końców okazało się, że taneczna przygoda kosztowała go nie tylko kilogramy, ale i kilkadziesiąt tysięcy euro. Całe wynagrodzenie ekspiłkarza za wykonane układy choreograficzne na włoskiej ziemi zajęła bowiem tamtejsza policja podatkowa na poczet starych długów "boskiego Diego".

Żebro sieroty

Najlepiej na tańcu wychodzą zazwyczaj ci, którzy wiążą z nim całe życie. Taki Marcin Hakiel to w branży klasa "S". I nie chodzi wcale o model Mercedesa, lecz o klasę taneczną. "S" jest najwyższa.

— W wieku siedmiu lat z przyjacielem ze szkolnej ławki zapisałem się na kurs tańca towarzyskiego w nadziei, że będę tańczył jak Patrick Swayze — wspomina Marcin Hakiel.

No i?

— Początki były trudne, ale nie poddawałem się — przyznaje.

Niczym w hollywoodzkich musicalach. Chwile załamania przeplatały się z momentami tryumfu. Efekt? Odniósł duże sukcesy na parkiecie. No i przeszedł szkołę życia.

— Taniec nauczył mnie dyscypliny, samozaparcia i ciężkiej pracy — wylicza Hakiel.

Dziś oddalił się nieco od filmowych klimatów. Wciąż rozwija swój biznes. Oczywiście, szkołę tańca. Myśli o franczyzie, by zabłysnąć na całą Polskę. Tak jak niegdyś Aneta Kręglicka, Miss Świata z 1989 r. Ambitna do cna. Jako studentka uczyła się tańca nowoczesnego. I szalała po dyskotekach. Gdy po latach wróciła do tańca w reżimie treningowym, okupiła to niezliczonymi upadkami i złamanym żebrem.

— Co za sierota — mówiła o sobie po pierwszych próbach.

Załamały ją do tego stopnia, że przez kilka dni nie zmrużyła oka. W końcu jednak zaczęły jej wychodzić najtrudniejsze nawet figury. Wrócił uśmiech, podstawowy atrybut tancerza. A jeden z trenerów byłej Miss przypomniał starą maksymę Alberta Einsteina: tancerze to atleci Boga.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Karol Jedliński

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Po godzinach / Atleci Boga