Auto na wodę

Michał Matys
31-08-2012, 00:00

Silnik na mieszankę ropy i pary wodnej wymyślił prawnik z Kielc. Czy taka będzie przyszłość motoryzacji?

Wynalazek nie wygląda imponująco. Dwa plastikowe baniaki wypełnione wodą na przednim siedzeniu obok kierowcy. Z silnikiem łączy je rurka przeciągnięta pod deską rozdzielczą. Doprowadza wodę z baniaków do kolektora wydechowego.

— Odkręcam kranik dopiero, gdy silnik osiąga 70 stopni Celsjusza — tłumaczy wynalazca Jan Marian Gulak. W kolektorze jest jeszcze wyższa temperatura — ponad 130 stopni Celsjusza. Pod jej wpływem woda zamienia się w parę. Miedziana rurka odprowadza ją do zaworów ssących, przez które trafia do cylindra, gdzie miesza się z ropą. — W wysokiej temperaturze para zamienia się w tlen i wodór. Z ropą daje to mieszaninę piorunującą — wyjaśnia Jan Gulak.

Dzięki temu samochód zużywa — jak twierdzi wynalazca — co najmniej o jedną trzecią mniej paliwa i zwiększa moc silnika. — To samochód na ropę, tlen i wodór — mówi Jan Gulak.

Mercedes ma parę

Samochód to 28-letni bordowy Mercedes 124. — Jeżdżę nim od dziewięciu lat — twierdzi Jan Gulak. Silnik na mieszaninę ropy i pary wodnej pracuje bez zarzutu. Miarowo, równo.

— Baniaki na wodę na przednim siedzeniu wcale mi nie przeszkadzają. To duże auto. Cztery osoby zmieszczą się z tyłu — zapewnia wynalazca. Opowiada, że kiedyś zatrzymał go policjant i próbował wlepić mandat. Emeryt oburzył się: „Jak to? Przecież Mercedes jest zarejestrowany do przewożenia pięciu osób!”. Policjant nie był przekonany, ale mandatu nie wypisał. Uznał, że auto na wodę to nowatorska konstrukcja. Oglądamy samochód w willowej dzielnicy Kielc. Wynalazca trzyma je w garażu u rodziny. Sam mieszka kilka domów dalej. Pełen wigoru emeryt: krępy, przysadzisty, w letnim kapeluszu i krótkich spodenkach.

Cierpliwie opowiada o wszystkich elementach silnika. Twierdzi, że Mercedes palił po mieście 9 litrów ropy na 100 km, a po zamontowaniu baniaków z wodą pali 5,5 litra. Pierwsze próby zaczął w poprzednim samochodzie — Lancii Prisma, wyposażonej także w silnik Diesla. Udało mu się w niej osiągnąć jeszcze lepszy wynik. Zmniejszył zużycie ropy z 8 do 3,5-3,7 litra.

Jak mgła uniosła silnik

Jan Gulak opowiada, że po raz pierwszy zainteresował się parą wodną prawie 40 lat temu. W sierpniu 1974 r. Odwoził wtedy żonę z dzieckiem na wczasy koło Szczecina. Wracał bladym świtem, drogą tuż koło Jeziora Dąbie. Była gęsta mgła. — Silnik w moim aucie aż unosił się w górę. Wydawało mi się, że był jakiś silniejszy. Zastanowiło mnie to — opowiada Jan Gulak.

Ale szybko zapomniał o zdarzeniu. Przypomniał sobie wiele lat później, gdy w 1997 r. wybrał się na giełdę samochodową w Miedzianej Górze koło Kielc. W starej Nysce pękł gumowy przewód łączący silnik i chłodnicę, z której zaczęła się wylewać woda.

— Buchnęła para wodna, a silnik mało z ramy nie wyskoczył! Przerażony właściciel nie wiedział, co się dzieje, i zaczął wzywać pomocy — wspomina Jan Gulak.

— Wróciłem do domu i w garażu zacząłem przeprowadzać próby z moim samochodem — dodaje. Wymyślił specjalną konstrukcję z blachy, którą przymocował do kolektora wydechowego. Uszczelnił ją watą szklaną. Chodzi o to, aby nie było żadnych ubytków ciepła, a doprowadzona tam woda jak najszybciej ogrzewała się i zmieniała w parę.

Frania zmieniła mu życie

Wynalazkami zajmował się od zawsze. Właściwie to one zmieniły jego życie. Jako młody chłopak skończył Zasadniczą Szkołę Metalową w Kielcach i został ślusarzem precyzyjnym.

Poszedł do pracy w Kieleckich Zakładach Wyrobów Metalowych SHL. Produkowały uzbrojenie dla wojska i milicji (m.in. nadwozia pojazdów do rozpędzania demonstracji), szoferki do ciężarówek Star oraz elementy karoserii do aut osobowych z warszawskiej FSO. Polacy znali jednak zakłady SHL przede wszystkim z produkcji motocykli i pralek wirnikowych Frania, które w PRL były marzeniem każdej gospodyni. Jan Gulak wciąż coś usprawniał.

— Na początku ulepszyłem sprężyny w amortyzatorach motocykli — szczyci się. Zastosowano je w popularnych wówczas Wuefemkach produkowanych w Warszawskiej Fabryce Motocykli, do których części wytwarzała kielecka SHL.

— Moje najważniejsze osiągnięcie to zmiana sposobu piaskowania szoferek do ciężarówek Star. To technologia, która zabezpiecza przed rdzewieniem — opowiada.

Ale największe konsekwencje miało dla niego ulepszenie Frani. Pralka składała się z dwóch cylindrycznych komór z emaliowanej blachy: w dolnej był silnik, a w górnej — bęben, w którym się prało. Wodę i praną odzież poruszał w nim obracający się wirnik. Problem polegał na tym, że Frania była siermiężnie wykonana i krawędzie górnego bębna były tak ostre, że gospodynie kaleczyły sobie o nie ręce.

— W zakładach próbowano zabezpieczyć krawędź gumą, ale zbierał się pod nią brud — opowiada Jan Gulak. W końcu Ministerstwo Przemysłu Maszynowego ogłosiło konkurs na rozwiązanie problemu Frani. — Zaproponowałem prosty sposób, aby wygiąć blachę do środka — wspomina Gulak.

Pomysł nie był skomplikowany, ale w ministerstwie i zakładach wszyscy byli zachwyceni. Dostał 18 tys. zł nagrody, a potem wysłano go do liceum dla pracujących. Po liceum miał iść na studia techniczne. W ostatniej chwili zdecydował się na prawo.

Dostał się na Uniwersytet Jagielloński. Szło mu tak dobrze, że z rozpędu zrobił doktorat. Do Kielc wrócił jako wykładowca, gdy na początku lat 70. powstała tam Wyższa Szkoła Inżynierska — obecnie Politechnika Świętokrzyska. Prawo wykłada do dzisiaj. Jako emeryt prowadzi zajęcia na uczelniach prywatnych w Radomiu, Kielcach i Warszawie.

Pasją stała się dla niego poezja. Pisze wiersze i sam je wydaje. Jak mówi, chce się zmierzyć z największymi poetami. Pracuje właśnie nad rymowaną „Historią Matki Polski”, w której opisuje dzieje kraju od samego zarania. W Księdze III, tomie B, na stronie 408 umieścił nieskromny przypis: „W tym miejscu przekroczony został rekord najdłuższego eposu, należący dotychczas do Homera, trwający około 2800 lat”.

Państwo dziękuje, ale nie chce

Jan Gulak twierdzi, że „na parę wodną” mogą jeździć samochody, a nawet latać samoloty. W 2003 r. opatentował to, co wymyślił. Zapis w „Biuletynie Urzędu Patentowego” głosi: „Wynalazek dotyczy spalania przegrzanej pary wodnej w silnikach tłokowych, spalinowych o podwyższonym ciśnieniu z równoczesnym spalaniem innych substancji palnych ciekłych lub gazowych. Wynalazek może być zastosowany we wszystkich silnikach napędowych spalinowych tłokowych (a być może i przy silnikach odrzutowych).

Może być także zastosowany w piecach grzewczych do ogrzewania powierzchni użytkowych takich jak mieszkania, hale fabryczne, magazyny i hale sportowe”.

Po opatentowaniu wynalazku zrobiło się o nim głośno w lokalnej prasie. Kielecki dziennik „Słowo” relacjonował testy, które Jan Gulak przeprowadzał w Fabryce Kotłów w Zębcu koło Starachowic. Okazało się, że można w ten sposób spalać mniej paliwa, a przy okazji zmniejszyć emisję dwutlenku węgla.

Z kolei radomski tygodnik „7 dni” opisywał, jak Jan Gulak demonstrował swoje auto w zajezdni miejscowego MPK i próbował namówić prezesa, aby przetestował jego pomysł w autobusach. Ten odparł, że nie ma mowy, aby autobusy wyjechały na ulicę z instalacją na parę wodną bez homologacji. Natomiast, aby ją uzyskać, konieczne są testy za duże pieniądze, których nie ma. Tygodnik donosił: „Tadeusz Socha, prezes MPK, podszedł do projektu z dystansem, ale również z aprobatą. Gotowy jest przeprowadzić testy na starym silniku, ze skasowanego już autobusu”.

— Wysłałem pisma do ponad 20 ministerstw i instytucji. Ale nikt nie był zainteresowany, aby zrobić testy i wprowadzić patent na masową skalę do użytku — żali się Jan Gulak. Ministerstwo Transportu poradziło mu, by zbierał pieniądze i zainwestował we własne przedsięwzięcie, a ono będzie go popierać. Ministerstwo Środowiska przysłało mu podziękowania za to, że chce likwidować szkodliwe spaliny. Z kolei Ministerstwo Gospodarki odpisało — jak twierdzi Gulak — najgrzeczniej, ale też bez konkretów. — Jestem emerytem i nie nadaję się do tego, by samemu robić biznes.

Nie chcę zarabiać na patencie. Chętnie go komuś przekażę. Chciałbym tylko, aby wszyscy mogli z niego skorzystać. Może dzięki parze wodnej spadłaby cena paliwa. Być może jednak państwo tego nie chce i woli zarabiać na wysokich podatkach: VAT i akcyzie od sprzedawanego paliwa — denerwuje się wynalazca. Tymczasem przyjeżdżają do niego kolejni dziennikarze. Artykuł o nim trafił nawet na portal: paranormalne.pl. Niestety, do dzisiaj z wynalazku nikt nie skorzystał.

Wynalazki pozostaną w garażu?

Czy pomysł Jana Gulaka to science fiction? Niekoniecznie. Niedawno indyjski koncern motoryzacyjny Tata ogłosił, że skonstruował auto na powietrze. Pomogli mu w tym francuscy inżynierowie z firmy MDI. Pojazd otrzymał nazwę Airpod, bo napędza go sprężone powietrze. Prototyp osiągał maksymalną prędkość 80-110 km/h. Prace nad nim trwały ponad dziesięć lat i indyjski koncern pokłada w nim wielkie nadzieje. To całkowicie ekologiczne i energooszczędne auto. Konstruktorzy wierzą, że dokona rewolucji na rynku motoryzacyjnym.

— Prace nad silnikami na mieszankę paliwa z parą wodną prowadzą od kilkunastu lat na całym świecie wielkie koncerny motoryzacyjne — mówi Paweł Goller z Przemysłowego Instytutu Motoryzacji w Warszawie.

— Nie znam wynalazku Jana Gulaka. Ale to możliwe, że udało mu się zredukować ilość spalanego paliwa przez jego rozrzedzenie parą wodną. Dotychczasowe doświadczenia pokazały, że w ten sposób można też zmniejszyć emisję tlenków azotu w spalinach. To bardzo niebezpieczne i szkodliwe dla środowiska związki. Nad tym, jak je wyeliminować, pracują wszyscy światowi producenci — twierdzi Paweł Goller. Wątpi tylko, czy auto na mieszankę paliwa i pary wodnej może rzeczywiście zwiększyć moc.

— Para wodna obniża temperaturę eksplozji paliwa. Do jej rozkładu na tlen i wodór konieczne są bardzo wysokie temperatury. Nie wiem, czy są możliwe do osiągnięcia bez dodatkowego, specjalnie skonstruowanego urządzenia — zastanawia się. Paweł Goller uważa, że aby się o tym przekonać, potrzebne są testy. Ale tu pojawia się problem: kto miałby je sfinansować.

— Praktycznie nie ma polskich firm motoryzacyjnych, które byłyby zainteresowane naszymi wynalazkami. Fabryki u nas mają wyłącznie wielkie zagraniczne koncerny, a one prowadzą własne badania. Polski wynalazca nie ma szans się do nich przebić — mówi Goller. — Polacy wymyśli mnóstwo rzeczy, które weszły do produkcji na całym świecie. Choćby wycieraczki do szyb stosowane w każdym aucie. Ale kto o tym pamięta? — dodaje. Według niego, również państwo wciąż nie ma pomysłu, jak wspierać i promować rodzime wynalazki. — Wielu ludzi gdzieś w swoich garażach wpada na genialne pomysły i próbuje konstruować różne rzeczy. Są pozostawieni sami sobie i o wielu z nich nawet się nie dowiemy — uważa Paweł Goller. Jan Gulak to potwierdza: Gdybym chociaż miał tytuł profesora doktora habilitowanego albo profesora kilku uczelni, to może ktoś by się zainteresował tym, co wymyśliłem. Ale ja jestem z zawodu tylko ślusarzem precyzyjnym.

Jan Marian Gulak

Wymyślił auto na parę wodną. Ślusarz, prawnik i poeta, który chce rywalizować z Homerem.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Michał Matys

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu