Barack Obama: Tak, możemy

Jacek Zalewski
opublikowano: 27-05-2011, 00:00

Hasło wyborcze Obamy pierwotnie brzmiało "Yes, we can change". Ale "zmiany" zostały wycięte, bo bardziej nośne okazało się "Yes, we can". Przebieg prezydentury dowodzi, że był to ważny skrót merytoryczny, bowiem aktualności nabiera pytanie: "Co możemy?"

Barack Hussein Obama, 44. prezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki, będzie obchodził 4 sierpnia pięćdziesiątkę. Na jego złote urodziny Republikanie w prezencie mogą powtórzyć pytanie — czy Barry naprawdę urodził się w Honolulu, na terenie USA, i czy jest legalnym prezydentem… Wciąż nie mogą się otrząsnąć z szoku po 4 listopada 2008 r., gdy ciemnoskóry kandydat Demokratów pokonał ich asa Johna McCaina w głosach elektorskich 365:173. Wybory połówkowe w 2010 r. odwróciły trend i Republikanie zdobyli w Izbie Reprezentantów większość. Partia prezydenta utrzymała większość w Senacie, ale tylko dzięki wynikom wyborów z lat poprzednich.

Do niedawna Republikanie realnie widzieli szanse na odbicie Białego Domu, ponieważ notowania Baracka Obamy zjeżdżały z miesiąca na miesiąc. Jego uciekanie od rozwiązywania problemów wywoływało nawet w obozie Demokratów wątpliwości, czy lepszym kandydatem nie byłaby jednak… Hillary Clinton. Już same takie dywagacje w partii prezydenckiej to dla głowy państwa policzek. Notabene mianowanie wewnętrznej rywalki na stanowisko sekretarza stanu było mistrzowskim zagraniem taktycznym Obamy — pozwala jej realizować ambicje, a zarazem trzyma ją pod kontrolą.

Sensacyjny zwrot sytuacji na korzyść Baracka Obamy nastąpił w niedzielę 1 maja wieczorem, gdy prezydent z dumą ogłosił Amerykanom, że upolował narodowego wroga numer jeden, Osamę Bin Ladena. Operacja komandosów na terenie Pakistanu naprawdę była zagraniem va banque. Przecież prezydent Jimmy Carter w 1980 r. pogrzebał swą reelekcję właśnie klęską operacji odbicia amerykańskich zakładników w Iranie. Co prawda od tamtego czasu nastąpił skokowy postęp militarnych technologii, ale ryzyko pozostawało ogromne. A jednak polityczne dziecko szczęścia zatriumfowało, co natychmiast przełożyło się na wyniki sondaży.

Rzesze Amerykanów entuzjastycznie przyjęły wynik meczu "Obama — Osama 1:0". Ale nie znaczy to, że ostry gracz już zgarnął drugi raz prezydencką pulę. Do listopada 2012 jeszcze półtora roku, zaś głównym wrogiem obecnie jest nie terroryzm, lecz zapaść gospodarcza. A w tej sprawie Barackowi Obamie najlepiej wychodzi pompowanie finansowego balona setkami miliardów dolarów bez pokrycia w realnej gospodarce. Gdy pęknie, huk będzie jeszcze głośniejszy, niż po bankructwie banku Lehman Brothers w 2008 r.

Myśląc o takiej czarnej perspektywie mam w pamięci grupkę emerytów spod Chicago, którą spotkałem w Strasburgu nad brzegiem Renu tuż po szczycie NATO w 2009 r. Przy mostku dla pieszych dopytywali się, czy to naprawdę tędy "Mister Obama" przechodził z niemieckiego Kehl na stronę francuską. Gdy potwierdziłem, zareagowali niczym Polacy na napotykane pamiątki papieskie — z autentyczną nabożnością robili sobie zdjęcia w miejscu, którego dotknęły stopy ich idola.

Ale co się dziwić wyborcom z Illinois, skoro Barack Obama oczarował nawet konserwatywny komitet norweskiego Stortingu. Pokojowa Nagroda Nobla 2009, przyznana prezydentowi USA już w pierwszym roku za "wysiłki w celu ograniczenia światowych arsenałów nuklearnych i pracę na rzecz pokoju na świecie", wywołała ogólne zażenowanie i śmiech. Co prawda laureat później doprowadził do ratyfikacji układu o redukcji rakiet START, ale to zaledwie mały kroczek do zasłużenia na Nobla. No, chyba że na pokojowe konto Obamy zaliczone zostanie także zastrzelenie Osamy…

W piątek 27 maja, gdy ukazuje się to wydanie "Business Class", prezydent Barack Obama akurat ląduje w Warszawie. Wizyta będzie okazją do podziwiania jego perfekcyjnego słowotoku o wartościach, z którego nie wynikają konkrety. Wzniosłość deklaracji o misji Europy Środkowej i Wschodniej czy o perspektywach gazu łupkowego zderza się z naszymi przyziemnymi oczekiwaniami zniesienia poniżających Polskę, jako jedynego państwa strefy Schengen, amerykańskich wiz. Barack Obama tradycyjnie wskazuje palcem na Kongres, czym podtrzymuje tradycję wizowych wykrętów kolejnych prezydentów. Bo przecież gdyby amerykański rząd zmienił dyrektywy dla konsulów w Polsce, to odsetek odmów natychmiast spadłby poniżej wymaganego poziomu i zmiana ustawy w ogóle nie byłaby potrzebna.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu