Baronie Łapiński, nie wypada!

Kazimierz Krupa
15-05-2003, 00:00

Jeżeli ktoś w towarzystwie, za przeproszeniem, puści bąka, to — zależnie od wagi osoby sprawcy, no i bąka, oczywiście — wszyscy starają się nie zauważać tego faktu, wyjść z pomieszczenia, zareagować oburzeniem, a przynajmniej, pod byle pozorem, otworzyć okno. Sytuacje takie, jak w znanym dowcipie o królowej angielskiej i delegacji radzieckiej, która była gotowa wziąć odpowiedzialność za incydent — tym bardziej że był on już trzecim — należą do rzadkości.

Ponieważ Mariuszowi Łapińskiemu, byłemu ministrowi zdrowia, do królowej angielskiej dalej niż stąd do nieskończoności, po jego wyczynie najpierw zapanowało kłopotliwe milczenie (mowę odjęło nawet, wygadanej zwykle, naszej koleżance Monice Olejnik), a później wokół sprawcy utworzyła się próżnia. Bo trzeba przyznać, że i kaliber wydarzenia był bardzo poważny. Minister zarzucił dziennikarskiej braci, ni mniej, ni więcej, tylko zamiar dokonania grabieży (zabranie pieniędzy z telewizji publicznej) i zamachu stanu (atak na struktury demokratyczne, na rząd, na parlament).

No i zaczęło się. Kto żyw rzucił się do „odcinania się”. Na dalszy plan zeszła sprawa zarzutów wobec najbliższych współpracowników ministra Łapińskiego (gdzieś tam na marginesie ma się nią zająć prokuratura i Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego), ale każdy chciał się odżegnać od zaprezentowanych przez niego poglądów. Rzecznik rządu zapewnił, że ani on, ani inni ministrowie, nie czują się zagrożeni zamachem stanu, minister sprawiedliwości stwierdził, że jednak nie zagrażamy demokracji i nie trzeba tak szybko wsadzać nas do więzienia. Można było odnieść wrażenie, że koledzy pana ministra ustawiali się w kolejce, by „się odciąć”. Najbardziej elegancko wyraził to marszałek, jak na marszałka przystało, Borowski: nie wypada.

Zbytnia skwapliwość jednych, przy wstrzemięźliwości drugich, zawsze jest jednak podejrzana. Bo to przecież nie pierwszy wyczyn ministra Łapińskiego, a mimo to zachował wpływy w resorcie zdrowia, a już po wielu niezwykle barwnych wypowiedziach, został przez premiera wypromowany na „mazowieckiego barona”, szefa największej organizacji SLD. Premier, autor specyficznego bon motu o chorobie wściekłych dziennikarzy, tym razem zachowuje dyskretne milczenie, jest ponad to. A przecież, być może, wystarczyłoby szerzej otworzyć okno, staranniej przewietrzyć pomieszczenie, tak by wywiało nie tylko skutki, ale i przyczyny. Bo jak przyjdzie sprzątaczka i zrobi wielkie wietrzenie, to skutki mogą być nieprzewidywalne.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Kazimierz Krupa

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Baronie Łapiński, nie wypada!