Będzie hossa jak za Gierka

Adrian Boczkowski
opublikowano: 25-11-2010, 00:00

Zachód straszy długami. I ma niskie stopy procentowe. Kapitały płyną więc na rynki wschodzące — jak w latach 70.

"Zobaczmy, co mamy: bałagan i kłopoty". Ten cytat pochodzi nie z tego roku, ani nawet z kryzysowych lat 2008-2009, lecz sprzed trzech dekad. Tak bowiem w 1978 r. gospodarkę i politykę pieniężną USA ocenił George William Miller, sekretarz skarbu USA i wcześniejszy szef Fed. Taka konkluzja pasowała zresztą do sytuacji już od kilku lat. Tymczasem w zachodniej Europie również nie panowały wtedy zbyt optymistyczne nastroje, szczególnie po skokowym wzroście cen ropy. Największymi beneficjentami pokaźnych linii kredytowych z Międzynarodowego Funduszu Walutowego były Włochy i Wielka Brytania.

W późnych latach 70., w sytuacji przyspieszającej inflacji, narastała w naturalny sposób ucieczka kapitału spekulacyjnego z rynku obligacji. Ostrożniejsi inwestorzy również szukali nowych możliwości zarobku, a dotychczasowe główne rynki akcji nie dawały nadziei na zyski przewyższające inflację. Przy słabym popycie i ogólnej sytuacji gospodarczej wyniki spółek nie pomagały kursom. "Stary" świat był pogrążony w problemach i nie zanosiło się, by znalazł się powód, aby można było liczyć na wysokie zyski. Ważne było, by zyski okazały się szybkie. Postępująca inflacja "zjadała" przecież czekający na ujście zachodni kapitał.

Naturalnym obszarem zainteresowania stały się te kraje, w których nasycenie telewizorami, samochodami, mieszkaniami czy ubraniami było wielokrotnie niższe niż na Zachodzie. Tu można było liczyć na szybki wzrost konsumpcji, skok PKB, zysków firm i inwestorów giełdowych. Lawina ruszyła. Łatwo było jednak przewidzieć, że dość szybko w wielu przypadkach kursy mocno oderwały się od fundamentów. Zyski graczy były jednak imponujące. Kapitalizacje pojedynczych spółek wzleciały o setki procent, a ogólnorynkowe indeksy również nie próżnowały. Od lata 1977 r. do jesieni 1978 r. tajwański indeks TaiEx zyskał ponad 114 proc., a hongkoński Hang Seng zyskał od początku 1977 r. do połowy 1981 r. aż ponad 360 proc. (10-20 razy więcej niż indeksy zachodnie).

W latach 70. ubiegłego stulecia nie było jednak tylu otwartych gospodarek i rynków kapitałowych co obecnie. Z perspektywy zachodniego kapitału, który potrzebował szybkiego i zyskownego ujścia, nie można było więc liczyć zbytnio na Amerykę Południową czy cały blok wschodni, który pozostawał za żelazną kurtyną. Wyjściem okazało się dostarczenie finansowania dla całych krajów. Modę na emerging markets wykorzystał na przykład Edward Gierek, pierwszy sekretarz KC PZPR, który zaczął utrzymywać ciepłe stosunki z kapitalistycznym Zachodem. Ten z kolei bardzo chętnie pożyczał Polsce pieniądze. Na koniec 1970 r. zadłużenie naszego kraju wobec państw kapitalistycznych wynosiło tylko 1,1 mld USD (zadłużenie dewizowe stanowiło 86 proc. wpływów dewizowych z eksportu), w 1976 r. —8,4 mld USD, ale już w 1980 r. było to 24,1 mld USD (284 proc.). Zachodnie pieniądze, pomimo braku bezpośredniej kontroli, finansowały jednak to, na czym zależało poszukującym zysku dostawcom kapitału. Skoro nie mogli zyskiwać na wzroście krajowych przedsiębiorstw, to udało się im wspomóc zachodnich producentów. Szacunki mówią bowiem o tym, że jedynie 20 proc. kredytów dewizowych Polska przeznaczyła na inwestycje (np. drogi, fabryki), podczas gdy aż 65 proc. poszło na import surowców i materiałów do produkcji, a 15 proc. — na bezpośredni import artykułów konsumpcyjnych. Obecnie Unia Europejska, USA czy Japonia tkwią w stagnacji, albo będą się powoli rozwijać, podczas gdy Chiny, Indie, Polska, Turcja czy Rosja oferują szybki wzrost gospodarczy oparty w dużej mierze na rezerwach w konsumpcji. To bardzo łakomy kąsek. Tym bardziej że ich rynki kapitałowe są otwarte (wyraźne restrykcje dotyczą jedynie Chin), a inwestycji można dokonać jednym kliknięciem komputerowej myszki.

Oczywiście trzeba wziąć pod uwagę wiele różnic, które dzielą lata 70. i czasy obecne. W oczy rzuca się na przykład zupełnie inny poziom wyjściowy inflacji i stóp procentowych (teraz główna stopa w USA to jedynie 0,25 proc.). To jednak przemawia na korzyść rychłego rajdu na rynkach emerging markets. Można bowiem bardzo tanio pożyczać pieniądze na Zachodzie, by inwestować je na rynkach wschodzących. Jednocześnie wielu ekspertów obawia się rozkręcenia spirali inflacyjnej w USA (efekt luzowania ilościowego). Czy czekają nas lata mocnej hossy, m.in. na polskim rynku akcji? Specjaliści Renaissance Asset Managers nie mają wątpliwości, że tak (czytaj obok). Tendencja jest już zresztą widoczna. W pół roku MSCI Emerging Markets wzrósł o około 30 proc., podczas gdy SP 500 — o 10 proc.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Adrian Boczkowski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy