Będzie powtórka z bitwy warszawskiej

Adam Sofuł
opublikowano: 25-01-2007, 00:00

Opóźnienia w złożeniu oświadczeń majątkowych przez 700 (według dzisiejszych szacunków) samorządowców będą ich najprawdopodobniej kosztować mandaty. A to oznacza nowe wybory i nowe koszty, jakie poniosą podatnicy. Trudno rozstrzygnąć, czy zawiniło niedbalstwo samorządowców, czy też poselska dezynwoltura przy pisaniu ustaw. Trudno jednak nie dostrzec, że choć politycy twierdzą, że istnieje spór prawny, to w istocie toczą swoje polityczne wojny. W sytuacji Hanny Gronkiewicz-Waltz jest kilkuset samorządowców w całej Polsce, ale to właśnie jej przypadek sprawił, że politycy uznali sprawę za poważną. Bo przecież dopiero po ujawnieniu jej spóźnienia stanowisko polityków Prawa i Sprawiedliwości zyskało na pryncypialności. Z drugiej strony Platforma Obywatelska też nie wspominała o nowelizacji ustawy czy skierowaniu jej do Trybunału Konstytucyjnego, dopóki nie wyszły na jaw kłopoty pani Hani. Bitwa warszawska trwa, a przypomnijmy: kto ją wygra, wygra całe wybory. Szkoda tylko, że to gra za nasze pieniądze.

Politykom chodzi w istocie tylko o wybory w stolicy, problemy samorządowców w małych miasteczkach dotychczas zbywali milczeniem. Kto się np. interesował losem podwarszawskiego Pruszkowa, gdzie mandat może stracić 12 z 22 radnych gminy. Mandat może też stracić starosta powiatu. W wielu innych miasteczkach sytuacja jest podobna i wypada mieć tylko nadzieję, że powtórne wybory okażą się jedynym kosztem całego zamieszania. Że nie będzie przypadków, gdy paraliż władz samorządowych utrudni np. absorpcję unijnych funduszy. Jeszcze większym, chociaż trudno wymiernym kosztem będzie to, że — niezależnie od rozwoju sytuacji — spada autorytet prawa. Bo jak przeciętny obywatel może mieć zaufanie do systemu prawnego, skoro dla polityków jest on jedynie orężem w walce.

Jakkolwiek by patrzeć, sytuacja jest dość parszywa. Albo politycy nie potrafią przeczytać ze zrozumieniem ustaw, które sami napisali, albo nie potrafią napisać ustaw, które ktokolwiek mógłby przeczytać ze zrozumieniem. Niewykluczone zresztą, że jedno i drugie. Może zresztą posłowie nie czytają ustaw, tak jak w starym kawale o milicyjnym patrolu, w którym jeden umie czytać, a drugi pisać. Są tymi, którzy piszą ustawy, więc dlaczego mieliby je jeszcze czytać. Niezależnie jednak od tego, którą z wersji przyjmiemy, to i tak za to zamieszanie możemy zapłacić. Koszt ponownych wyborów nie będzie rzecz jasna kłopotem dla budżetu — Waldemar Pawlak szacuje, że 2 mln zł trzeba wydać na same diety członków komisji wyborczych. Przyjmijmy nawet, że nie przekroczą 10 mln zł i będą cztery razy mniejsze od sumy, którą parlamentarzyści chcą z budżetu wydać na Świątynię Opatrzności Bożej. Budżet sobie z tym poradzi. Zdrowy rozsądek już mniej. Bo każda kwota będzie zbyt wygórowaną ceną za kłopoty z czytaniem i pisaniem naszych wybrańców. Podatnicy zawsze płacą za błędy polityków. Może nawet dobrze, że wybuchła sprawa z powtórką wyborów, bo kolejnych paru podatników sobie to uświadomi.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Adam Sofuł

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu