Będziemy ostrożni i konserwatywni

Rozmawiał Bartek Godusławski
12-06-2016, 22:00

NBP nie wymaga rewolucji, ale wzmocnienia o nadzór nad bankami. Największe wyzwanie to utrzymanie stabilności finansowej. Gospodarka i kredyt nie potrzebują wsparcia – mówi Adam Glapiński, wybrany na prezesa NBP

„PB”: Mówił pan podczas przesłuchania przed sejmową Komisją Finansów Publicznych, że bank centralny musi być niezależny. Jak pan jako prezes NBP rozumie tę niezależność?

Zobacz więcej

Marek Wiśniewski

Adam Glapiński, prezes NBP: Niezależność banku centralnego nie jest wprost zdefiniowana w żadnym polskim akcie prawnym. Nie znajdziemy nic na ten temat w Konstytucji RP czy ustawie o NBP. Jej definicja pojawia się natomiast w dokumentach europejskich, np. Traktacie o Funkcjonowaniu Unii Europejskiej. Wiadomo, o co chodzi. Jest kilka płaszczyzn niezależności banku centralnego: od funkcjonalnej, instytucjonalnej przez personalną aż po finansową. Dopiero niezależność we wszystkich tych aspektach świadczy o pełnej niezależności. W Polsce mocno to podkreślamy — bank musi być niezależny, bo prowadzi politykę nakierowaną na stabilność pieniądza, która nie zawsze musi być zgodna z oczekiwaniami ministra finansów.

Niezależność NBP nie wyklucza jednak współpracy z rządem czy administracją publiczną.

Kwestia współpracy jest ujęta w konstytucji, w której jest mowa o zasadzie współdziałania instytucji publicznych dla dobra kraju. Natomiast w ustawie o NBP wprost jest zapisane, że głównym celem banku centralnego jest stabilizacja poziomu cen, a dopiero dalej mowa jest o wspieraniu polityki gospodarczej rządu, o ile oczywiścienie zakłóca to realizacji pierwszego celu. W warunkach, gdy nie ma inflacji, jak obecnie, NBP, wspierając gospodarkę, nie wchodzi w kolizję ze swoim nadrzędnym celem.

Co pan sądzi o tym modelu funkcjonowania banku centralnego w Polsce, który wzorowaliśmy na Bundesbanku? Czy należałoby go przemyśleć i być może zmienić?

To często zadawane pytanie. Dlatego NBP zrobił przegląd wszystkich narzędzi, którymi dysponuje. Okazało się, że po 2008 r. podjęto różne działania i decyzje, dzięki którym w swoim instrumentarium mamy dzisiaj w zasadzie wszystko, czym dysponują inne banki centralne — brytyjski, japoński czy europejski. To są instrumenty, które umożliwiają prowadzenie niekonwencjonalnej polityki pieniężnej, gdyby zaistniała taka konieczność. U nas nie ma jednak takiej potrzeby. Jesteśmy w innej sytuacji niż gospodarki szeroko rozumianego Zachodu, w których koniecznością stało się sięgnięcie do metod niekonwencjonalnych. Nie cierpimy na brak wzrostu gospodarczego w warunkach deflacji i nie mamy zerowych stóp procentowych. Luzowanie ilościowe czy ujemne stopy procentowe to nie nasza rzeczywistość, ale my także dysponujemy takimi narzędziami. Oczywiście przydałoby się je uporządkować na poziomie ustawowym. Projekt zmiany ustawy o NBP przygotowany za poprzedniej koalicji rządzącej szedł w tym kierunku. Dyskutowaliśmy go w banku i wszystko wskazywało na to, że trafi do Sejmu. Ale tak się nie stało.

To może warto ten projekt odkurzyć?

Myślę, że teraz zostałoby to źle zinterpretowane — jako próba przemycenia czegoś, wprowadzenia nowych zmian. Wtedy projekt nowelizacji ustawy o NBP niepotrzebnie rozszerzano o różne pomysły, np. wprowadzenie rotacyjności w kadencjach członków Rady Polityki Pieniężnej. Wracając do polityki pieniężnej: jesteśmy przygotowani do uruchomienia niekonwencjonalnych instrumentów, ale w obecnych realiach byłoby to zupełnie nieuzasadnione i mam nadzieję, że tak zostanie. Niektórzy podnoszą larum, powołując się na dane za pierwszy kwartał, że nasze tempo wzrostu słabnie. Według Instytutu Ekonomicznego NBP, w kolejnych kwartałach prawdopodobnie będziemy się rozwijać w tempie około 3,5 proc. rocznie. To jest blisko, a nawet nieco szybciej niż szacowany wzrost tzw. produktu potencjalnego.

Odżegnuje się pan od potrzeby wprowadzenia nowego instrumentarium do polityki monetarnej, ale politycy o tym mówią. Ostatnio Mateusz Morawiecki, wicepremier i minister rozwoju.

Mamy już wszystko, czego potrzebujemy. Spotkałem się z wicepremierem Morawieckim i rozmawialiśmy o tym. Świadomość posiadania przez nas odpowiednichnarzędzi nie jest powszechna, bo są one określone np. w wewnętrznych uchwałach organów NBP. Ta „skrzynka z narzędziami” powstała po 2008 r., abyśmy mogli w razie potrzeby natychmiast dostarczyć bankom płynność. Z tych możliwości jednak nie korzystamy, bo banki nie mają problemów z płynnością.

Jak ocenia pan dzisiaj sytuację gospodarczą w Polsce?

Nasza gospodarka ma wyższy potencjał wzrostu PKB niż strefa euro. Jesteśmy dużą gospodarką na tle regionu, z ogromnym rynkiem wewnętrznym, rekordową liczbą zatrudnionych i brakiem zasadniczych nierównowag makroekonomicznych. Tylko jakieś zewnętrzne szoki mogą wybić nas z tej ścieżki wzrostu i stanu równowagi.

Jakie szoki ma pan na myśli?

Na przykład głęboki kryzys w europejskim systemie bankowym. Nie wiadomo jeszcze, do czego doprowadzi pompowanie pieniądza w gospodarkę strefy euro na niespotykaną do tej pory skalę.

Obawia się pan o to, jak będzie wyglądało globalne wycofywanie się z drukowania pieniądza?

Z luzowaniem ilościowym jest jak z narkotykiem. Stopniowo coraz więcej się go dostarcza do gospodarki, ale jego działanie jest coraz słabsze. Polityka QE w świecie już dawno miała być ograniczana, ale gospodarka się do niej przyzwyczaiła. Trzeba więc powtarzać dawki. Nagła likwidacja QE mogłaby oznaczać krach finansowy, czego bał się nawet Fed. Programy luzowania ilościowego są obecnie prowadzone w Europie i Japonii, ale nikt do końca nie wie, czy uda się je bezpiecznie zakończyć. Często jesteśmy pytani na międzynarodowych konferencjach, dlaczego polski bank centralny prowadzi konwencjonalną politykę pieniężną, skoro dynamika cen jest tak daleka od celu. Odpowiedź jest prosta: po pierwsze, wciąż mamy solidne tempo wzrostu PKB, po drugie, kredyt rośnie w tempie bliskim nominalnemu PKB, a po trzecie, utrzymując stopy procentowe powyżej zera, nadal mamy pole manewru w razie negatywnych szoków.

Zaczyna pan jednak kadencję prezesa NBP i przewodniczącego RPP w sytuacji ponad 3 proc. wzrostu PKB i utrzymującej się już niemal dwa lata deflacji. Jak w takiej sytuacji powinna wyglądać polityka pieniężna?

Obecnie mamy lekkie poluzowanie polityki fiskalnej — chociażby ze względu na program 500+, który jest solidnym impulsem dla wzrostu popytu konsumpcyjnego. W związku z tym polityka pieniężna powinna być konserwatywna i ostrożna. Musimy zapewnić odpowiedni policy mix dla gospodarki. Gdy polityka pieniężna jest luźniejsza, wówczas zwykle polityka budżetowa nie powinna być dodatkowo luzowana i odwrotnie. To wszystko musi się wzajemnie dopasowywać, żeby nie powstawały nierównowagi w gospodarce.

Czyli za ekspansywną polityką finansową rządu powinna pójść restrykcyjna polityka stóp procentowych?

Polityka budżetowa jest umiarkowanie ekspansywna, ale pozostaje w ryzach. Deficyt sektora finansów publicznych jest poniżej 3 proc. PKB, a minister Szałamacha i wicepremier Morawiecki zapewniają, że tego poziomu nie przekroczymy.

Czy zatem w perspektywie tego i przyszłego roku możemy już zapomnieć o obniżkach kosztu pieniądza, a następny krok to będzie raczej podwyżka stóp procentowych?

Stopy procentowe w Polsce są wciąż powyżej zera, ale jednocześnie jest to historycznie najniższy poziom, który nie wpływa destabilizująco ani na system finansowy, ani na całą gospodarkę. Banki w warunkach takich stóp radzą sobie bardzo dobrze, choć cały sektor funkcjonuje w trudniejszym otoczeniu. Moim zdaniem, nie ma dziś powodu, żeby zmieniać coś, co działa dobrze. Ewentualna obniżka stóp procentowych prawdopodobnie nie przyniosłaby znaczących korzyści gospodarce, natomiast mogłaby negatywnie oddziaływać na sytuację systemu finansowego. Niższe stopy procentowe nie przyczynią się do wzrostu popytu na kredyt, bo zależy on przede wszystkim od kalkulacji zwrotu z inwestycji, a ten dla wielu firm jest niepewny. Niepewność ta ma swoje źródła w otoczeniu zewnętrznym: nie wiemy, jaka będzie kondycja gospodarki strefy euro czy gospodarki chińskiej, od których zależy także sytuacja globalnych instytucji kredytowych, mających podmioty zależne w Polsce. Jeśli w bankach o znaczeniu międzynarodowym zacznie się dziać coś niepokojącego, wpłynie to także na ich spółki córki.

Czy deflacja nie jest dla RPP problemem?

Deflacja nie jest stanem pożądanym, ale istotne są jej przyczyny i skutki. Przyczyny są głównie zewnętrzne, a skutków negatywnych na razie nie widać, stąd spokój banku centralnego. Bieżące prognozy wskazują, że deflacja skończy się pod koniec bieżącego roku. W krajach strefy euro deflacja wywołuje niepokój, u nas nie. Największy problem mielibyśmy wówczas, kiedy występowałaby ona w połączeniu z malejącymi wynagrodzeniami, rosnącym bezrobociem, spadkiem popytu i spowolnieniem gospodarczym. W Polsce tego nie ma. Nie mamy do czynienia ze spiralą deflacyjną i oczekiwaniami, że to jeszcze nie koniec. Badania prowadzone w Polsce nie wykazują, że występuje u nas zjawisko odkładania zakupów na później. Do tego jesteśmy przekonani, że 500 zł na dziecko w dużej części zostanie przeznaczone na bieżące wydatki konsumpcyjne, co powinno podbić dynamikę cen.

Czego mają się spodziewać przedsiębiorcy i gospodarstwa domowe, jeśli chodzi o koszt pieniądza? Czy bardziej prawdopodobne jest, że następnym działaniem będzie podwyżka stóp procentowych?

Moim zdaniem, powinniśmy oczekiwać stabilizacji parametrów polityki pieniężnej, o ile oczywiście nie pojawi się wstrząs wymagający reakcji ze strony NBP. Teraz gospodarka pracuje w dobrym, stabilnym rytmie, w związku z tym nie ma potrzeby tego korygować poprzez dokonywanie zmian parametrów polityki pieniężnej. A co będzie się dziać w dalszej przyszłości, zobaczymy. Jedno jest pewne: bank centralny będzie nadal dostosowywał parametry polityki pieniężnej do sytuacji gospodarczej, ale też uwzględniał kwestię stabilności finansowej.

Dzisiaj bank centralny bardziej będzie się skupiał na stabilności bankowo-finansowej...

Zgadza się. To także element mandatu NBP, który wynika wprost z uregulowań dotyczących polityki makroostrożnościowej. Nie zapominając o podstawowym celu, jakim jest stabilność cen, rolą NBP jest także działanie na rzecz stabilności krajowego systemu finansowego poprzez eliminowanie lub ograniczanie źródeł ryzyka systemowego. Stabilnie funkcjonujący system finansowy jest bowiem warunkiem koniecznym dla zapewnienia zrównoważonego rozwoju gospodarczego w dłuższym okresie.

Wspomniał pan również w Sejmie, że Komisja Nadzoru Finansowego znów powinna się znaleźć w strukturach NBP.

Chodziło mi jedynie o nadzór nad bankami. Rynek ubezpieczeniowy, kapitałowy czy emerytalny to inne, ogromne dziedziny odpowiedzialności i nie ma potrzeby, żeby zajmował się nimi NBP. W obszarze naszego zainteresowania i odpowiedzialności jest kondycja banków. Myślę, że pomysł powrotu nadzoru bankowego w struktury NBP jest uzasadniony i ma duże szanse powodzenia, ale proces ten musi zostać perfekcyjnie przygotowany i przeprowadzony bardzo sprawnie, żeby nie doprowadzić do zakłóceń w bieżącym funkcjonowaniu systemu. Umiejscowienie nadzoru bankowego w NBP skróciłoby obieg informacji pomiędzy instytucjami sieci bezpieczeństwa finansowego, usprawniając proces podejmowania decyzji w sytuacji kryzysowej. Nielogiczne jest to, że NBP jako kredytodawca ostatniej instancji dla banków nie sprawuje nad nimi nadzoru. To jest lekcja, jaką dał nam upadek SK Banku.

Jaka będzie kondycja polskich banków w nadchodzących latach? Spada na nie coraz więcej obciążeń: podatków, nowych opłat czy kosztów związanych z ustawą frankową.

Niewątpliwie przed bankami jest wiele wyzwań, bo z jednej strony — w środowisku niskich stóp procentowych dużo trudniej uzyskuje się wysoką rentowność, a z drugiej — pojawiają się nowe obciążenia. W ubiegłym roku po raz pierwszy od 14 lat mieliśmy upadłość instytucji bankowej. Aby nie dochodziło w przyszłości do podobnych sytuacji, należało wzmocnić sieć bezpieczeństwa finansowego. Po kilku latach prac udało się ustanowić w naszym kraju organ sprawujący nadzór makroostrożnościowy, w którym czołową rolę pełni NBP. Po wprowadzeniu do polskiego prawa tzw. resolution, czyli procedury uporządkowanej likwidacji banków, bardzo wzrośnie również rola Bankowego Funduszu Gwarancyjnego. Istotnym czynnikiem niepewności wokół sektora bankowego pozostaje kwestia kredytów frankowych, dlatego trzeba ją jak najszybciej rozwiązać, żeby zamknąć to źródło ryzyka.

Jak prezes NBP rozwiązałby ten problem?

Pojawia się coraz więcej propozycji rozwiązania problemu kredytów walutowych, w tym wypracowywana przez zespół działający przy Kancelarii Prezydenta. Trzeba będzie zdecydować się na jedną z nich. To jednak nie będzie decyzja czystoekonomiczna. NBP będzie się zawsze domagał, żeby proponowane rozwiązania nie prowadziły do destabilizacji systemu bankowego.

Czy zakłada pan, że bank centralny będzie musiał poświęcić część rezerw, żeby pomóc w przewalutowaniu kredytów?

Gdy rozwiązanie dotyczące kredytów walutowych zostanie wprowadzone ustawą, obowiązkiem NBP będzie dostosowanie się do jej zapisów. Każdy pomysł ma dobre i złe strony. Wszystko zależy od szczegółów, których dziś nie znamy, dlatego nie warto spekulować, co zrobi NBP, gdy jakieś rozwiązanie zostanie przyjęte. Mogę jednak zapewnić, że działania NBP będą nakierowane na utrzymanie stabilności sektora finansowego.

Jest dzisiaj pełna zgoda, że problemem jest popyt na kredyt, a nie jego podaż. Są jednak głosy, że przydałyby się w banku centralnym programy bardziej ukierunkowanego wspierania akcji kredytowej — jak na Węgrzech czy w Wielkiej Brytanii.

W Polsce to już działa w postaci gwarancji i poręczeń de minimis realizowanych przez Bank Gospodarstwa Krajowego. Z tego narzędzia korzystają mikro-, małe oraz średnie przedsiębiorstwa i przynosi ono dobre efekty. Takie działania mają sens. Bank centralny może realizować programy podobne do rozwiązań stosowanych w innych krajach, ale obecnie nie ma takiej potrzeby.

Pozostając przy bankach… widać dzisiaj dużą szansę na zmianę proporcji własnościowych w sektorze na korzyść kapitału krajowego. Czy NBP może ten proces jakoś wspierać?

W procesie repolonizacji sektora bankowego nie ma miejsca dla banku centralnego. Ten proces odbywa się w sposób naturalny na zasadach rynkowych. Przede wszystkim musi się znaleźć chętny po stronie polskiego kapitału, którego można różnymi metodami wspierać. Powstaje grupa bankowa przy PZU i wydaje się, że to jest miejsce, gdzie można efektywnie „udomawiać” banki wystawiane na sprzedaż. Pewne możliwości stwarza również BFG, przy którym powstanie specjalny bank przejmujący „chore” części banków wystawionych na sprzedaż, będzie je restrukturyzował, a następnie sprzedawał. Myślę, że proces repolonizacji sektora bankowego w Polsce doprowadzi do tego, że udział rodzimego kapitału w nim sięgnie 60-70 proc.

W piątek Sejm wybrał Adama Glapińskiego na prezesa NBP, obejmie on jednak stanowisko dopiero po zaprzysiężeniu na najbliższym posiedzeniu parlamentu 21 czerwca.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Rozmawiał Bartek Godusławski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Inne / Będziemy ostrożni i konserwatywni