Belka wzrostu gospodarczego

Andrzej S. Bratkowski
opublikowano: 17-12-2004, 00:00

Polska to oryginalny kraj. Skąd wziął się u nas wysoki wzrost gospodarczy? Z kryzysu finansów publicznych. Gdy stało się jasne, że Kołodko nie ma żadnego sensownego pomysłu na ich zrównoważenie, a na dodatek sondaże pokazywały coraz większe prawdopodobieństwo, że następny minister finansów będzie powołany przez Leppera, kurs złotego zaczął lecieć w dół. Dzięki temu eksport i produkcja wystrzeliły w górę. Na dodatek wzrost oczekiwań inflacyjnych w związku z wejściem do UE pobudził popyt wewnętrzny i wszystko układało się fantastycznie: PKB wzrósł ponad 6 proc., deficyt na rachunku bieżącym, a potem także budżetowy były niższe od najśmielszych oczekiwań. Ale gdy tylko okazało się, że jest szansa na zmniejszenie dziury budżetowej, a Samoobrona zaczęła tracić poparcie, nasza waluta z powrotem zaczęła się umacniać. To wystarczyło do wybuchu powszechnego lamentu nad wzrostem gospodarczym śmiertelnie zagrożonym przez silnego złotego.

Faktycznie, znaczne wzmocnienie złotego powoduje, że 5 proc. wzrostu wpisane przez rząd do budżetu trzeba włożyć między bajki. Cóż, można powiedzieć: jaki wzrost, taki i jego koniec. Drukowanie pieniędzy, osłabianie waluty, zwiększanie wydatków i inne tego typu instrumenty polityki gospodarczej mogą dać imponujące efekty — w krótkim okresie. Potem zaczynają się schody. Rośnie inflacja i stopy procentowe, maleją inwestycje i konsumpcja. Można oczywiście próbować opóźnić „godzinę prawdy” — na przykład wywierając naciski na bank centralny. Oznacza to jednak wzrost inflacji, który w końcu zmusza rząd lub tenże bank centralny do działań dokładnie odwrotnych do tych, które były źródłem wcześniejszych sukcesów: podwyżek stóp , cięć wydatków publicznych itp. Im później takie środki zostają podjęte, tym bardziej są drastyczne.

Wyrażone przez premiera Belkę zaniepokojenie silnym złotym i zapowiedź rozmów z NBP na jego temat to właśnie próba przedłużenia „karnawału” za cenę ostrzejszego postu w następnych latach. Ale wtedy lewica będzie w opozycji, a przedłużony karnawał daje szansę, że nie będzie to opozycja pozaparlamentarna. I o to chodzi w całej tej histerii. Gdyby lewica martwiła się o gospodarkę, nie uchwalałaby budżetów z gigantycznym deficytem. Powody do najwyższego zaniepokojenia były, owszem, rok temu, gdy na skutek budżetowej rozrzutności złoty przebijał kolejne psychologiczne dna. To był główny powód silnego wzrostu inflacji i stóp procentowych. W efekcie realny wzrost dochodów gospodarstw domowych jest bliski zera, a przedsiębiorstwa, mimo iż mają najwyższe zyski od początku transformacji, boją się inwestować — słusznie nie wierząc w trwałość wzrostu uzyskanego takimi metodami.

Jeśli NBP ulegnie presji rządu, plan Belki powiedzie się. Złoty się osłabi, produkcja nadal będzie rosła. Konsumpcja — raczej nie. Inwestycje — może wzrosną, jeśli firmy uwierzą, że spacyfikowany bank centralny nie zareaguje wcześniej niż za dwa-trzy lata, gdy inflacja będzie dwucyfrowa. Ale to już byłoby po wyborach. Wtedy nowy rząd musiałby się wziąć do roboty, a i Rada Polityki Pieniężnej nie mogłaby dalej chować głowy w piasek — stopy procentowe powróciłyby do poziomu kilkudziesięcioprocentowego. Mielibyśmy recesję, opozycja odsądzałaby rząd od czci i wiary. Najwięcej — jak to zwykle w kraju, gdzie dominuje wiara w monetarne cuda gospodarcze — dostałoby się bankowi centralnemu. I od rządu, i od opozycji.

Na szczęście to nie jedyny możliwy scenariusz. RPP nie musi ulec presji rządu. To warunek podstawowy, by krajowi i zagraniczni inwestorzy traktowali Polskę poważnie. Członkostwo w Unii jest dodatkowym bodźcem dla naszego eksportu i pozwala liczyć na napływ inwestycji. Dzięki temu, mimo wyższych stóp procentowych, silnego złotego i wolniejszego wzrostu popytu wewnętrznego, możemy jednak liczyć na wyraźne ożywienie inwestycyjne. W połowie przyszłego roku RPP będzie mogła zacząć obniżać stopy procentowe, co powinno wyhamować wzmacnianie złotego. W tym scenariuszu jakoś doczołgamy się do wyborów w tempie 3-4-proc. wzrostu PKB.

Nie można jednak wykluczyć bardziej optymistycznego scenariusza. Rządy AWS i SLD udowodniły, że rozrzutność budżetowa nie przekłada się na polityczne poparcie. Może więc uwielbiająca wykrywanie afer prawica zrozumie, że afery Rywina i Orlenu to pestka w porównaniu z aferą, jaką są nasze finanse publiczne? Może powoła komisję śledczą do ich zbadania? Proponuję zacząć od konstytucyjnych gwarancji bezpłatnej opieki zdrowotnej. A skończyć na dopilnowaniu, by raport końcowy nie był pisany przez jakąś posłankę LPR zazdroszczącą popularności Anicie Błochowiak.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Andrzej S. Bratkowski

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu