Bessa na giełdach światowych otwiera drogę globalnej recesji

Piotr Kuczyński
22-07-2002, 00:00

Spadek indeksu S&P 500 nawet do poziomu 300 pkt w ciągu kilku lat jest niezwykle prawdopodobny. W ten sposób amerykański kolos finansowy straci jedną nogę. Zostaje druga: rynek nieruchomości, ale drzewa nie rosną do nieba...

Z Ameryki

Wróciłem 12 lipca z dwutygodniowego urlopu i trafiłem w oko cyklonu. Moje długoterminowe prognozy koniunktury na rynkach światowych sprawdzają się co do joty. Jestem jednak niezwykle tym zaniepokojony, bo konsekwencje będą niekorzystne dla gospodarki światowej.

Trzeba uświadomić sobie, że prawdopodobnie dana jest nam możliwość obserwowania czegoś, co nie wydarzyło się na giełdach od lat 20. poprzedniego wieku. Owszem, były bessy lat 1973/74 (S&P 500 spadł 48 proc.) i 1987 (33 proc.). Na pozór wydaje się, że obecna bessa nie różni się zbytnio (na razie spadek o 45 proc.). Na pozór, bo kryzys zaufania jest jedynie „wyzwalaczem”, który pozwolił ostatecznie przebić balon spekulacyjny na rynku akcji. Nie ma sensu wyliczać spółek, które przez ostatnie trzy tygodnie zostały objęte śledztwami, co do których praktyk księgowych są podejrzenia. Warto jedynie przypomnieć, że trąd pojawił się również u szczytów władzy. Prezydent i wiceprezydent USA, a także szef SEC i szef specjalnej grupy zwalczającej przestępstwa gospodarcze, też mają kłopoty. I zapewne gdyby nie kryzys zaufania, pojawiłby się inny wyzwalacz spadków.

Prawda jest taka, że wskaźnik C/Z akcji z indeksu S&P 500 wynosi powyżej 35, a dywidendy dają poniżej 2 proc. Prawdziwe, długoterminowe dno nie zostanie osiągnięte dopóki C/Z nie spadnie do poziomu 12-15. A jeśli uwzględni się, że w bessie ceny spadają do nieracjonalnie niskich poziomów, nie można wykluczyć, że wskaźnik może sięgnąć poziomu 8-10. W praktyce oznacza to, że spadek S&P 500 nawet do poziomu 300 pkt w ciągu kilku lat jest niezwykle prawdopodobny.

W ten sposób amerykański kolos finansowy straci jedną nogę. Zostaje druga: rynek nieruchomości. W latach 1995 - 2002 liczba sprzedanych domów wzrosła o 36 proc. Ponieważ giełda przynosi straty, pieniądze przesuwane są w nieruchomości, powiększając jedynie rosnący balon spekulacyjny. Balon jest napędzany działaniami Fed, który wydaje się być z tego zadowolony. W ostatnim wystąpieniu szef Fed mocno akcentował, iż rynek nieruchomości uratuje portfele konsumentów i że nie widać żadnych znaków, żeby ten rynek miał się załamać. Można powiedzieć, że rynek nieruchomości, według Alana Greenspana, jest ostatnią deską ratunku dla konsumenta amerykańskiego, a przez to i dla gospodarki. Ale czy było widać, że rynek akcji się załamie, kiedy dochodził do szczytów hossy, a analitycy mówili ciągle o wzroście? Drzewa nie rosną do nieba, a każda hossa się kiedyś kończy. Skończy się i ta w nieruchomościach, a jeśli do tej pory nie zostanie odratowany rynek akcji, załamie się cała podstawa finansowa społeczeństwa amerykańskiego. Wtedy recesja podobna do tej z lat trzydziestych jest pewna.

Nie będę dziś pisał o bieżących danych makroekonomicznych. Mają bardzo ograniczony wpływ na rynek. Warto za to wspomnieć o 31 lipca — dacie publikacji zweryfikowanych statystyk za lata 1999-2001. Stephen Roach napisał w komentarzu, że to będzie dzień, w którym okaże się prawdopodobnie, na jak fałszywych danych makro dotyczących USA bazował świat. Według już opublikowanych statystyk można oczekiwać weryfikacji w dół jeśli chodzi o wydatki inwestycyjne, handel zagraniczny i dochody osobiste. Byłaby to olbrzymia zmiana — wręcz trzęsienie ziemi. Poza tym, jeśli zostanie zweryfikowany PKB, to również znacznie zostanie zweryfikowana w dół wydajność pracy, którą Stany się tak szczycą. Jeśli tak się stanie, okaże się, że ostatnie lata były sukcesem wyłącznie papierowym, a rządowa statystyka nie pokazuje prawdy, co w obecnych czasach byłoby dalszym podważeniem zaufania. Wynikiem byłoby znaczne osłabienie dolara, a to z kolei wywołałoby spadki na giełdach.

Owszem, Ameryka jest nadal potężna, ale byki zapominają, dzięki czemu i komu. Dzięki Amerykanom i ich pieniądzom, które topnieją w zastraszającym tempie. W ciągu pięciu ostatnich lat inflacja w USA wyniosła 12 proc. W tym czasie indeksy wzrosły, żeby teraz powrócić do punktu wyjścia. To znaczy, ze portfel założony w 1997 roku przyniósł stratę rzędu 12 proc. W sytuacji, kiedy 80 mln Amerykanów inwestuje w akcje, tworzy to potężny potencjał wybuchowy i z pewnością wywołuje chęć ucieczki od ryzykownych form oszczędzania.

Dla bardzo wielu Amerykanów spadki indeksów to życiowa tragedia. Ludzie w wieku przedemerytalnym mają dwa razy więcej pieniędzy zainwestowanych w akcje niż przeciętny Amerykanin. Spokojna i zamożna starość dla niektórych z nich zamienia się w piekło. Nic dziwnego, ze coraz więcej obywateli USA nie chce mieć nic wspólnego z rynkiem akcji.

Widać to po odpływie kapitałów z funduszy akcji. W czasie 2 miesięcy odpłynęło od 25 do 30 mld USD. Warto przypomnieć, iż m.in. wiara, że fundusze ocalą rynek, doprowadziła do krachu w 1929 r. Fundusze nie chciały sprzedawać, ale musiały. Jeśli proces wycofywania środków będzie postępował, to i teraz tak będzie.

Nie wiem, co będzie w poniedziałek czy wtorek, bo tego w tej chwili nie da się prognozować. Technika podpowiada niewiele. Najbardziej odpowiadałby mi krach — dzień kapitulacji, jak kto woli — z zejściem DJIA poniżej 7500 pkt, S&P 500 poniżej 800 pkt i Nasdaq zdecydowanie blisko 1200 pkt. To oczywiście teoretyzowanie, rynek i tak robi swoje. Może się okazać również, że chwilowe dno zostało osiągnięte już w piątek. Nie ma to specjalnie znaczenia. Im bardziej i im szybciej indeksy spadną, tym lepiej. Jedno jest pewne: chwilowe dno i koniec spadków jest bardzo blisko. Trzeba szykować pieniądze na zakupy. Po osiągnięciu tego dna mielibyśmy bowiem klasyczny i bardzo mocny wzrost (ruch powrotny do linii szyi formacji RGR, o której piszę od przynajmniej dziewięciu miesięcy) w kierunku 965 pkt na S&P 500. Potem nastąpiłoby kilka lat bessy sprowadzającej S&P 500 przynajmniej do poziomu 600 pkt albo i dużo niżej.

Z Polski

Nie będę za bardzo rozpisywał się o naszym rynku, gdyż obecnie liczy się przede wszystkim to, co dzieje się na świecie. W czasie mojej nieobecności zmienił się minister finansów. Dwa tygodnie temu pisałem, raczej ciepło, o propozycjach Grzegorza Kołodki. Podtrzymuję te oceny. Wiem, że minister nie jest lubiany za swoją pewność siebie, egocentryzm, niestandardowe wypowiedzi i działania. A ja za to właśnie go cenię i ostrzegam, że mogę być subiektywny. Ale będę się starał walczyć z tą słabością do ministra.

Pierwsze wystąpienia Grzegorza Kołodki nie było wcale takie istotne, jak zapowiadał premier Leszek Miller. Skupiało się ono przede wszystkim na działaniach doraźnych i programie mikroekonomicznym. Owszem, rynek walutowy odreagował, ale to raczej oddech ulgi po całej serii komentarzy mówiących, jak to wicepremier popsuje gospodarkę.

Tym razem taka propaganda podziałała na korzyść ministra, który zapowiedział utrzymanie dyscypliny finansowej, kontynuowanie polityki rządu, dążenie do ograniczenia deficytu budżetowego, przyspieszenie prac nad reformami strukturalnymi, zmniejszenie bezrobocia i niechęć do zmian w składzie RPP. Trudno było nawet zaciekłym przeciwnikom krytykować takie szczytne cele, więc wicepremier zdobył punkt medialny. Jeśli to było zamierzone działanie, muszę wyrazić uznanie.

Można jednak zakładać, że minister finansów nie zrezygnuje ze swoich poglądów. Z tego, że jest bardzo niezależny, był znany od dawna. Za czasów pierwszej kolacji SLD-PSL nazywano go nawet trzecim członem koalicji. Z pewnością będzie dążył do osłabienia złotego i pobudzenia gospodarki nawet za cenę większej inflacji i być może jednak większego deficytu.

Trzeba jednak powiedzieć wyraźnie: dalej nie wiadomo, jak minister chce osiągnąć swoje cele. Skąd pieniądze na pomoc firmom? Jakim cudem w czasie trzech miesięcy ma spaść bezrobocie, skoro po wakacjach wejdą na rynek absolwenci z wyżu demograficznego? Jaka ma być polityka kursowa? Nie wystarczy oświadczenie, że minister nie wycofuje się z tego, ze złoty ma kosztować 4,35 zł i chce to osiągnąć wraz z RPP. Chociaż niezwykle ciekawe jest, że RPP chce o tym rozmawiać.

Generalnie niewątpliwie pozytywne jest to, że wbrew obawom współpraca ministra finansów z RPP wydaje się układać bardzo dobrze. Obie strony skorzystały ze zmian ministra, żeby dokonać próby zakopania topora wojennego. To bardzo dobrze dla Polski, chociaż nie wiadomo, jak długo taka idylla się utrzyma.

W danych makro zobaczyliśmy światełko w tunelu. W dalszym ciągu spadała inflacja, co już przestało dziwić (brak popytu), ale dane o dynamice produkcji przemysłowej stanowiły bardzo przyjemne zaskoczenie. Czy to jest początek ożywienia w gospodarce? Bardzo bym chciał, żeby tak właśnie było, ale jedna jaskółka nie czyni wiosny, a korekty w górę zdarzają się wszędzie. Trzeba zobaczyć dane z lipca, żeby sprawdzić, czy nie był to jednorazowy wyskok. Poza tym, jeśli świat wejdzie w recesję, to nie łudźmy się, że będziemy oazą szczęścia.

Jeśli chodzi o giełdę, pozostaje wierzyć w OFE i wejście do UE. Tyle tylko, że w przypadku realizowania się formacji RGR na głównych indeksach światowych będziemy mogli jedynie mówić o mniejszych spadkach, a nie o hossie. Szczególnie nieciekawe byłoby, gdyby zaraza enronitis przeniosła się do Polski. Duże spadki Elektrimu czy podejrzewanych porze rynek o kreatywną księgowość KGHM i Softbanku mogą rodzić takie obawy.

Niedługo czeka nas, podobnie jak rynki światowe, mocny ruch wzrostowy po osiągnięciu dna w USA w czasie, gdy indeksy światowe będą wykonywały ruchy powrotne. Dla posiadaczy gotówki będzie to doskonała szansa, żeby osiągnąć duży zysk. O ile oczywiście będą wystarczająco czujni, bo ruch powrotny będzie bardzo szybki i zacznie się gwałtownie. Dla posiadaczy akcji będzie to okazja do pozbycia się problemu.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Piotr Kuczyński

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Emerytury / Bessa na giełdach światowych otwiera drogę globalnej recesji