Biuro na Wiśle

Agnieszka Rodowicz
opublikowano: 28-08-2019, 22:00

Robert i Agata Jankowscy kilka lat temu uznali, że zamiast marnować życie za biurkiem, zrobią coś pożytecznego. Od dwóch lat pracę daje im Wisła.

dDrewniana szkuta delikatnie się buja w Porcie Czerniakowskim. Przez uchylone okna sterówki przepływa powietrze. Naturalna i wydajna klimatyzacja. Na zewnątrz upał, w środku przyjemny chłód. Robert i Agata Jankowscy krzątają się, przygotowując łódź do kolejnych warsztatów. W weekend popłyną w rejs.

Drewno na wodzie. Tadycyjna płaskodenna łódź „Rytman” Agaty i Roberta Jankowskich jest zwrotna, płynie spokojnie z lekkim pomrukiem silnika, łagodnie kołysząc.
Wyświetl galerię [1/3]

Drewno na wodzie. Tadycyjna płaskodenna łódź „Rytman” Agaty i Roberta Jankowskich jest zwrotna, płynie spokojnie z lekkim pomrukiem silnika, łagodnie kołysząc. Fot, Marek Wiśniewski

Być zamiast mieć

Robert Jankowski pochodzi ze Świebodzina. Studiował elektronikę na politechnice w Budapeszcie, potem pracował w węgierskiej firmie elektronicznej. Nad Dunajem, którym się zachwycał, spędził w sumie 13 lat. Gdy tylko wrócił do kraju, poszedł nad Wisłę. Odkrył też, że elektronika upada, za to rozkwita informatyka. Świetnie się w niej odnalazł. Założył firmę, był programistą, zarabiał spore pieniądze. A jednocześnie wsiąkał w Wisłę.

— Widziałem piękno i potęgę tej rzeki, ale też skalę zaniedbań, jakich się wobec niej dopuszczono. Buntowałem się przeciwko temu i dość szybko przystałem do fundacji Ja, Wisła, której członkowie zamiast narzekać, działali — wspomina Robert Jankowski.

Pracował z nimi przez cztery lata, ucząc się rzeki.

Pierwsze kroki na Wiśle stawiał na małej pychówce. „Zuchwała” znaleziona na Zalewie Zegrzyńskim ma 30-40 lat i jest jedną z najstarszych i najładniejszych drewnianych łódek pływających po Wiśle. Dawniej rzeka była pełna łodzi. Mniejsze, lekkie i zwinne, zwane były batami (z franc. bateau, łódź). Flisacy wozili nimi piasek i żwir niezbędne na budowie, narzędzia gospodarskie, ludzi i nieduże ilości zboża, owoców czy miodu. Gdy trzeba było przewieźć więcej towarów, używano szkut (norw. skute). Te rzeczne transportowce ważyły kilkanaście ton, miały mocną konstrukcję, wyższe burty, nawet 20-metrowe maszty i wielkie żagle. W XV-XVII w. spływało Wisłą do Gdańska nawet dwa tysiące szkut rocznie. W XVIII w. zaczęły być wypierane przez inne typy jednostek.

Potem, przez zabory, rozwój żeglugi parowcowej i kolei żelaznej ruch na Wiśle zaczął maleć. Dodatkowo zmiany w Europie Zachodniej spowodowały, że polskie zboże przestało być w cenie. Transport rzeczny stracił na znaczeniu. Zaczęto się od Wisły odwracać. Łodzie z rzeki zniknęły. Na obrazie Canaletta „Widok Warszawy od strony Pragi” z końca XVIII w. płyną jeszcze pod pełnymi żaglami dwie piękne szkuty. Odkąd Robert Jankowski je zobaczył, marzył, by drewniane łodzie wróciły na Wisłę. Agata Jankowska urodziła się w Górach Świętokrzyskich. Po studiach na Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie pracowała w telekomunikacji. Z wykształcenia inżynier materiałoznawstwa zajmowała się planowaniem i rozliczaniem inwestycji. Potem urodziła dwie córki, a po 17 latach została zredukowana. Do tego doszła ciężka choroba, którą pokonała przy wsparciu całej rodziny, ale przede wszystkim męża. Robert Jankowski najpierw swoją firmę zawiesił, potem porzucił. Dla żony, córek i Wisły. Dzięki odłożonym pieniądzom Jankowscy mogli się zastanowić, co dalej.

Unikalna w Europie

— Zamiast marnować czas za biurkiem, zdecydowaliśmy się zrobić jeszcze coś fajnego i ważnego w życiu. Przestaliśmy się liczyć z kasą, ważniejsze stało się, by być więcej ze sobą — podkreślają Jankowscy.

Postanowili Polsce i Polakom, a w szczególności warszawiakom, przypomnieć, że mają wielką i piękną rzekę. Wisła jest wyjątkowa, bo w czasach, gdy inni kanalizowali swoje rzeki, Polska była pod zaborami.

Rzeka degradowała się ekonomicznie, ale pozostawała naturalna. Transport na niej zamarł, lecz Wisła nie została ujarzmiona. Takich rzek w Europie już prawie nie ma. — Po latach zaniedbań i bezmyślnego zanieczyszczania Wisły obudziliśmy się. Możemy bezrefleksyjnie gonić Europę albo zadbać o unikalną, lecz kompletnie niewykorzystaną rzekę.

Gospodarczo, turystycznie, wizerunkowo — wylicza Robert Jankowski, który w 2015 r. skończył studia o specjalności wiedza o Wiśle. Kierunek, utworzony na Uniwersytecie Warszawskim przez Marka Ostrowskiego, biologa i varsavianistę, dał mu kompleksową wiedzę: od archeologii przez hydrodynamikę, naturę, ekologię, budownictwo rzeczne po inwestycje hydrotechniczne. Jankowscy, wspólnie z innymi pasjonatami Wisły, wpadli na pomysł, by 2017 r. ogłosić rokiem tej rzeki na pamiątkę pierwszego wolnego flisu w 1467 r. Rok wcześniej, po raz pierwszy w historii, cały żeglowny bieg Wisły przypadł Polsce. Zanim poszli z tym pomysłem do Sejmu, ich francuscy przyjaciele zaprosili Wisłę nad Loarę. W 2015 r. na największym w Europie festiwalu kultur nadrzecznych Polska rzeka była gościem honorowym.

— To był test, czy my, grupa osób z różnych fundacji, znajomych, przyjaciół, jesteśmy w stanie dobrze zaprezentować markę rzeki Wisły komuś, kto nie ma o niej pojęcia — wyjaśnia Robert Jankowski.

Część jednostek popłynęła do Francji drogami śródlądowymi. Na drewnianych łodziach na nowo odkrywali trasy transeuropejskie. Zbudowali też duże polskie stoisko w formie szkuty na brzegu Loary.

— Spotkaliśmy się ze świetnym przyjęciem. Dostaliśmy wiele nagród i pochwał. Dzięki festiwalowi upewniliśmy się, że Wisła ma potencjał. Okazało się też, że jesteśmy w stanie zaprezentować dorobek i dziedzictwo rzeki. To nam dało siłę i energię do działania w kraju — opowiada Robert Jankowski.

Królowa wraca na rzekę

Jesienią 2014 r. powołali fundację, bo łatwiej było rozmawiać w sprawie Wisły jako ciało formalne. Wraz z innymi „wiślakami” przekonali polskich parlamentarzystów, by 2017 r. został ogłoszony Rokiem Rzeki Wisły.

— Uchwała, której byliśmy współautorami, pokazuje rzekę nie tylko jako kanał transportowy, lecz także duszę Polski, dziedzictwo, o które trzeba zadbać nie tylko w wymiarze ekonomicznym. Zależy nam, by utrzymać ten sposób myślenia o rzece. Pokazywać, że Wisła jest bliska nie tylko fizycznie, ale i emocjonalnie. To jest nasza rzeka — podkreśla Robert Jankowski.

Za parlamentarzystami poszły samorządy, dały się przekonać, że warto działać i promować lokalne społeczności żyjące nad Wisłą. W 2017 r. odbyło się 550 wydarzeń w całej Polsce: wzdłuż Wisły, ale i nad Odrą. Jednym z nich była budowa szkuty.

— Marzyłem, by dawna królowa Wisły na nią powróciła. Udało się tym marzeniem zarazić warszawskie i mazowieckie władze — mówi Robert Jankowski.

1646e18c-8c31-11e9-bc42-526af7764f64
Puls Biznesu po godzinach
Newsletter, który pozwoli odpocząć od codziennych newsów. Sylwetki ludzi biznesu, trendy, reportaże i podcasty
ZAPISZ MNIE
Puls Biznesu po godzinach
autor: Marcin Goralewski
Wysyłany raz w tygodniu
Marcin Goralewski
Newsletter, który pozwoli odpocząć od codziennych newsów. Sylwetki ludzi biznesu, trendy, reportaże i podcasty
ZAPISZ MNIE

Administratorem Pani/a danych osobowych będzie Bonnier Business (Polska) Sp. z o. o. (dalej: my). Adres: ul. Kijowska 1, 03-738 Warszawa.

Kliknij w link w wiadomości, aby potwierdzić subskrypcję newslettera.
Jeżeli nie otrzymasz wiadomości w ciągu kilku minut, prosimy o sprawdzenie folderu SPAM.

Dostali dofinansowanie. W Porcie Czerniakowskim, w ramach projektu Binduga Warszawska (binduga — dawne miejsce budowania tratw flisackich i napraw łodzi), wybudowali ławę szkutniczą. Na niej, od pierwszej deseczki i gwoździa, powstawała szkuta. Kto chciał, mógł dołączyć. „Dar Mazowsza” zaprojektował Robert Jankowski, zbudował Dominik Wichman, szkutnik z Kamieńczyka, z wolontariuszami. Budowa była częścią półrocznego projektu animacji społecznych. Odbyły się też warsztaty dłubankarskie (powstała dłubanka, która dziś pływa na szkucie w roli szalupy), plecionkarskie, recyklingowe, artystyczne. Po czterech miesiącach „Dar Mazowsza” został zwodowany. Wszyscy byli ciekawi, jak się pływa szkutą. Od XIX w. nikt tego nie robił, jako że szkuty zostały wyparte przez berlinki a potem parowce. Jankowscy wspólnie z wolontariuszami odkrywali tajemnice potężnej łodzi, uczyli się zapomnianego rzemiosła, szukając informacji w archiwach i u współczesnych flisaków.

— Pływając po Wiśle, pokazujemy, że jest nie tylko ładnym obrazkiem i problemem dla samorządów (np. powodzie), ale też potencjałem gospodarczym — podkreśla Robert Jankowski.

W największej polskiej rzece jest już całkiem bogate życie biologicznie, jej koryto jest ważnym korytarzem migracyjnym ptaków i zwierząt lądowych. Cała Dolina Wisły objęta jest ochroną obszarów Natura 2000. W wodzie jest mnóstwo ryb z sumem na czele, trafiają się raki. Jednocześnie Wisła jest kompletnie niewykorzystana turystycznie. Trzeba być twardym survivalowcem, by znieść nie tylko kleszcze i komary, lecz także brak toalet, barów, miejsc noclegowych.

Wiślana turystyka

— O turystyce nad Wisłą się nie myśli. Ministerstwo Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej w ogóle nie uwzględniało jej w planach — martwi się Robert Jankowski.

Fundacja pokazuje, że nad Wisłą można tworzyć ciekawe produkty turystyczne. Pomaga drobnemu biznesowi, animatorom kultury, operatorom turystycznym odnaleźć własne ścieżki nad rzeką. Robiąc to, kładzie nacisk na sieciowanie produktów i usług wiślanych. Odnajdują na przykład grupy nad Wisłą, które chcą na niej tworzyć nowe pętle turystyczne. Warszawiacy powoli wracają nad rzekę. Niestety po dobrym weekendzie zostawiają nad Wisłą około 20 ton śmieci. Większość mieszkańców stolicy nigdy Wisłą nie płynęła. Dlatego fundacja organizuje krótkie rejsy po Warszawie, podczas których przewodnik opowiada o rzece. Część jest dofinansowana, dzięki czemu są bezpłatne. Można też popłynąć w dłuższy, płatny rejs do Góry Kalwarii, Czerwińska, Torunia. Po drodze Jankowscy zatrzymują się w różnych miejscach, uczą, by zabierać ze sobą śmieci i omijać rezerwaty.

— Ludzie nie zdają sobie sprawy, że lądując na piaszczystej ławicy, mogą nieświadomie zadeptać jaja ptaków, bo umaszczone są tak, że nie widać ich na piasku — wyjaśnia Robert Jankowski i zachęca do zamawiania rejsu marzeń, komponowania własnego programu.

Jankowscy w projekcie Obywatel Rzeki Wisły przekonują też ludzi, by traktowali rzekę jako część swojej społeczności, własny teren. By reagowali, gdy coś złego dzieje się z Wisłą, byli jej ciekawi, rozumieli ją, dbali o jej zrównoważony rozwój. Elementem programu jest symboliczny dokument, legitymacja Obywatela Rzeki Wisły. Dostają go ludzie, którzy podejmują współpracę z fundacją, poczuwają się do jej programu. To pamiątka, ale i przypomnienie praw i obowiązków obywatela rzeki Wisły. Jankowscy zapraszają i na rejsy, i do wspólnej pracy. Jednym z celów ich fundacji jest łączenie ludzi mieszkających w okolicach Wisły, sprawianie, by wrócili nad rzekę, przypomnieli sobie, jaka jest wspaniała, jak wielkie możliwości daje.

Rzeka dla dzieci

Jubileuszowy rok dawno dobiegł końca, a oni dalej są na rzece. Zdobywają granty na kolejne projekty. — Jestem finansowym aborygenem — deklaruje Robert Jankowski.

— Z podziałem obowiązków, z racji mojego doświadczenia, nie było więc problemów — dodaje jego żona, która planuje logistykę rejsów, budżety projektów, panuje nad księgowością.

Wnioski piszą razem. On od wizji, ona od konkretów. W tym roku zdała państwowy egzamin zawodowy na stermotorzystę. Do niedawna jej mąż był jedynym sternikiem w fundacji.

— Mamy pierwszą sterniczkę i liczymy na to, że nie ostatnią — mówi Robert Jankowski.

Rok w rok przyjmują chętnych na praktyki. Zależy im, by było coraz więcej osób, które znają rzekę i mogą pływać z pasażerami. Jednym z projektów, które teraz prowadzą, jest Statek badawczy, przybliżający Wisłę dzieciom. Mali uczestnicy warsztatów pobierają próbki wody i badają pod mikroskopem to, co w niej znajdują. Za pomocą chemicznych odczynników sprawdzają też, jaką ma kwasowość, czy zawiera żelazo, związki toksyczne…

— Po zajęciach dzieci wychodzą z przekonaniem, że Wisła wcale nie jest brudna i śmierdząca — twierdzi Agata Jankowska.

— I to jest właśnie nasz cel. Chcemy walczyć ze stereotypami. Pokazujemy, że można z tej rzeki korzystać, spędzać nad nią czas, bawić się — dodaje Robert Jankowski.

Byle z głową. Wisła to niestrzeżone kąpielisko, kąpać, a raczej moczyć się w niej można na własną odpowiedzialność i tylko tam, gdzie nie ma zakazu. I trzeba uważać. To rzeka dla osób doświadczonych, wymaga respektu i zdrowego rozsądku. Zajęcia dla szkół są bezpłatne, bo Jankowskim zależy, by maksymalnie dużo dzieci zrozumiało, czym jest rzeka, dlaczego nie należy wrzucać do niej śmieci, do czego służy Gruba Kaśka.

— Co roku nie jesteśmy pewni, czy uda nam się zdobyć tyle grantów, by w miarę spokojnie funkcjonować. Tym bardziej że zajęcia na Wiśle są sezonowe. Ale nasza sytuacja finansowa powoli się stabilizuje — mówi Agata Jankowska.

Rzekę zamyka im tylko lód i mróz. Chodzą wtedy na piesze wycieczki, rozliczają rok, piszą wnioski o dotacje, granty, układają strategie, plany. Gdy puszczają lody, zaczynają remontować łodzie. Pomagają w tym wolontariusze i wszyscy chętni, którzy tym samym uczą się szkutnictwa. W kwietniu wodują łodzie i pływają do listopada. Od 2017 r. Wisła daje Jankowskim pracę. Jedyny minus jest taki, że mają mniej czasu dla córek. One jednak nie narzekają, bo większość czasu spędzają z rodzicami. Na Wiśle.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Agnieszka Rodowicz

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu