Biznes artystycznie zapakowany

Marta Biernacka, Rafał Kerger
08-06-2005, 00:00

Jazzowe wariacje, foto- grafia, literatura i teatr — wszystko kręci się w klubowej sali. Można na tym zarobić, ale na początek trzeba być pasjonatem.

Trzy muszkieterki alternatywnej kultury w stolicy — Le Madame, Café Kulturalna i Pruderia — oprócz dobrej zabawy serwują strawę duchową. Dla właścicieli tych przybytków — poza zyskami — liczy się idea i klimat miejsca, w którym sami czują się jak w domu.

Ty i ja — teatry dwa

Do otwarcia Café Kulturalna Agnieszka Łabuszewska dojrzewała długo. Z kulturą obcowała zawsze. Była redaktor naczelna serwisów w internetowej Wirtualnej Polsce, pracowała też w firmach fonograficznych i agencjach koncertowych.

— Spaliłam się korporacyjnie. Zamarzyłam o samodzielności. I nagle przyszedł impuls — znajomy doniósł mi, że w Pałacu Kultury jest wolny lokal — opowiada Agnieszka Łabuszewska.

Dostała 45 tys. zł kredytu z Urzędu Pracy, dopożyczyła od znajomych. Wernisaże fotograficzne, wieczory muzyczno-poetyckie, promocje książek, znane twarze. Krystian Lupa, Joanna Szczepkowska, znane twarze tworzą klimat klubu.

— 100 tys. zł wyłożyłam na wstępie — na remont, zaopatrzenie, za kolejne 40 tys zł kupiłam kolumny i wzmacniacze. Pensje, zaopatrzenie, czynsz pochłaniają co miesiąc 30 tys. zł — wylicza Agnieszka Łabuszewska.

Kawiarnia zarabia głównie na barze. Imprezy biletowane zdarzają się rzadko, głównie przy okazji droższych koncertów. Łabuszewska postanowiła uruchomić kuchnię, spełnić prośby stałych gości i zwiększyć obrót.

— Gastronomia ma podbudować nasz budżet, bo wpływy we wczesnych porach dnia są dużo niższe niż wieczorem — mówi właścicielka.

Od niedawna w Kulturalnej można zjeść chłodnik litewski, tortillę, czy gaspacho, patrząc przy tym przez ogromne okna na uliczny zgiełk.

Pruderia w cieniu fortów

Kiedyś byli klasyczną parą „japiszonów” — ona pracowała w zarządzaniu, on prowadził własną firmę. Środowisko białych kołnierzyków szybko im się jednak znudziło. W starych fortach przy ulicy Racławickiej ukryli się przed zgiełkiem, a przy okazji stworzyli coś, czego wielu ich rówieśnikom, pokoleniu aktywnych 30-latków, zawsze w Warszawie brakowało.

— Zakładając Pruderię, wybierając miejsce, projektując wnętrze, założyliśmy sobie, że nie będziemy traktować tego przedsięwzięcia w sposób czysto biznesowy. Bo wtedy Pruderia, taka jak dzisiaj, mogłaby nie zaistnieć. Klubów nastawionych na agresywne zwiększanie obrotów jest w Warszawie wiele. Miejsc przyjaznych, budujących markę wokół ludzi tożsamych światopoglądowo, jest ledwie kilka — mówi Sylwia Podolska, właścicielka klubu w fortach.

W Pruderii pracuje ledwie kilka osób.

— Zarabiamy na utrzymanie swoje i pracowników. Resztę przeznaczamy na promocję i organizację często bardzo offowych wydarzeń kulturalnych — dodaje Sylwia Podolska.

Sylwia i Janek Czernicki 2004 rok zakończyli z ledwie kilkusetzłotowym, choć pierwszym — w 3-letniej historii klubu — zyskiem. Pomieszczenia, w których działa klub, wynajmują od jednej z funkcjonujących tu kiedyś spółek. Koszty utrzymania, czynsz, woda, ogrzewanie, prąd to w zależności od miesiąca od 12 do 15 tysięcy złotych. Didżeje kosztują 3-4 tysiące za noc.

— Łatwiej jest zorganizować i odpowiednio sprofilować klub, jeśli człowiek na co dzień obraca się w środowisku ludzi wrażliwych na kulturę. My taki komfort mieliśmy — wspomina Podolska.

Pantoflowy marketing

Wrota Le Madame na 400 metrach kwadratowych starej fabryki na Koziej w Warszawie otworzyły się we wrześniu 2003 roku.

Ela Solanowska i Krystian Legierski zaciągnęli kredyt w Banku Gospodarstwa Krajowego, resztę pożyczyli od rodziny i znajomych. Na wejściu 160 tys. zł. Alternatywa dla clubbingu, „warszawki”, ale też CSW czy Zachęty, w których nieznany artysta na dorobku nie miałby szans.

W 2004 r. obrót w Le Madame wyniósł 1,2 mln zł, ze stratą 54 tys. zł. Klub może i byłby już na plusie, gdyby nie trwająca od półtora roku batalia z miastem, które zabiega o wykurzenie „madamowców” z Koziej.

— Wydatki są spore — pensje dla pracowników, alkohol, czynsz — 14 tys. na miesiąc. Zarabiamy głównie na weekendowych imprezach. Utarg z biletów na koncerty, wernisaże, przedstawienia wędruje do kieszeni ich bezpośrednich organizatorów — mówi Krystian Legierski.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Marta Biernacka, Rafał Kerger

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Kariera / / Biznes artystycznie zapakowany