Biznesmen w weekend? Głową w dół!

Karol Jedliński
opublikowano: 25-09-2009, 19:17

Prawnicy, biznesmeni, menedżerowie. W każdy piątek pakują spadochrony i lecą na spotkanie. Z powietrzem i adrenaliną.

Minuta — tyle zazwyczaj swobodnie spada skoczek spadochronowy. Są tacy, którzy bez tych 60 sekund lotu z prędkością ponad 200 km na godzinę nie mogą żyć. Adrenalina wciąga. Uzależniłby się od niej pewnie i sam Leonardo da Vinci, gdyby jego projekty spadochronu i maszyny latającej nie musiały czekać kilka wieków na realizację. W XXI wieku wystarczy mieć 80 zł na wwiezienie na 4 tys. metrów i 12 tys. zł na używany sprzęt z USA. No i zapał.

— Oficjalnie sezon skoków kończy się 1 listopada, rusza w marcu. Ale w zimie i tak przed każdym weekendem sprawdzam pogodę. Jeśli idzie wyż, to się zdzwaniamy i kombinujemy ekipę — przyznaje Filip Rybacki.

Na co dzień jest eleganckim prezesem firmy brokerskiej. Branża ubezpieczeniowa kojarzy się ze stabilnością, białym kołnierzykiem i opanowaniem. Podobnie prezentuje się Justyna Dubielak, warszawski adwokat. Teraz nie skacze, bo w czerwcu uszkodziła kolano.

— Przez trzy weekendy z rzędu przyjeżdżałam na lotnisko z kontuzją i z zazdrością patrzyłam na lądujących skoczków. Teraz z niecierpliwością czekam na marzec, skakanie śni mi się po nocach — przyznaje pani prawnik.

I dodaje:

— Adrenalina jest niesamowita. Uzależnia i zabija strach przed otwarciem drzwi samolotu.

Podobne wrażenia ma Filip Rybacki, prezes Brokers Union.

— Skaczę, bo to nie zabiera tyle czasu, ile rajdy samochodowe, które musiałem porzucić — zdradza.
Barbara Bush zabija

W tym roku Rybacki oddał, jak sam mówi, za mało skoków: ledwie 70. Za to kończy kolejne maratony i śrubuje życiówkę. O skakaniu z żoną nie rozmawia, bo oboje wiedzą, że zwykle to dialogi bez happy endu. Jak tylko czas pozwoli, bez rozgłosu wyrywa się z Wrocławia do Ostrowa Wielkopolskiego. Na latanie.

— Zdarzało się, że mój główny spadochron się nie otwierał, ale nie uważam skoków za niebezpieczny sport. Nawet jako rajdowiec wychodziłem bez szwanku z wszelkich "dzwonów" — śmieje się prezes Brokers Union.

W poważnych tarapatach znalazł się za to George Bush senior, świętujący 80. urodziny skokiem ze spadochronem. Powodem kłopotów były nie tylko dąsy żony.

— Jeśli skok go nie zabije, ja to zrobię — miała powiedzieć Barbara Bush na płycie lotniska.

No i klops — świeżo upieczony 80-latek nie otworzył spadochronu na umówionej wysokości. Na szczęście w pobliżu fruwał doświadczony skoczek i to on pociągnął za linkę spadochronu 41. prezydenta USA. Wypadki to głównie wina człowieka. Sprzęt nawala średnio raz na 100 tys. skoków. Czasem przykrego figla spłata wiatr — tak jak Amelii Bobowskiej, spadochroniarce z Poznania. Ta dyrektor personalna w dużej firmie logistycznej nie skakała półtora roku z powodu kontuzji. Ale przełamała się, jak na srebrną medalistkę mistrzostw Polski w powietrznych akrobacjach i przyszłą rekordzistkę świata w formacji wieloosobowej kobiet (160 pań w locie!) przystało.

— Świetną sprawą jest latanie nocą — gdy wszyscy wyglądamy jak robaczki świętojańskie — albo lądowanie w przygodnym terenie, u kogoś w ogródku — relacjonuje Amelia Bobowska, w środowisku znana jako Mela.
Strach Drew Barrymore

Gdy w 2003 r. Mela połknęła bakcyla spadochroniarstwa, na skakanie poświęcała każdy weekend i dzień urlopu. Wcale jej nie przeszło, choć większość zapaleńców kończy na pierwszym skoku z instruktorem i pamiątkowym zdjęciu. Szczególnie dotyczy to pań. Amerykańskie statystyki pokazują, że ledwie co dziesiąty skoczek to kobieta. Weźmy taką Drew Barrymore, cierpiącą na lęk wysokości.

— Przełamię się, skacząc ze spadochronem — zapowiedziała aktorka.

Wylądowała roztrzęsiona.

— Boję się jeszcze bardziej. Cały czas zastanawiałam się, czy można umrzeć ze strachu — wydukała.

I skończyła z lataniem na zewnątrz samolotu. Podobnie jak miliarder sir Richard Branson, którego podczas pierwszego skoku przyzwoicie skotłowało w powietrzu. Oszołomiony krezus przy drugiej próbie pociągnął za złą linkę, zapewniając sobie twarde lądowanie na spadochronie zapasowym.
Praktyki w tunelu

Co innego odważny i dowcipny Bill Murray. Gwiazdor Hollywood po lądowaniu zapowiedział, że to nie koniec. Choć przyznał, że przyda się chwila refleksji na ziemi.

— Przed skokiem żarty moich znajomych kręciły się wokół śmierci, więc naprawdę czuję, że zasługuję na drinka — ironizował Murray.

Pocieszy go na pewno, że dzięki buzującej adrenalinie pierwszych skoków się nie pamięta. I szuka się kolejnych szaleństw.

— Teraz najbardziej podoba mi się free fly, czyli lot głową w dół z prędkością ponad 300 km na godzinę — przyznaje Artur Karwowski (w środowisku znany jako Carlos), prezes Universum Promotion Group, działającej w branży reklamy wielkoformatowej.

Podczas jednego z wyjazdów do Stanów zrobił papiery instruktora. Do USA wraca regularnie, na tzw. campy, czyli zloty spadochroniarskiej braci. Przy amerykańskich centrach handlowych nie brakuje tuneli aerodynamicznych, w których ćwiczy się "na sucho" ułożenie ciała w locie. Trzy godziny w tunelu to prawie 360 skoków. Prawie, bo brakuje połaci ziemi, błękitu nieba, twardego lądowania… O adrenalinie nie wspominając.

Tekst pochodzi z magazynu Business Class, bezpłatnego miesięcznika dla prenumeratorów "Pulsu Biznesu".

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Karol Jedliński

Polecane