Biżuteria z talerzy

AGNIESZKA RODOWICZ
opublikowano: 28-09-2017, 22:00

Magdalena Ziółkowska robi biżuterię, zegary i lampy. Nic nadzwyczajnego? To popatrzcie na surowiec: tłuczone talerze i inne części starej zastawy z porcelany, porcelitu, kamionki i fajansu.

Mówi się, że studenci kierunków artystycznych nie umieją przełożyć swoich umiejętności na zarabianie. Magdalena Ziółkowska już na studiach zaczęła robić i sprzedawać biżuterię z fragmentów talerzy, kubków, misek.

Czasem słyszę pytanie, czy nie mam oporów, by tłuc zabytki. Nie mam. Bo równie dobrze mogłyby wylądować na śmietniku. A ja daję im drugie życie. Najczęściej jednak wykorzystuję porcelanę już stłuczoną — opowiada Magdalena Ziółkowska
Wyświetl galerię [1/4]

Czasem słyszę pytanie, czy nie mam oporów, by tłuc zabytki. Nie mam. Bo równie dobrze mogłyby wylądować na śmietniku. A ja daję im drugie życie. Najczęściej jednak wykorzystuję porcelanę już stłuczoną — opowiada Magdalena Ziółkowska MAREK WIŚNIEWSKI

— Kiedy ktoś mnie pyta, czym się zajmuję, odpowiadam, że pracuję w zawodzie: rzeźbię w talerzach — żartuje projektantka. Choć zaczęło się od przypadku.

Ozdoby też rzeźba

Pracownia w starej kamienicy na stołecznej Woli ma 15 mkw. Pod ścianą leżą wielkie białe głowy z marmuru. To część dyplomu Magdaleny Ziółkowskiej, absolwentki Wydziału Rzeźby Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie.

— Na studiach miałam do czynienia z bardzo różnymi technikami: robiłam naturalnej wielkości akty, rzeźbiłam w kamieniu, glinie, drewnie. Na trzecim roku zapisałam się na dodatkowe zajęcia do pracowni biżuterii. Wcześniej nie interesowałam się nią, ale usłyszałam, że w tej pracowni jest fajnie, więc poszłam to sprawdzić — wspomina rzeźbiarka. Było to kameralne miejsce, mimo że mogli uczęszczać tam studenci wszystkich wydziałów. Zajęcia odbywały się w soboty, nie było ocen. Studentka dostała od profesora kartkę, na której miała coś rysować, notować. Cokolwiek.

— Narysowałam jakieś organiczne kształty. Profesor spojrzał i orzekł: „Z tego będzie pierścionek”. Dał mi blaszkę srebra, piłkę włosową. „Proszę wycinać” — powiedział. Przerażona, bo nie miałam pojęcia jak, zaczęłam ciąć i powoli odkrywałam technikę. Zrobiłam swój pierwszy pierścionek, a zajęcia mnie oczarowały — opowiada Magdalena Ziółkowska. Odtąd chodziła co sobotę i uczyła się pracować w srebrze, oprawiać kamienie, stopniowo włączała inne materiały. — Profesor był bardzo otwarty. Uczestnicy zajęć przynosili kawałki kości, drewna, czegokolwiek i zawsze coś ciekawego z tych materiałów powstawało — wspomina artystka.

Sky is the limit

Jakiś czas później robiła porządki na działce i znalazła zakopane w ziemi składowisko butelek, fiolek, naczyń aptecznych i starej porcelany. Dwa kawałki talerzy z Włocławka od razu skojarzyły się jej z parą kolczyków. Trzeba było tylko nieco poprawić kształty, wymyślić oprawę.

— Wzięłam te kawałki na uczelnię. Metodą prób i błędów opracowałam sposób szlifowania i oprawy porcelany — wspomina trzydziestolatka. Okazało się to trudniejsze niż myślała, ale już po kilku zajęciach zrobiła kolczyki. Spodobały się, były na wystawie na koniec roku, ale Magdalena Ziółkowska nie wiązała jeszcze swojej przyszłości z biżuterią. Zaczęły się jednak pojawiać pierwsze zamówienia. Ktoś zapytał, czy może przynieść talerz, żeby zrobiła z niego broszkę. Ktoś inny chciał spinki do mankietów z porcelany.

— Uświadomiłam sobie, że ta technika daje niemal nieograniczone możliwości. Bo stara ceramika to nieskończona liczba wzorów: kwiatki, napisy, szlaczki, motywy ludowe, logotypy z PRL-owskich barów mlecznych, hoteli, restauracji — wylicza artystka. Rzadziej korzysta z zagranicznych wzorów. — Jak się komuś stłucze ulubiony Rosenthal czy Miśnia, to zawsze może u mnie zamówić kolczyki. I nie tylko — deklaruje. Bo z czasem Magdalena Ziółkowska opracowała metodę tworzenia właściwie każdego rodzaju biżuterii. Robi kolczyki, naszyjniki, broszki, spinki do mankietów, bransoletki, pierścionki. Robi też z talerzy zegary, do których wykorzystuje przede wszystkim minimalistyczne wzory z barów mlecznych, dzięki czemu czasomierze są czytelne. A lampki powstają ze spiczastych wazoników z PRL- -owskich zakładów gastronomicznych.

Zawód jubiler

Początkowo korzystała z narzędzi jubilerskich w pracowni na wydziale, dzięki czemu nie musiała inwestować w sprzęt. Potem robiła biżuterię w domu rodzinnym i na balkonie. W 2013 r., w dwa lata po studiach, dorobiła się pierwszej pracowni. Miała 7 mkw., ale po półtora roku budynek przeznaczono do wyburzenia. Potem artystka miała lokal w dawnym szpitalu dziecięcym w centrum Warszawy, który na jakiś czas przejęli artyści. Minął rok od kiedy się wprowadziła, budynek ktoś kupił i musiała szukać nowego miejsca. Pracownia Biżuterii z talerzy przeniosła się na Ogrodową. — Ten lokal wynajęłam od miasta w konkursie, więc mam nadzieję, że na dłużej — mówi rzeźbiarka.

Pracuje także ze złotem i srebrem, więc pracownię podzieliła: po jednej stronie jest część do tłuczenia talerzy, po drugiej palnik, miejsce do lutowania i klin do szlifowania, czyli do pracy tradycyjnymi technikami jubilerskimi. Te udoskonaliła w 2016 r. na rocznym kursie zawodowym finansowanym przez urząd miasta. — Nie mogłam, niestety, zrobić na wydziale dyplomu lub aneksu do dyplomu z biżuterii, jako że był to przedmiot nieobowiązkowy i uczelnia nie umożliwia zrobienia z niego specjalizacji. Dowiedziałam się jednak o bezpłatnych kursach zawodowych organizowanych przez miasto. Kurs był bardzo solidny, odbywał się cztery razy w tygodniu po 5-6 godzin. Była teoria i praktyka. Na koniec trzeba było odbyć praktyki u specjalistów i zdać egzamin — opowiada Magdalena Ziółkowska. Egzamin zdała z wyróżnieniem. I ma już dyplom zawodowego jubilera.

Drugie życie zastawy

— Lampek teraz nie mam, bo potrzebne do nich wazoniki akurat mi się skończyły. A nie mogę po prostu pójść i kupić surowców. Muszę je zdobyć. Choć teraz porcelana w zasadzie sama do mnie przychodzi. Muszę się wręcz przed nią bronić, bo przestałaby się mieścić w pracowni — żartuje Magdalena Ziółkowska. Dostaje ją od znajomych, stałych klientów. Początkowo chodziła na bazary, targi staroci, śledziła serwisy aukcyjne w internecie. Dzięki temu dowiedziała się, że ktoś wyprzedaje wyposażenie baru mlecznego w Zakopanem. Przywiozła cały samochód naczyń. Innym razem pozbywano się zastawy z klubu studenckiego Karuzela na warszawskich Jelonkach i pod drzwi pracowni Magdaleny Ziółkowskiej podjechał czerwony fiat 126p, z którego talerze niemal się wysypywały.

— Kiedyś znajomi wstawili zastawę do nowej szafki w kuchni. Źle zamontowana szafka spadła, wszystko się roztrzaskało. Dostałam kilka kilogramów skorup. Jakiś czas temu zgłosiłam się też do kilku producentów i dostałam od nich kartony porcelany wycofanej ze sprzedaży, próbne sztuki, odrzuty z defektami. Mam materiału chyba na 100 lat twórczości — śmieje się rzeźbiarka. Gdy ktoś pyta o konkretny wzór, szuka go na bazarach, w sklepach z używanymi rzeczami. Dzięki temu, co robi, bywa też w ciekawych miejscach. Któregoś dnia jakaś kobieta napisała do niej na Facebooku, że chce sprzedać za niewielką sumę PRL-owskie talerze. Magdalena Ziółkowska pojechała pod wskazany adres. W starej kamienicy trafiła do wielkiego, pięknego mieszkania pełnego antyków.

— Właścicielka otworzyła kredens z porcelaną, jakiej nigdy nie widziałam. Część była bardzo wartościowa: wspaniałe wyroby z Chodzieży i Ćmielowa. Podpowiedziałam, by nie oddawała ich do tłuczenia, tylko wstawiła do Desy — opowiada Magdalena Ziółkowska. Czasami słyszy pytanie, czy nie ma oporów, by tłuc zabytki. — Nie mam. Bo równie dobrze mogłyby wylądować na śmietniku. A ja daję im drugie życie. Najczęściej jednak wykorzystuję porcelanę już stłuczoną — odpowiada. Jeśli musi wyciąć wybrany kwiatek lub logo, robi to precyzyjnie. Gdy nie zależy jej na konkretnym wzorze, zdaje się na przypadek.

— Czasami ludzie pytają, czy moja biżuteria to efekt rodzinnych kłótni albo sposób na odreagowanie emocji. Wydaje się im, że tłuczenie naczyń odbywa się w spektakularny sposób. A ja tylko delikatnie nadłupuję ją młotkiem — wyjaśnia artystka. Potem mozolnie wycina kształty, dobiera wzory, cierpliwie szlifuje, precyzyjnie oprawia, lakieruje brzegi. — Nie ma to nic wspólnego ze zbrodnią w afekcie, jak niektórzy myślą — żartuje Magdalena Ziółkowska.

Precjoza do opowiadania

Pierwsze egzemplarze biżuterii kupili znajomi. Potem projektantka zaczęła ją wystawiać na targach i w internecie. — Ponieważ moje wyroby są unikatowe, bardzo trudno je sprzedawać online. Bo każdy wymaga zrobienia zdjęć, najlepiej kilku, w różnych ujęciach, na różnych tłach i na ciele, opis, wymiary. Pracy jest trzy razy więcej, a cena taka sama — mówi rzeźbiarka. Sprzedaje też w kilku galeriach, ale tam taka biżuteria nie sprzedaje się sama. Dlatego jej ulubiony kanał sprzedaży to targi. — Mam wtedy kontakt z kupującymi, mogę opowiedzieć historię naszyjnika, wyjaśnić, z czego są zrobione kolczyki. Nie każdy na pierwszy rzut oka to widzi. Wtedy klienci się zachwycają i kupują. Gdy to samo leży w galerii, nie wzbudza takiego zainteresowania — wyjaśnia Magdalena Ziółkowska. Czasami klienci przychodzą też do pracowni, do czego artystka zachęca na swoim fanpage’u. Najwięcej jednak zarabia na największych targach. Tyle że to sprzedaż sezonowa i lokalna. — W tym roku zdecydowałam się na udział w Jarmarku Dominikańskim w Gdańsku, bo lato w Warszawie to okres ogórkowy. Natomiast w zasadzie pewny w stolicy jest czas przedświąteczny. Ale zdarzają się niewypały. Gdy jest zła pogoda czy, jak ostatnio, manifestacje — opowiada artystka.

Ma nieregularne i nieprzewidywalne dochody, więc jakiś czas temu podjęła pracę na pół etatu w firmie zajmującej się kryptowalutami. Wykonuje tam przede wszystkim prace graficzne, jako że po studiach skończyła też kurs grafiki komputerowej. Pół dnia spędza teraz w biurze, drugie pół w pracowni.

Zosia Samosia

Długo nie myślała, by zajmować się biżuterią zawodowo. Było to pasjonujące hobby. Na początku nie wiedziała nawet, że trzeba założyć działalność gospodarczą, by sprzedawać biżuterię. Ale jeszcze na studiach poszła na targi dla studentów i absolwentów kierunków artystycznych, gdzie stoiska były bezpłatne.

— Byłam zupełnie nieprzygotowana, nie miałam wizytówek, torebek. Ale sprzedałam kilka sztuk. Zachwycona postanowiłam zgłosić się na kolejną edycję targów i zrobić sobie wizytówkę — wspomina Magdalena Ziółkowska. Narysowała ją markerem i wydrukowała na domowej drukarce. Działalność zarejestrowała w 2014 r. Dostała wtedy 20 tys. zł dofinansowania z urzędu pracy, które przeznaczyła na srebro do oprawy, sprzęt fotograficzny, pakiet programów graficznych Adobe i trochę narzędzi.

— Trudno powiedzieć, ile w sumie zainwestowałam. Po pierwsze dlatego, że odbywało się to stopniowo. Po drugie, to dla mnie tak osobista sprawa, że do dziś nie mam osobnego rachunku bankowego dla firmy — mówi Magdalena Ziółkowska. Zarobione pieniądze inwestowała w kolejne narzędzia i stoiska na targach. A są coraz droższe. Kiedyś kosztowały 30-40 zł, dziś 300-400 zł za dzień. Przyjęła kiedyś praktykantów, ale nie wyobraża sobie rezygnacji z robienia biżuterii i jej sprzedaży. Sama też prowadzi fanpage na Facebooku, projektuje oprawę graficzną, jest fotografką i modelką. I uważa, że dzięki takiemu stylowi pracy biżuteria z talerzy nie jest droga: pierścionki, broszki, naszyjniki, bransoletki kosztują od 35 do 60 zł, zegary i lampki 50-90 zł.

Sentyment czy śmietnik historii?

Klientami Magdaleny Ziółkowskiej są bardzo różne osoby.

— To dlatego, że i wzory są bardzo różne, bardzo różnie są odbierane i w bardzo różny styl mogą się wpasować — twierdzi artystka. Najbardziej lubi minimalistyczne motywy ze starej porcelany, szczególnie z napisami, i wyroby z Włocławka. Także dlatego, że łatwo się je obrabia.

— Naczynia są z różnych materiałów: porcelany, kamionki, fajansu, porcelitu. Każdy ma inną grubość, twardość, z każdym inaczej się pracuje — wyjaśnia rzeźbiarka. Na przykład Bolesławiec jest bardzo efektowny, ale bardzo trudno się go szlifuje, bo to gruba, twarda kamionka. Z kolei Włocławek to fajans, dużo miększy, pozwalający na wykonanie skomplikowanych kształtów. Na przykład broszki w kształcie Polski wyciętej z talerza w charakterystyczne kwiaty. PRL-owskie wzory nie do każdego jednak trafiają. Najmłodsi klienci nie wiedzą, o co chodzi. Ale dziewczynom to nie przeszkadza, podobają im się delikatne pierścionki czy kolczyki. Osoby w wieku rodziców artystki reagują bardzo skrajnie: jedni się zachwycają, bo tamte wzory przypominają im młodość, budzą sentyment. Inni mówią, że były to trudne czasy i nie ma co ich gloryfikować.

— Jedni decydują się na zakup, bo widać, że biżuteria jest z talerzy, a inni dlatego, że tego nie widać — śmieje się Magdalena Ziółkowska. &

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: AGNIESZKA RODOWICZ

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Biżuteria z talerzy