Bo tam cud

Jacek Konikowski
opublikowano: 24-12-2007, 00:00

Szopka krakowska? Już ich nie ma, dzisiaj to dzieła sztuki, a nie żadne szopki. Choć zarobić na nich trudno

Kawałek dykty, trochę kartonu, sreberka po cukierkach, kilka miesięcy dłubania i klejenia. I efekt: żenująca karykatura szopki krakowskiej w stylu jarmarcznym.

Przepis jest prosty, ale trzeba jeszcze: pasji, zawzięcia i czegoś, czego warszawiak pewnie nie poczuje — to krakowski feeling, szopki kwintesencja.

Z przekory. I bibuły.

Grzegórzki. Krok od Starego Miasta. W bloku na V piętrze co roku rodzi się krakowskie Betlejem. Na stole w stołowym. Ciasno i skromnie. Żeby rulon z folią rozwinąć, trzeba do przedpokoju, a deskę przyciąć czy wieżę mariacką wytoczyć w kawałku lipowego klocka — do piwnicy. Na stoliku, wśród przeróżnej pasmanterii i arkuszy folii stoi szopka. Nieduża. Prawie skończona.

— Żadne to dzieło, ot, po prostu — wszyscy chcą, by im na Gwiazdkę szopkę zrobić. A co ja jestem, fabryka? — broni się Bronisław Pię- cik, nestor krakowskich szopkarzy.

Mistrz. W corocznym konkursie szopek na Rynku Głównym zwyciężył 25 razy!

— Święty Piotr zgubił klucze. Jak znajdzie, wtedy skończę — żartuje 72-latek.

Pierwszą szopkę — błyszczącą, ze sreberek — zrobił za Cyrankiewicza, w 1962 roku.

— Dwuwieżowa była, koś-ciół Bożego Ciała. Na staniol i dyktę poszło 200 zł. W nagrodę dostałem książkę za 16 zł — wspomina Bronisław Pięcik.

Niepozorna była. Za skromna na główną nagrodę. Więc się Pięcik zawziął.

— Z przekory postanowiłem zrobić za rok szopkę, która nagrodę zdobędzie — wspomina.

Udało się. Niejeden raz. A skąd w ogóle pomysł, by właśnie szopki?

— Za okupacji zrobiłem szopkę z bibuły, w środku przykleiłem Świętą Rodzinę i świeczkę. Z kolegą chodzi- liśmy z nią po kolędzie. Zawsze ktoś rzucił parę groszy. Na zeszyty i ołówki. Biednie było — opowiada Pięcik.

Jak wtedy, gdy rodziła się tradycja krakowskiego Betlejem. Też z biedy. Szopki w połowie XIX wieku robili cieśle, dekarze, murarze — z Krakowa i okolic. Zimą roboty nie było, to i pieniędzy brakowało. A potem chodzili z szopkami po domach. Najwięcej zarabiał zespół szopkarzy majstra Michała Ezenekiela, który rokrocznie gościł u hrabiów Potockich w pałacu Pod Baranami. I u Estreicherów. Czemu właśnie oni, murarze, cieśle, a nie malarze, rzeźbiarze, poeci?

— Bo najlepiej znali architekturę Krakowa. W końcu oni go budowali. Krakowska szopka to nie uboga stajenka, li tylko drewniana szopa ze żłóbkiem. To Kraków, jego architektura, strzeliste wieże kościołów, zwłaszcza Mariackiego, Wawel, Barbakan, Sukiennice, ołtarz Wita Stwosza, lajkonik. Bez nich nie ma krakowskiego Betlejem. I na tym polega różnica między na- szymi a innymi szopkami — z Włoch, z Hiszpanii — tłumaczy nestor.

A dziś co, każdy może szopkę zrobić?

— Szopka to była kiedyś, teraz to zabytek Krakowa! Szopkę to robi Kryszak, trzęsie się, by zarobić. Tylko takim się może wydawać, że każdy może! Ja dwa miesiące siedziałem w kościele Mariackim, żeby sam tylko ołtarz zrobić… — irytuje się szopkarz, sięgając po krople.

A gdy profesor Wiktor Zin zobaczył później ten ołtarz w szopce, tak się nim zachwycił, że Pięcikowi nagrodę ufundował — 200 zł. Bo jak mówił: sam dokładniej by nie narysował.

Jak gorset z cekinami

Pięcik ma dryg w palcach. W końcu metaloplastyk.

— Mam w głowie jakiś komputer, który ułatwia łapanie proporcji. To pomaga — mówi.

Szopkę zaczyna się od rysunku technicznego. Potem jak dom, od fundamentu.

Czyli deski. I dalej…

— Silnik, czasem nawet kilka — tłumaczy Pięcik.

Bo w dzisiejszym Betlejem coś się musi ruszać: a to Trzej Królowie, a to żłóbek albo husarz. Statyczne nie wygra w konkursie. A i nudne jest. Ostatnia jego konkursowa propozycja miała cztery silniczki. I dalej…

— Ustawiam budynki, kiedyś z tektury, teraz z drewna. Najlepiej lipowego z Liszek, bo miękkie. Każdy element trzeba na tokarce wytoczyć. Każdą wieżyczkę, kopułkę — wszystko, czego nie da się wyrzeźbić z folii — tłumaczy Pięcik.

Ostatnio połączył wieże i kruchtę kościoła Mariackiego z kopułami kaplicy Zygmuntowskiej i wawelską wieżą Srebrnych Dzwonów. Wew-nątrz umieścił 36 ruchomych figurek: góralka niesie oscypek, krakowiak — wino, jest też panna młoda i lajkonik.

Toczenie, klejenie. Ale efekt końcowy nadaje obklejanie. Ileż to cukierków trzeba zjeść, ile czekoladek musi rozpłynąć się w ustach…

— Nie jem przy robocie.

To skąd sreberka?

— Przecież nie z cukierków! Nigdy nikt z takiej folii nie robił szopek. Tylko błazny. Folią się obkleja, staniolem — japońskie brokatowe, różne... Samoprzylepne — tylko takie, by się łatwo odklejały — mówi Pięcik.

Kiedyś kleiło się z bibuły, bo nic innego nie było. Pięcik pamięta, jak w 1967 roku pojechał do Czechosłowacji. Inni wrócili z butami, ciuchami, słodyczami i czym tam jeszcze, a on — ze staniolem. Celnicy tylko jego wzięli na kontrolę. I dziwili się: po kiego czorta targa tyle folii?

W pokoju pełno kolorowych skrawków głównie niebieskiej, złotej, srebrnej i czerwonej folii.

— Szopkę robi się jak gorset z cekinami czy spódnicę krakowską. W takich kolorach. Złoto, czerwień i granat. Złoto na niebieskim, biel na czerwieni — tłumaczy Pięcik.

Kolory Krakowa. Wystarczy zadrzeć głowę ku sklepieniu kościoła Mariackiego: niebieskie niebo ze złotymi gwiazdami.

Drewno, tektura. Z masy plastycznej robi się postacie. Jedyne narzędzie — stary scyzoryk, tubka butaprenu i mała tokarka w piwnicy wieżowca.

W kuferku rzemieślnika — sama pasmanteria. Złote nitki, szpilki, druciki, blaszki, koronki…

I finał. Czasem zaskakujący.

— Kiedy byłem na kon- trakcie w Iraku, zrobiłem chłopakom na Wigilię niedużą szopkę. Wystawiliśmy ją na stołówce. Pewnego razu wchodzimy, a tu kilku pakistańskich robotników klęczy przed nią i coś mruczy pod nosem. Myśleli, że to ołtarz — uśmiecha się Pięcik.

Cenna pasja

Ostatnia szopka Pięcika — ta konkursowa, która przyniosła mu 25. zwycięstwo — kosztowała go ponad 2 tys. zł. Mistrz narzeka.

— Niewiele się zarobi, jeżeli się tylko dla nagrody robi… W tym roku główna nagroda to było 4 tysiące. A roboty — mnóstwo. Swą szopkę robiłem 12 miesięcy — mówi Pięcik.

Niemcy chcieli, by im zrobił dziesięć mniejszych. Ale stworzył tylko jedną.

— Nie opłacało się, bo dwa miesiące trzeba robić, a płacili po tysiąc złotych. Żaden zarobek. Ja sobie liczę tysiąc złotych za miesiąc roboty. Porządna szopka powstaje rok, mała — jakieś 4 miesiące. Żadne kokosy. Zaczynam o szóstej rano, kończę o szóstej wieczorem — mówi Pięcik.

I dodaje: co ma robić, skoro czytać nie może, bo nie widzi, z domu nie wychodzi... Jego świat to wersalka lub szpital.

— Kiedyś przyjechał polonus z Chicago. Otwierał tam polską restaurację. Kupił już starą warszawę i brakowało mu do szczęścia 18 szopek krakowskich.

Kiedyś jego szopkę kupił też Lech Wałęsa. Tak okrężnie jakoś.

— Na jednej z wystaw — spodobała mu się. Zapytał, czy do sprzedania. Po chwili przyszedł biskup, że chce ją kupić. Sprzedałem, ale pieniądze dostałem z wodociągów krakowskich — mówi Pięcik.

I dodaje, że robienie szopek to jednak kiepski interes. Jeżeli robi się dla pieniędzy. n

Na początku

Budowa krakowskich szopek to zwyczaj, który w obecnej formie trwa w Krakowie od połowy XIX wieku. Ale sama szopka jest dużo starsza. Do Krakowa przybyła wraz z zakonem franciszkanów. W średniowiecznym kościele w szopie odtwarzano scenę Bożego Narodzenia, odgrywano inscenizacje z udziałem ludzi i zwierząt, śpiewano kuplety. Nie, szopka nie była statyczna.

Swobodniej

W końcu szopki wyszły ze świątyń na ulice. Przekształciły się w wędrowny teatr. Dlaczego stały się tak ozdobne? Bo taki był i jest kościół, który emanuje nie tylko ciszą i skupieniem, lecz także majestatem, bogactwem szat liturgicznych, wys-troju, dziełami sztuki. A gdzieś tam, wokół tego przepychu, była stajenka. Tak samo jest w szopkach krakowskich: głównym motywem jest architektura kościelna, a na piano nobile jest stajenka, scena Bożego Narodzenia. Twórcami tych pierwszych objazdowych szopek byli murarze, cieśle, budowniczowie Krakowa, którzy nigdy nie dotarli do Palestyny, więc wyobrażali sobie, że miejsce, w którym narodził się Chrystus, musi być przynajmniej tak piękne, jak ich Kraków.

Z wyobraźnią

Jacek

Konikowski

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Konikowski

Polecane