Boksując się ze światem

ROZMAWIAŁ KAROL JEDLIŃSKI
24-11-2016, 22:00

NA POCZĄTKU: Jacek Kędzior dawniej odnalazł nieznaną stolicę Polski, teraz odkrył szczyty w światowych strukturach EY. Dał się namówić na pierwszą tak otwartą rozmowę, w której tłumaczy m.in. że nie pracuje w korporacji i dlaczego warto za oknem mieć Wisłę, a nie Tamizę.

Pana wizytówka budzi podziw: 22 kraje, tysiące ludzi, setki najważniejszych dla lokalnych gospodarek przedsięwzięć. To wszystko pod pana partnerskim zarządem. Ale podobno już na etapie rekrutacji do konsultingu miał pan szczerze dość.

JACEK KĘDZIOR:
Zobacz więcej

JACEK KĘDZIOR:

POMYŁKA Z HAPPY ENDEM Marek Wiśniewski

Byłem klasycznym przykładem pomyłki rekrutacyjnej. Błędnie zakwalifikowano moją aplikację do działu audytu, a nie doradztwa podatkowego. Pytano mnie, dlaczego jako prawnik koniecznie chcę być audytorem.

To mówi człowiek, któremu niedługo stuknie ćwierćwiecze w branży.

Na koniec tego pamiętnego dnia powiedziałem szczerze kilka zdań ówczesnej szefowej HR, Angielce. Coś w stylu: „Co wy tam z tego Londynu wiecie o kraju dźwigającym się z brzemienia komunizmu”. I tym samym byłem przekonany, że moja kariera w Arthurze Andersenie prysła.

Od młodości programował się pan na taką, a nie inną ścieżkę?

O nie! Dziś Jankowi, mojemu najstarszemu synowi, powtarzam, żeby jako 20-latek nie programował kariery. Niech zdobywa wiedzę, rozbudza w sobie ciekawość świata, boksuje się z nim. Ja sam do końca nie wiedziałem, czy na Uniwersytecie Jagiellońskim wybrać historię czy prawo. Poza tym w latach 90. trudno było cokolwiek programować…

Romantyk bił się z pragmatykiem?

Od zawsze lubiłem matematykę, nieprzypadkowo zająłem się doradztwem podatkowym. Wcześniej jako nastolatka z Tarnowa wciągnęła mnie historia, która miała niezwykle ciekawe lokalne wątki, szczególnie we wczesnym średniowieczu. Wciągnąłem się na tyle, że zacząłem jeździć na wykopaliska archeologiczne.

Co pan ciekawego wykopał?

Ślady jednego z największych grodzisk państwa Wiślan. Wie pan, jaką teorię ukuliśmy wraz z moim nauczycielem historii? Że Tarnów przez jakiś czas był stolicą Polski.

!?

Było tak — Kazimierz Odnowiciel wracał do kraju najpewniej od południa, doliną Dunajca. W Tarnowie, a dokładniej w grodzisku w Zawadzie,w owych czasach była kamienna budowla, oznaka władzy co najmniej książęcej. Szybki rozwój Tarnowa w dawnych wiekach jest jednym z argumentów za teorią o stołeczności mego rodzinnego miasta. To cały urok średniowiecza, gdzie na podstawie poszlakowych źródeł można utkać teorie konkurujące z głoszonymi przez uznane autorytety. Nawet zacząłem intensywnie uczyć się średniowiecznej łaciny, żeby pracować bezpośrednio na źródłach.

Teorie pan jednak zostawił. W CV ma pan kilka zagranicznych uczelni: Edynburg, Antwerpia. Czyli jednak było trochę programowania?

Udało mi się uzyskać stypendia, mogłem pisać pracę magisterską w Antwerpii. Tam też nie zostawiłem zupełnie boksowania się z otaczającym światem. W pracy magisterskiej wywodziłem bowiem, że choć jako Polska nie jesteśmy częścią Unii Europejskiej, to mamy prawo do korzystania z niektórych przywilejów prawa europejskiego na podstawie konwencji Rady Europy.

I nagle buntownik składa papiery do Arthura Andersena i dostaje biurko w szklanym biurowcu?

Na aplikowanie namówił mnie kolega. Zgodziłem się wysłać aplikację, ale bez entuzjazmu. Wkrótce potem zadzwonił telefon w moim pokoju w Antwerpii. Starałem się oponować, mówiłem, że taka podróż na rekrutację do Warszawy będzie dużo kosztowała. Zgodzili się pokryć wszystkie koszty. Pomyślałem OK, dobra okazja odwiedzić dziewczynę, dzisiaj moją żonę. Pojechałem i po pierwszym etapie, gdy rozdawano koperty z zaproszeniem do kolejnego lub podziękowaniem za udział, pomyślałem: „Kurczę, to jednak fajne miejsce. Oby w kopercie były dobre wieści”.

Po ponad 20 latach, gdy firma zmieniła już logo na EY, pojawiła się na pana biurku inna koperta: z propozycją objęcia poważnej funkcji w strukturach EY w Londynie. Dlaczego pan jej nie przyjął?

Dlaczego? Bo widok z okna ma znaczenie. W Polsce mamy świetną praktykę, mocną dynamikę, jako znaczący ośrodek nadajemy ton w regionie. Mamy swoją pozycję, autonomięw światowych strukturach firmy i jako EY w Polsce możemy pozytywnie wpływać na otaczającą nas rzeczywistość. Jest też tutaj mniej korporacyjnych elementów niż w londyńskim City.

Nie jesteście po prostu przynoszącym zyski trybikiem w mechanizmie wielkiej korporacji?

My nie jesteśmy korporacją.

Jeszcze w tę stołecznosć Tarnowa byłem skłonny uwierzyć. Ale EY jako niekorpo?

My jesteśmy firmą świadczącą profesjonalne usługi, to osobna kategoria. To środowisko, gdzie praktycznie w całości organizacje polegają na kapitale ludzkim. Przez lata zmieniają się potrzeby klientów, a my im odpowiadamy właśnie dzięki wiedzy i kompetencjom naszych ludzi. Dlatego autonomiczne podejście do każdej osoby, do różnorodności ma zasadnicze znaczenie.

Przy czym siedzimy na szczytowym piętrze wieżowca, a wokół pełno ułożonych ludzi w garniturach.

OK, ze względu na skalę działania mamy pewne cechy korporacji. Ale to nie jest tak, że wyciągamy tabelkę z Excela, stawiamy ludzi przy maszynie i nakręcamy właściwe tempo. EY w Polsce to autorskie dzieło naszych ludzi. Rozwiązujemy problemy firm, pomagamy im szybciej rosnąć, być bardziej konkurencyjnym, ale również dzięki naszej niezależności dajemy komfort rynkowi.

Ulica wie swoje. Młodzi zdolni z wielkich miast coraz częściej unikają takich molochów jak EY. Prawda?

Ja się cieszę, że młodzi ludzie mają wybór. Milenialsi, których przedstawicieli mam zresztą w domu, to ludzie, którzy kwestionują, zadają dobre pytania, chcą więcej, inaczej. I tak być powinno. Nie narzekamy na brak dobrych kandydatów do pracy. „Bo chodzić powinno przede wszystkim o podnoszenie jakości, a nie ilości” — jak mawiał mój ulubiony Józef Czapski.

Milenialsi nie muszą być już robotami, żeby dobić się szczytów kariery? Można chorować, gasić światło w pracy przed dwudziestą?

Work-life balance to jest coś, o co sam nie raz musiałem w swojej karierze walczyć. Podobnie jak o odpowiednią niezależność. Tu mam jasne stanowisko: żadna firma czy organizacja ci tego nie zapewni. Może wyłącznie stwarzać bardziej lub mniej korzystne warunki. To jest tak istotna rzecz, że nie warto jej delegować na firmę. To musi być decyzja danej osoby, jak rozłożyć akcenty. Trzeba zważyć, jakie są możliwości, warunki w firmie i czy chce się je wykorzystać dla siebie.

Jak wytycza pan sobie granice? Weekendy zawsze w domu?

W kategoriach intelektualnych to jest dość proste, zaś w praktyce trudne. Sprowadza się do odpowiedzi na pytanie, co jest dla nas ważne. Gdzie są sprawy, o które warto toczyć bitwy. Dla mnie zawodowe życie jest ważne, ale rodzina jest najważniejsza. Kiedyś sądziłem, że to się da poszufladkować, ale nie o to chodzi. Jeden z moich partnerów powiedział mi kiedyś: Traktuj osobiste zobowiązania jak zobowiązania wobec klienta. Skoro w firmie walczymy z czasem, żeby zdążyć na spotkanie z klientem, to musimy też walczyć o to, by być dla rodziny wówczas, gdy jesteśmy potrzebni. I mieć też po prostu czas dla żony i piątki naszych dzieci.

W waszej niekorporacji na pewno potrzebujecie talentów milenialsów. To dlatego wasze biura stają się bliższe tym znanym np. z Google’a?

Naturalnie, rywalizujemy o talenty, choć z drugiej strony bardziej zabiegamy o dotarcie do wielu utalentowanych osób, które nawet nie zakładają, że mogą się realizować w branży konsultingowej. Mają aspiracje, kręgosłup, chcą pracować. Mówimy im: To miejsce, w którym możesz bardzo dużo, a może i wszystko! Uwierz. Każdy twój pomysł może być zrealizowany, jeśli jest dobry. Możesz mieć swój udział w największych transakcjach na rynku, masz szansę doradzać start-upom nawet w Dolinie Krzemowej. To, co cię może ograniczać, to jedynie twoje aspiracje i wiedza, i to, jak bardzo chcesz osiągnąć sukces.

Ma pan w EY przyjaciół czy partnerów i zespół?

Tak, jasne — mam przyjaciół.

Także wśród tych, którzy z EY odchodzą?

Tak. Ci, którzy odchodzą, często szukają czegoś innego. Zawsze rozpiera mnie duma, gdy spotykamy się i widzę, jak nasi byli pracownicy się rozwijają, niezależnie od tego, czy są w kolejnej firmie, czy we własnym biznesie, i jak pozytywnie oceniają to, co dało im te kilka lat spędzonych w EY.

A pan nie mierzy się z myślami, żeby to rzucić i zwolnić tempo?

Niektórzy moi znajomi marzą o wczesnej emeryturze we własnym pensjonacie w górach. Ja też przez lata zadawałem sobie różne pytania w kontekście zawodowym. Dzisiaj nie mam takich dylematów. Ta branża wybija z głowy pokusę odcinania kuponów, mobilizuje do ciągłej zmiany. A to wciąga.

Nie ma mowy o byciu trybikiem?

Nie. Mam ten komfort, że wiele osób pracujących w Polsce jest zarazem częścią kręgów decyzyjnychEY na świecie. Na przykład budujemy strategię przemysłowego internetu rzeczy, a partner z Polski jest jedną z kluczowych osób w organizacji wśród tworzących te rozwiązania w skali światowej. I to nie jest tylko wiedza akademicka, ale efekt udziału w głównym nurcie. Tu zaczyna się satysfakcja, że jesteśmy tu, gdzie jesteśmy, nie dlatego, że jesteśmy tańsi od kolegów z Londynu, ale dlatego, że jesteśmy po prostu dobrzy. Sytuacja jest jasna: rynek oczekuje od nas najlepszych rozwiązań, np. w sprawie inwestycji lub ekspansji zagranicznej, a my możemy je zaoferować. Rozwijamy się w jak najlepszym kierunku.

W Bieszczadach nie ma tej magii?

Niebieski szlak z Łupkowa, Komańcza, ta przestrzeń, przyroda — to jest coś dla mnie szczególnego. Podobnie jak narty. Ale dzisiaj jestem pozytywnie nakręcony tu, gdzie jestem. Wewnętrznie staram się też mieć głębszą refleksję, czytam właśnie „Dzienniczek” świętej siostry Faustyny. Jako EY wsparliśmy publikację książki o Aleksandrze Tarnawskim, ostatnim żyjącym cichociemnym. Tak jak w biznesie szukamy i kochamy synergię, tak też staramy się to robić w naszej firmie. Na spotkaniach z Aleksandrem Tarnawskim ponad dwieście osób rozmawiało z nim o życiu, o ważnych sprawach. Pytając, jak żyć w dzisiejszych czasach, jak dokonywać wyborów.

Jest ogień.

Tak. Nie sądzę, że dla mnie nadejdzie kiedyś czas na pensjonat w Bieszczadach. I chyba nie o to chodzi. Ważniejsze jest chodzenie po górach. &

  Jacek Kędzior

Od 2014 r. partner zarządzający EY Polska i partner zarządzający regionem EY Europy Centralnej i Południowo- -Wschodniej. Wcześniej był m.in. szefem praktyki podatkowej w Polsce, a do września 2013 r. również w Europie Południowej i Wschodniej. Absolwent Wydziału Prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego. Studiował również na Uniwersytecie w Edynburgu i Uniwersytecie w Antwerpii. W 2007 r. ukończył Advanced Management Program organizowany przez IESE Business School Uniwersytetu Nawarry w Barcelonie.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: ROZMAWIAŁ KAROL JEDLIŃSKI

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Inne / Boksując się ze światem