Czytasz dzięki

Brak nowoczesnego leczenia OAB w drugiej linii jest sprzeczny z logiką i prawami ekonomii

Anna Sarbak, prezes zarządu Stowarzyszenia Osób z NTM „UroConti”, Partner sekcji Stowarzyszenie Osób z NTM „UroConti”
opublikowano: 21-06-2020, 22:00

Lista leków refundowanych w zespole pęcherza nadreaktywnego nie zmieniła się od początku swojego istnienia, czyli od 2011 r.

Nie wiem, czy jest drugi tak bardzo zaniedbany obszar terapeutyczny. Jeśli na wprowadzenie zmian w zakresie limitów środków chłonnych musieliśmy czekać 18 lat, a na wprowadzenie neuromodulacji do świadczeń gwarantowanych osiem, to aż się boję myśleć, ile potrwa gonienie świata w dostępie do nowoczesnego leczenia farmakologicznego OAB. A przecież od ubiegłego roku, kiedy na rynku farmaceutycznym pojawiły się zamienniki zawierające solifenacynę, doszło do znacznej obniżki cen i oszczędności budżetu Narodowego Funduszu Zdrowia, które według nas powinny zostać przeznaczone na inne leki w tym samym schorzeniu.

Nieraz zwracaliśmy uwagę resortu, że wśród populacji cierpiącej na OAB i związane z tym nietrzymanie moczu jest wiele osób w wieku produkcyjnym, dla których brak leczenia to nie tylko obniżenie efektywności pracy, ale i utrata zdolności zarobkowych. Z kolei dla budżetu państwa to zwiększone koszty zwolnień lekarskich czy rent. W licznych rozmowach i jeszcze liczniejszej korespondencji z ministerstwem przytaczaliśmy dane pozyskane z ZUS i Głównego Urzędu Statystycznego przy okazji publikacji corocznego raportu pod tytułem „Pacjent z NTM w systemie opieki zdrowotnej”. Wskazywały one między innymi na to, że tylko w 2018 r. koszty z tytułu utraty produktywności osób z problemem nietrzymania moczu wynosiły aż

1,58 mld zł. Czasami się zastanawiam, czy ktoś w Ministerstwie Zdrowia to w ogóle analizuje, bo przecież nie trzeba być wielkim ekonomistą, żeby zauważyć, że gdyby chociaż część tych osób była odpowiednio leczona, to zamiast pobierać świadczenia i generować koszty, wytwarzałyby PKB i płaciły podatki. Nie mówiąc już o korzyściach psychospołecznych, których w żaden sposób nie da się wycenić.

Kilka lat wcześniej używaliśmy tych samych argumentów ekonomicznych, by przekonać Ministerstwo Zdrowia do zniesienia absurdalnego przepisu, który uzależniał refundację leków w I linii leczenia OAB od wykonania badania urodynamicznego. W opinii wielu ekspertów było ono nie tylko niekomfortowe dla pacjentów, ale także nieuzasadnione medycznie i finansowo, by stosować je na taką skalę. Przytaczaliśmy wtedy dziesiątki opinii, że badanie urodynamiczne nie potwierdza ani nie wyklucza diagnozy pęcherza nadreaktywnego, więc równie dobrze można by robić pacjentom EKG i RTG klatki piersiowej. Sens byłby taki sam. Cytowaliśmy wyliczenia AOTMiT, z których wynikało, że brak badania jako wymogu refundacji leków to oszczędności dla budżetu w wysokości 15-16 mln zł rocznie. W końcu w 2016 r. ktoś w resorcie posłuchał naszych argumentów, więc może tym razem będzie tak samo.

Zdajemy sobie sprawę, że zespół pęcherza nadreaktywnego i NTM nie zabijają, ale proszę mi wierzyć, że potrafią kompletnie zrujnować życie. Przez wiele lat walczyliśmy z postrzeganiem OAB jako „wstydliwej dolegliwości”, tłumaczyliśmy, że to poważna, niekiedy bardzo bolesna choroba, którą można i trzeba leczyć. Wystarczy przełamać strach i udać się po pomoc, choć wiem, że nie jest to łatwe, bo z posiadanych przez nas danych wynika, że tylko jedna trzecia pacjentów cierpiących na zespół pęcherza nadreaktywnego w ogóle zgłasza się do lekarza, a dwie trzecie z nich robi to dopiero po dwóch latach od wystąpienia pierwszych objawów. I to wtedy, gdy ich nasilenie wyklucza już normalne, dzienne i nocne, funkcjonowanie.

Pacjenci z OAB nie będą pikietować pod Sejmem czy gmachem Urzędu Rady Ministrów. Choćby z tej racji, że rzadko wychodzą z domu, a rytm ich dnia, a zwłaszcza ich ewentualną trasę, wyznacza odległość do najbliższej toalety. Mamy jednak takie same prawa, jak nasze koleżanki i koledzy w innych (wszystkich poza Polską) krajach Unii Europejskiej. Oni mogą korzystać z osiągnięć medycyny i II linii leczenia, pracują i cieszą się życiem. A my zamykamy się w domach, rezygnujemy z pracy, nie spotykamy się z rodziną czy przyjaciółmi i popadamy w depresję. Byłabym w stanie zrozumieć zachowawcze podejście Ministerstwa Zdrowia do tego problemu, gdybyśmy byli najbiedniejszym krajem w Unii Europejskiej, ale przecież tak nie jest. Co więcej, w maju otrzymaliśmy pisemną deklarację od producenta leku, że zaoferował Polsce najlepsze warunki wśród krajów Unii Europejskiej. Pytam więc, na co jeszcze czeka minister zdrowia?

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Anna Sarbak, prezes zarządu Stowarzyszenia Osób z NTM „UroConti”, Partner sekcji Stowarzyszenie Osób z NTM „UroConti”

Polecane