Brzęcząca historia świata

  • Aleksander Krawczuk
opublikowano: 30-11-2007, 00:00

Fenicjanie nie wymyślili pieniądza — jeśli pod tym określeniem rozumiemy umowny miernik wartości. A może nim być — i bywało dawniej — cokolwiek: muszelki, futra i skóry, płaty płótna — stąd nasze prasłowiańskie „płacić” czy bydło u Rzymian („pecunia”). Znajdziemy i u Homera takie wzmianki: zbroja pozłacana kosztuje 100 wołów, dziewczyna — 20.

Ważnym środkiem wymiany i miernikiem wartości rychło stały się, zwłaszcza na Bliskim Wschodzie, kawałki metalu — miedzi, brązu, srebra. Te jednak należało każdorazowo przy transakcji odważać, porównywać, badać ich jakość. Pojawił się wreszcie wynalazek prawdziwie genialny: moneta — kawałek metalu, którego wagę i jakość gwarantuje państwo, wybijając odpowiedni stempel. Mógłby więc ktoś uznać, że to Fenicjanie pierwsi wybijali monety. Ale…

 

Moneta, jak wiemy na podstawie danych pisanych i znalezisk, pojawiła się najpierw u zachodnich krańców Azji Mniejszej — w królestwie Lidii, około roku 600 p.n.e. Wybijano ją z naturalnego, występującego tam stopu złota i srebra, zwanego przez Greków elektronem. Przez Greków — pomysł bowiem niemal natychmiast przejęły nadbrzeżne miasta greckie, zwłaszcza Efez. W kilkadziesiąt lat później własna moneta pojawiła się w Grecji właściwej, bita głównie w srebrze i brązie. Pierwsza wypuszczała własne monety wyspa Egina, wówczas potęga handlowa. Ich godłem był żółw, tak jak nieco późniejszych monet ateńskich — sowa, święty ptak bogini opiekuńczej miasta. Monety „emitowały” przez wieki wszystkie greckie państewka. A były ich setki, wliczając kolonie u wybrzeży Morza Śródziemnego i Czarnego. Stąd nieprzebrane bogactwo owego mennictwa.

Sami Grecy określali monety mianem „nomisma”. Nazwa od wyrazu „nomos”, czyli prawo. Podkreślała zatem, że chodzi o prawny, urzędowy środek wymiany. A nasza nazwa „moneta”, wzięta z łaciny, jest w istocie przypadkowa. Wywodzi się od przydomka rzymskiej bogini Junony (Moneta — Napominająca), przy jej bowiem świątyni na Kapitolu znajdowała się mennica.

 

Tak więc 26 wieków temu zaczęła się historia monety. Powstawały i upadały państwa, miasta, imperia, zmieniały się systemy, techniki, godła... I choć mamy dziś pieniądz papierowy, plastikowy, a nawet, można by rzec, elektroniczny, ona wciąż skromnie i pożytecznie jest obecna w życiu codziennym — niezastąpiona przy drobnych transakcjach. Ma też w sobie urok rzeczy przedstawiającej jakąś wartość materialną, choćby minimalną. W przeciwieństwie do innych, wspomnianych rodzajów pieniądza, całkowicie umownych: to przecież tylko kawałek papieru, plastiku albo — po prostu — sygnał elektroniczny.

 

Nigdy nie byłem kolekcjonerem dawnych monet. To zamiłowanie dość kosztowne, zwłaszcza jeśli chodzi o starożytność. Zawsze jednak patrzyłem ze zrozumieniem i podziwem na numizmatyków. No i monety antyczne, a zwłaszcza greckie stanowią często miniaturowe dzieła sztuki; mimo pewnych niedoskonałości technicznych przy ich produkcji. Bo też zwykle projektowali wzorce godeł mistrzowie. Nasze monety, wybijane masowo i maszynowo, nigdy nie będą już miały wartości artystycznej tamtych. Choć są wśród emisji okazjonalnych pomysły udane i godne kolekcjonowania, zwłaszcza w przypadku serii. Te i ja zbieram.

 

Nie mogę zatem twierdzić, że jestem całkowicie wolny od pasji numizmatycznych. Łączę je wszakże z praktycznym pożytkiem. Odkładam wszystkie pięciozłotówki, jakie wpadną mi w ręce. Zbiera się ich sporo i okazują się użyteczne pod koniec miesiąca. A dają jeszcze jedną przyjemność. Oto trzymając piątkę w ręku, warto uprzytomnić sobie: to przecież trochę ponad jedno euro! I około dwóch dolarów (przy obecnym kursie złotego).

 

Dobrze by było — na co w moim wieku raczej nikła szansa — doczekać chwili, kiedy i w naszym kraju jedyną monetą obowiązującą, czyli „nomisma”, stanie się euro. Po raz pierwszy od czasu upadku cesarstwa rzymskiego będzie obowiązywał w większości państw naszego kontynentu jeden system monetarny. Historia zatoczyła koło. Oto zmartwychwstaje po piętnastu wiekach, w ciągu życia zaledwie pokolenia, Imperium Romanum, rozumiane jako zjednoczona Europa, bez granic wewnętrznych. A wraz z nim — jeden pieniądz, jedna moneta.

 

Być może przyjdzie czas, że nauczać się będzie w szkołach przede wszystkim historii starożytnej, jako wspólnej, europejskiej. Wtedy bowiem zaczęło się wszystko, co w naszych dziejach najważniejsze. Myśl naukowa, literatura, sztuka, demokracja — i także moneta jako potężny nośnik życia gospodarczego. Chyba jednak droga do tego dłuższa niż do wspólnej monety, do euro.

 

Takie i tym podobne refleksje nasuwają się samorzutnie przy lekturze książki prof. Mariusza Mielczarka „Mennictwo starożytnej Grecji”. To jedyny w naszej literaturze tak pełny obraz początkowych dziejów monety, uwzględniający najnowszy stan badań. I choć, jak się rzekło, ten rodzaj pieniądza nie odgrywa dziś tak decydującej roli w wielkim biznesie, puls ma wciąż zdrowy i silny. Także dlatego właśnie na tych łamach trzeba o monecie wspomnieć. l

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Aleksander Krawczuk

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu