Budżet to tylko gadżet wyborczy

Jacek Zalewski
29-03-2011, 00:00

Od kilku dni premier Donald Tusk autoryzuje pomysł, by budżet na rok 2012 został ekspresowo przygotowany i ukończony jeszcze przez obecny parlament, czyli zaraz po wakacjach. Szczegóły tej szokującej wyborczej zagrywki na razie nie są znane nawet wicepremierowi Waldemarowi Pawlakowi, który prace ministra finansów Jacka Rostowskiego określa mianem "tajnych". Wiarygodność założeń budżetu 2012, przygotowanych według stanu wiedzy o gospodarce z kwietnia 2011, będzie zerowa.

Coroczna ustawa budżetowa została umocowana przez Konstytucję RP, ale proza życia sprowadziła ten najważniejszy dla gospodarki dokument do roli politycznego podnóżka. Wszystkie ekipy rządzące kpią sobie na przykład z mądrego przepisu, by trzecie czytanie i głosowanie budżetu odbywało się na następnym posiedzeniu Sejmu. Formalnie jest ono zawsze zwoływane… kwadrans po zakończeniu poprzedniego. Dlatego nawet najbardziej absurdalna zagrywka budżetem nie może zaskakiwać. Na rok 2012 można uchwalić we wrześniu 2011, a następny, na 2013, w maju 2012 koniecznie przed finałami mistrzostw Europy. Idąc tak dalej szybko nadgonimy jeden budżet, czyli także zgubimy roczny deficyt!

Tadeusz Konwicki przedstawił w "Małej apokalipsie" świat, w którym nastąpiło całkowite zwichrowanie miary czasu. Każde przedsiębiorstwo używało własnego kalendarza, gazety ukazywały się z przypadkowymi datami, a wzorzec rzeczywistego kalendarza schowany został w gabinecie ministra bezpieczeństwa. W porównaniu z tamtą surrealistyczną epoką nasza obecna sytuacja jest na szczęście zupełnie inna — jedynie prawdziwe dane o stanie gospodarki produkowane są przez ministra finansów.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Budżet to tylko gadżet wyborczy