Burgundzkie wina zawracają w głowie

Weronika A. Kosmala
06-01-2016, 22:00

Po francusku to „en primeur”, w języku branżowym „wine futures”, a w potocznym — dobra okazja, żeby uzupełnić portfel inwestycyjnych win po sylwestrze.

Określenie „en primeur” najprościej można wytłumaczyć jako możliwość zakupu kolekcjonerskiego wina wtedy, kiedy dojrzewa jeszcze w beczkach, czyli zanim zostanie zabutelkowane i oficjalnie trafi na rynek ze stosownie wysokimi cenami. Intuicyjnie, żeby inwestycja była opłacalna, początkowe stawki ustalane za skrzynki powinny być niższe od tych, które rocznik osiągnie na rynku wtórnym, ale jak wskazuje doświadczenie ubiegłorocznej kampanii z Bordeaux, nie należy się tego spodziewać za każdym razem.

WIDOKI NA ZWYŻKI:
Zobacz więcej

WIDOKI NA ZWYŻKI:

W tabeli 10 win, których wartość według indeksu Liv-ex zwiększyła się w ubiegłym roku najbardziej, burgundzkie były tylko dwa, ale wzrost ceny Mommessin Clos Tart 2010 wyniósł aż 34,4 proc. Fotolia

Gdy spróbujemy odświeżyć sobie temat w głowie, w mglistym zbiorze pojęć z pewnością przebiją się właśnie Bordeaux, kilka francuskich słów, jak „négociant” czy „château”, i ceny w tysiącach euro. W styczniu warto jednak poszerzyć słownictwo albo w ogóle trochę zmienić, bo zamiast bordoskiej kampanii zaczyna się burgundzka — i to nie we Francji, ale w Wielkiej Brytanii.

Kontrakty są winne

Kolekcjonerskie wina z Burgundii, chociaż bywają jednymi z najdroższych na aukcjach, zupełnie nie kojarzą się z systemem wcześniejszych zakupów — głównie dlatego, że kampanie przeprowadzane są dopiero od około dekady, a pośrednicy i krytycy nie wybierają się na degustację do malowniczych winnic, tylko do deszczowego Londynu.

Oprawa wydarzenia jest więc może mniej atrakcyjna, ale ostatnie zestawienia cen transakcji na platformie Liv-ex wykazały wyraźnie, że popyt na skrzynki z Burgundii jest dużo bardziej stabilny niż na te z Bordeaux. Przez ostatnie 5 lat indeks Burgundy 150 niezmiennie utrzymywał przewagę nad Bordeaux 500, Champagne 50, Italy 100, a nawet wskaźnikiem Rest of the World 50, który trochę marginalizuje wina z mniej tradycyjnych regionów upraw. Odczytywanie tych wykresów w kontekście en primeur, wbrew pozorom, może być istotne, bo to właśnie w wyniku ostatnich strategii bordoskich producentów inwestorów dopadły wątpliwości odbijające się na cenach.

Pomysł, żeby taniej kupować dobro, które ewidentnie zdrożeje, szybko zyskał popularność nie tylko wśród amerykańskich i europejskich inwestorów, ale wyjątkowoprzemówił do odbiorców z Azji, którzy okazali się znacznie bardziej skłonni do szkodliwej spekulacji. Winiarze natomiast, pomimo wielokrotnych apeli krytyków, korzystając z możliwości pozyskania kapitału na długo przed wprowadzeniem produktu do obiegu, pozwolili sobie zaoferować niedojrzałe wino w takiej cenie, że wielu kolekcjonerów uznało szanse na zarobek za znikome.

Négociant nie żartuje

Przyglądając się zamieszaniu na rynku win bordoskich, można odnieść wrażenie, że działający w pośpiechu spekulanci nie zajęli się jeszcze ofertą Burgundii tak poważnie, bo temat jest bardziej skomplikowany, niż się na początku wydaje. Region słynący z najwyższej klasy produkcji z rozpoznawalnych szczepów pinot noir i chardonnay, poddany został tak wymyślnym branżowym klasyfikacjom, że nawet jeśli wiemy, w które wino zainwestować, przypisanie go do kategorii może wymagać większego skupienia.

Porządkowania wszystkiego w głowie nie ułatwiają też dziwaczne przepisy, wywodzące się jeszcze z czasów napoleońskich, na podstawie których wyodrębniła się grupa tzw. négociants, czyli specyficznego typu handlarzy. Zgodnie z prawem, właściciele winorośli mogą dysponować tylko małym skrawkiem upraw, dlatego taki pośrednik ma możliwość skupu zbiorów albo nawet samego wina na różnym etapie powstawania, z zamiarem późniejszej sprzedaży mieszanki pod nazwą własnej marki.

Żeby jednak nie było zbyt łatwo, uprawiający winorośl również mogą zaopatrywać się u sąsiadóww owoce, a wtedy na butelkach przyklejana jest ich własna etykieta. Oznakowania, które odczytujemy z tych nalepek, są ostatnim etapem błądzenia po klasyfikacjach, bo sprowadzają się do takich powszechnie znanych nazw jak Domaine de la Romanée-Conti (DRC), które przykrywają cały mętlik wyjątkowo sprawnie.

Według noworocznych podsumowań „Decantera”, to właśnie słynne DRC, wyceniane na 2-10 tys. GBP (12-59 tys. zł) za butelkę w zależności od rocznika, otwiera tabelę najbardziej poszukiwanych etykiet regionu. Drugie miejsce przypadło Domaine Leflaive, z produkcją na 22 hektarach, z których dostępne od 350 GBP (2 tys. zł) za butelkę Chevalier- Montrachet Grand Cru zajmuje trzy niewielkie poletka, razem mniej niż 10 proc. terenu. Trzeci producent ma na wytworzenie Chambertin Clos de Bèze jeszcze mniej miejsca, bo niecałe 1,5 hektara, ale butelkę tego wina, opatrzoną etykietą Domaine Armand Rousseau Père et Fils, można kupić za około 1 tys. GBP (5,9 tys. zł).

W odróżnieniu od korporacyjnych tytułów na wizytówkach za długością nazwy stoi w tym przypadku dosyć spójna historia: chociaż data założenia przypada na XX wiek, Domaine Armand Rousseau jest już w rękach trzeciego pokolenia panów o tym nazwisku. W dodatku rynkowa pozycja rodzinnej firmy ostatnio znacząco wzrosła — menedżerem został wnuk założyciela i, według standardów korporacji, „sfokusował się na 1,5-hektarowym tasku” tak bardzo, że trudno sobie wyobrazić, żeby na najbliższym en primeur nie trafił w azjatycki „target” i nie zaimponował spekulantom.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Weronika A. Kosmala

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Burgundzkie wina zawracają w głowie