Była NRD odbiera Polsce inwestycje

Małgorzata Grzegorczyk
30-05-2008, 07:24

Wiele osób to mierzi, ale inwestorzy oczekują wsparcia. Wolą gotówkę niż zwolnienia podatkowe. Dostają ją na wschodzie Niemiec.

Styczeń 2008 r. „PB” ujawnia, że niemiecki Daimler i japoński IHI szukają w Europie miejsca pod fabrykę turbosprężarek. W Polsce lokalizacja jest jedna: Nowa Sól. Decyzja ma zapaść w styczniu. Początek lutego. Cisza. Informatorzy „PB” mówią, że mogą wygrać Rumunia lub Węgry. Walentynki. Już wiadomo: fabryka powstanie w Turyngii. Niemcy wyjaśniają, że we wschodnim landzie dostaną zachętę gotówkową wartości 30 proc. inwestycji.

Inwestorzy pytają

W 2007 r. Niemcy ściągnęły 37,2 mld EUR (126,5 mld zł) bezpośrednich inwestycji zagranicznych, ponaddwukrotnie więcej niż Polska. Zachodni sąsiad sprząta nam sprzed nosa ciekawe projekty.

— Inwestorzy pytają, czy nie moglibyśmy przejść na system czeski i niemiecki, czyli bezpośrednich grantów — mówi Krzysztof Dołganow, szef Kostrzyńsko-Słubickiej SSE.

Dokładnie to samo pytanie słyszy często Marek Cieślak, prezes łódzkiej strefy.

— Zwolnienia podatkowe są dobre, ale wiele firm martwi się, że zanim odbiorą pomoc publiczną, przestaną działać specjalne strefy. Poza tym żeby zrobić odpis od podatku, trzeba mieć dochody, więc na pomoc publiczną trzeba poczekać — mówi Marek Cieślak.

W Niemczech w 2007 r. firmy dostały granty gotówkowe warte 2,3 mld EUR (7,8 mld zł). Podobnie ma być w 2008. Tymczasem wszystkie programy wieloletnie w Polsce, łącznie z już wygasłymi, mają wartość 760 mln zł. O gotówkę mogą się starać tylko firmy, które inwestują co najmniej 40 mln EUR (136 mln zł). Nie wiedzą, ile dostaną, za każdym razem decyzja podejmowana jest indywidualnie. Trwa to około roku, a po zatwierdzeniu programu przez rząd trzeba go notyfikować w Brukseli. Sharp, który w 2006 r. zbudował fabrykę paneli LCD, do tej pory nie dostał pomocy publicznej.

Przy mniejszych inwestycjach firmy mogą starać się o fundusze z unijnych programów na lata 2007-13 (które dopiero teraz ruszają), ale muszą złożyć wniosek bez gwarancji, że pieniądze dostaną.

Nie wszystkim inwestorom zależy na grancie.

— Są firmy, które chcą pomoc na starcie, ale te, które mają źródła finansowania, biorą pod uwagę cenę ziemi. Ale na pewno byłoby łatwiej z grantami dla wszystkich — przyznaje Krzysztof Dołganow.

Dwie szkoły

Polskę obowiązują te same co Niemcy przepisy unijne dotyczące pomocy publicznej. Wschodnie landy uznane są za tereny, które potrzebują niewiele mniejszego wsparcia, co bardziej rozwinięte tereny Polski: do 50 proc. dla firm małych i do 30 proc. dla firm dużych. Nic nie stoi na przeszkodzie, by i w Polsce funkcjonowały granty.

— Może się okazać, że nie uda się wydać 69 mld EUR unijnych funduszy przeznaczonych dla Polski na lata 2007-13. Powinniśmy mieć plan zapasowy, w którym uzgodnimy realokację pieniędzy z UE — uważa Paweł Panczyj z Ernst & Young.

Jego zdaniem, zamiast jednorazowego wydatku warto te pieniądze przeznaczyć na wspieranie inwestycji, bo będą one procentować w postaci miejsc pracy, dochodów i rozwoju gospodarki.

— Tyle że przepisy dotyczące grantów gotówkowych na inwestycje powinny być bardzo przejrzyste. Problem leży też w kryteriach oceny projektów — dodaje Paweł Panczyj.

Ale są i wrogowie grantów.

— W Niemczech wspierane są głównie firmy, które chcą się z tego kraju wynieść. To taki prezent za wierność. Nie jestem pewien, czy inwestorzy, którzy nie są jeszcze obecni w Niemczech, faktycznie na masową skalę wybierają naszego zachodniego sąsiada — twierdzi Sebastian Mikosz.

Uważa, że nie da się grantem skasować różnic pensji.

— To nie jest dobra polityka. Po pierwsze, nakręca spiralę oczekiwań firm. Po drugie, to metoda krótkowzroczna. Przecież Nokia, która dostała spore wsparcie, gdy otwierała w Bochum fabrykę, właśnie niedawno przeniosła się do Rumunii. Słowacy też długo dawali więcej gotówki niż Polska, ale to nie spełniło oczekiwań. Ten system to sztuczne podtrzymywanie fenomenu, który i tak ma miejsce: odpływu inwestycji tam, gdzie są bardziej opłacalne — mówi Sebastian Mikosz.

Z tą opinią nie zgadzają się przedstawiciele Invest in Germany, odpowiednika Polskiej Agencji Informacji i Inwestycji Zagranicznych.

— Nokia to wyjątkowy przypadek. Wszystkie landy mają rocznie setki przypadków, gdzie wszystko idzie gładko. Nokia dostała granty, żeby stworzyć miejsca pracy w konkretnym momencie. Z punktu widzenia rządu landu Nadrenii Północnej-Westfalii ten warunek został spełniony — twierdzi Eva Henkel z Invest in Germany.

Sebastian Mikosz ostrzega też, że polski rząd nie mógłby finansować grantów gotówkowych dla firm z UE z unijnych pieniędzy, bo zaraz naraziłby się na zarzut wykorzystywania funduszy do wspierania przenoszenia inwestycji wewnątrz Europy.

— Ewentualnie można by rozważyć wspieranie z unijnych pieniędzy inwestorów, którzy już weszli do Polski, np. LG, gdyby zdecydowało się na kolejne fabryki — dodaje ekspert Deloitte.

Więcej w piątkowym Pulsie Biznesu.

Małgorzata Grzegorczyk, m.grzegorczyk@pb.pl

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Małgorzata Grzegorczyk

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Świat / Była NRD odbiera Polsce inwestycje