Chateau Miękinia

Piotr Medyński
05-01-2006, 00:00

Wiosną w dużych miastach będziemy mogli kupić krajowe wino. A to dzięki Unii, która uznała Polskę za region winiarski.

Decyzja wspólnoty to młyn na wodę plantatorów z okolic Zielonej Góry i z Dolnego Śląska.

— Klimat jest tu korzystniejszy niż w niemieckiej Nadrenii, która przecież słynie z wina. Lato jest cieplejsze, a w zimie nie można narzekać na trzaskające mrozy — twierdzi Wojciech Bosak, związany z krakowską Akademią Wina ICEO.

Okolice Miękini, Trzebnicy, Wołowa czy Wińska słynęły niegdyś z uprawy winorośli. Środa Śląska ma w herbie winne liście i grona.

— Dawniej w uprawie winorośli specjalizowała się niemal każda wieś. Dopiero wojna trzydziestoletnia zastąpiła winnice mniej szlachetnymi browarami i gorzelniami — mówi Wojciech Bosak.

Jeszcze na początku XX stulecia w Zielonej Górze winoroślą obsadzano dwa tysiące hektarów. Do powojnia przetrwało 700 hektarów.

— Repatrianci z Zaleszczyk usiłowali zagospodarować winnicę, ale znajdowała się w centrum miasta i wycięto ją pod budowę osiedli — opowiada Wojciech Bosak.

Prekursorzy z planami

— Gdy rok temu decydowaliśmy się na założenie winnicy, nie byliśmy pewni, czy inwestycja się zwróci. Mówiło się, co prawda, że Polska zabiega o zgodę Unii na produkcję i obrót krajowymi winami, ale droga do tej zgody wydawała się daleka — wspomina Danuta Krojcig, współwłaścicielka winnicy Stara Winna Góra pod Zieloną Górą.

Krojcigów stać było na decyzję o ryzykownej uprawie, bo utrzymanie zapewnia im firma produkująca wkłady z gąbki do kanap i foteli.

— Do tego, że biznes nie zawsze przynosi dochody, jesteśmy przyzwyczajeni. Czasem trzeba postawić wszystko na jedną kartę, by być prekursorem w jakiejś dziedzinie — przyznaje Danuta Krojcig.

Stara Winna Góra powstała w miejscu przedwojennej uprawy. Udało się odtworzyć część starych szczepów. Reszta to nowe rośliny. Łącznie zajmują trzy hektary, ale Krojcigowie zamierzają dokupić jeszcze siedem hektarów.

— Jesienią wytłoczymy własne wino i rozpoczniemy sprzedaż — zapowiada Danuta Krojcig.

Podglądanie Niemca

Identyczny pomysł wpadł do głowy Romanowi Gradowi, prezesowi Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Producentów Winorośli.

— Od dwóch lat prowadzę niewielką, dziesięcioarową winnicę. Zachęcony przez Unię, planuję ją znacząco powiększyć. Szukam ziemi — wyjaśnia Roman Grad.

W okolicy Zielonej Góry działa kilkadziesiąt winnic. Większość produkuje wino na potrzeby właścicieli i ich znajomych. Roman Grad twierdzi jednak, że około 11 winnic z woj. lubuskiego i dolnośląskiego planuje komercyjną uprawę. Miejscowi rolnicy już się zastanawiają, czy nie przestawić gospodarstw na produkcję wina.

— Są nawet pomysły, by tworzyć spółdzielnie producenckie. Wspólnie kupować ziemię, grodzić uprawę, zaopatrywać się w linie do produkcji wina. To obniża koszty — dodaje Roman Grad.

Właściciele zielonogórskich winnic, zrzeszeni w Ogólnopolskim Stowarzyszeniu Producentów Winorośli współpracują z Helmutem Moelle, właścicielem winnicy Grano koło Guben.

— Zapraszamy się nawzajem, wymieniamy doświadczeniami i próbujemy wino. Teraz przyglądamy się, jak Helmut wykorzysta dotacje z Unii na poszerzenie winnicy — opowiada Roman Grad.

Czerwone spod Wrocławia

Być może o taką formę pomocy będzie zabiegał także Lech Jaworek z Miękini pod Wrocławiem. Od trzech lat prowadzi uprawę o powierzchni czternastu hektarów.

— Gdy zaczynałem, znajomi uważali, że zwariowałem. Teraz okazało się, że miałem rację. Udowodniłem niedowiarkom, że pod Wrocławiem uda się czerwone wino. Nie muszę się wstydzić jego jakości — śmieje się Lech Jaworek.

W okolicy znany jest z produkcji śrub i motopomp — część kupuje KGHM. Na początku lat 90. szukał pod Wrocławiem siedziby dla firmy. Kilkanaście kilometrów za rogatkami miasta znalazł zlikwidowany PGR i tam przeniósł produkcję. Gdy kilka lat później chciał wykupić gospodarstwo, okazało się, że transakcja musi być wiązana: budynki z ziemią albo nic. Został więc panem na ponad setce hektarów.

— Zastanawiałem się, co z tym zrobić. Nie znam się na sianiu zbóż czy uprawie buraków — wspomina Lech Jaworek.

Usłyszał o stowarzyszeniu działkowców produkujących wino. Dziś ma uzasadnione powody, by od czasu do czasu posługiwać się francuskim terminem chČteau.

— Zwłaszcza że z poprzedniego sezonu pozostało w piwnicach sporo pełnych butelek. Samego cabernet sauvignon z siedemset litrów — uśmiecha się Marian Matejek, opiekun winnicy.

Na stokach Miękini uprawiane są także inne odmiany: riesling, blau burgunde, chardonnay. Z ich gron utoczono jesienią ubiegłego roku jakieś pięć tysięcy litrów wina.

— Do tłoczenia rieslinga na potrzeby specjalistycznych sklepów winiarskich czy restauratorów jestem przygotowany. Sprawdziliśmy, że pod względem smaku, aromatu i barwy nie ustępuje mozelskiemu — mówi z dumą Lech Jaworek.

Jak w Nowym Jorku

Ale nie tylko w zachodniej Polsce jest zainteresowanie uprawą winorośli. W Małopolsce powstał rejon wyrobu wina wspomagany przez samorząd. Winorośl da się uprawiać nawet w Bieszczadach.

O tym, że może się to opłacać, świadczy przykład Kanady. W jednej z prowincji 10 lat temu rząd utworzył instytut winiarski i wspomaga producentów. Pochodzą stamtąd markowe wina, a z biznesu powiązanego z jego produkcją utrzymuje się około 90 tys. osób. Podobnie zrobiły władze stanu Nowy Jork w USA. Choć zimą bywa tam blisko 30 stopni poniżej zera, to nie przeszkadza to w produkcji doskonałych cabernetów.

— Nasze restauracje też dopytują się o miejscowe wina. Na przełomie maja i kwietnia będzie już można je kupić we Wrocławiu — twierdzi Lech Jaworek.

Jeśli nie wino, to miód

Unia Europejska dokładnie kontroluje regionalne uprawy winorośli. Sadzić można tylko dopuszczone przez nią odmiany, a winnice można prowadzić za zgodą i pod kontrolą nadzoru sanitarnego. Potem pozostaje uruchomić skład celny i odprowadzać akcyzę.

Ale spełnienie wymagań formalnych to pestka w porównaniu z tym, ile trzeba zainwestować. Fachowcy liczą, że zagospodarowanie hektara winnicy to wydatek 50-80 tys. złotych. Blisko połowę pochłania zakup sadzonek. Zaoszczędzić można na maszynach do wyciskania soku, filtrowania, aparaturze do regulowania temperatury w piwnicach. Konieczne są kadzie do fermentacji, dębowe beczki do przechowywania i szklane butelki. Część sprzętu właściciele winnic odkupują od plajtujących rozlewni. Są też koszty adaptacji pomieszczeń do produkcji wina.

Wszystko to nie przeraziło Lecha Jaworka. Planuje powiększenie winnicy do ponad 20 hektarów. Uprawa będzie w pełni wydajna dopiero w pięć-siedem lat od zasadzenia ostatniego krzewu. Jej szansa to moda w winiarskim świecie na trunki czerwone i wytrawne.

Ile będzie kosztowała butelka wina z krajowych winnic? Około 20 złotych. To cena porównywalna z płaconą za wina mołdawskie, bułgarskie czy węgierskie. Inny na pewno będzie smak. Dolnośląski i lubuski trunek nie będzie słodki. Z powodu niskiej temperatury i niewielu słonecznych dni możemy liczyć tylko na wytrawny.

Ale właściciele winnic mają plan awaryjny.

— Jeśli wina się nie udadzą, można przestawić produkcję na miody pitne — twierdzi Jaworek.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Piotr Medyński

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Puls Firmy / Chateau Miękinia