Chiny zmieniły priorytety

Maciej Kalwasiński, Bankier.pl
24-07-2018, 22:00

W obliczu wojny handlowej i spowalniającego wzrostu gospodarczego Pekin wstrzymał proces oddłużania gospodarki.

Chiński bank centralny z przytupem wkroczył w nowy tydzień. W poniedziałek 23 lipca Ludowy Bank Chin wpompował do systemu bankowego 502 mld CNY (około 74 mld USD). Był to największy zastrzyk płynności poprzez MLF (Medium-term Lending Facility) w czteroletniej historii tego narzędzia i kolejny wyraźny sygnał potwierdzający stopniowe luzowanie polityki pieniężnej w Państwie Środka. W tym roku bank centralny trzykrotnie — w styczniu, kwietniu i czerwcu — ścinał stopę rezerw obowiązkowych banków (przy zachowaniu przez nie pewnych warunków, ale dla większości rynku była to formalność), a za pośrednictwem innych narzędzi (m.in. MLF) wpuścił do systemu już ponad 3 bln juanów, niemal dwa razy więcej niż w całym 2017 r.

Pod nóż

W sukurs bankierom centralnym w końcu poszedł rząd w Pekinie. Rada Państwa nie zdecydowała się na typowy dla Chin potężny pakiet stymulacyjny, ale ogłosiła kolejne cięcia podatków i opłat dla biznesu oraz otworzyła władzom regionalnym drogę

do zwiększenia wydatków na inwestycje infrastrukturalne. Lokalne władze mają sprawniej rozdysponowywać swoje (błyskawicznie ostatnio rosnące) dochody podatkowe, a instytucje finansowe zapewniać odpowiednie kredyty.

Pekin decyduje się na podwójne wsparcie gospodarki — luzowanie polityki monetarnej i fiskalnej — w momencie, gdy nad krajem wisi wojna handlowa ze Stanami Zjednoczonymi, a aktywność gospodarcza w Państwie Środka spada. Ostatnie posunięcia jednoznacznie wskazują, że w obliczu pogarszającej się sytuacji władze rezygnują z delewarowania chińskiej gospodarki. I to pomimo świadomości, że oddłużenie jest konieczne, ponieważ ogromne zadłużenie zagraża stabilności kraju.

To, co może być groźne w dłuższym terminie, odpowiada skoncentrowanym na bliższej przyszłości inwestorom. We wtorek 24 lipca chińskie indeksy wspięły się na najwyższe poziomy od miesiąca. Indeks szerokiego rynku Shanghai Composite trzeci dzień z rzędu zbliżał się do straconego przed miesiącem poziomu 3000 pkt. Sesję zakończył na 2905 pkt., po wzroście o 1,6 proc. CSI300, indeks zrzeszający największe spółki z parkietów w Szanghaju i Shenzhen, poszedł w górę o 1,6 proc. Wzrost napędzały przede wszystkim spółki budowlane, które już mogą sobie ostrzyć zęby na finansowane z publicznej kasy projekty infrastrukturalne.

Walutowa zagadka

Na północ prze również kurs USD/CNY. Deprecjacja chińskiej waluty jest obecnie jednym z najgorętszych tematów globalnej dysputy ekonomicznej. Od połowy kwietnia (drugie cięcie stopy rezerw obowiązkowych banków w tym roku) juan osłabił się wobec dolara aż o 9 proc. Tak wyjątkowo gwałtowny ruch przyciągnął uwagę prezydenta Donalda Trumpa, który twierdzi, że Pekin celowo osłabia walutę, by wzmocnić konkurencyjność eksportu z Chin. Podobnego zdania jest wielu ekspertów, którzy widzą w deprecjacji sposób na zrekompensowanie firmom eksportującym zza Wielkiego Muru negatywnego wpływu amerykańskich ceł. Taka narracja sama w sobie sprzyja osłabieniu. W końcu skoro uczestnicy rynku myślą, że Chiny chcą, by juan był słabszy, to znając jego siłę, juan będzie słabszy, więc opłaca się postawić na spadek.

Oczywiście nie można tego wykluczyć, jednak istnieją również inne wyjaśnienia tej walutowej zagadki. Osłabieniu juana wobec dolara sprzyjają przede wszystkim trzy czynniki i tylko jeden jest zależny od Pekinu.

Po pierwsze, rośnie siła dolara, co jest efektem polityki monetarnej amerykańskiej Rezerwy Federalnej. „Zielony” umacnia się w tym roku nie tylko wobec renminbi, ale także innych walut.

Po drugie, aktywom z rynków wschodzących, w tym chińskim, szkodzi wzrost niepewności (i nerwowości) na globalnych rynkach. A jednym z głównych podmiotów zwiększających niepewność jest nieobliczalny człowiek na stanowisku prezydenta Stanów Zjednoczonych. Donald Trump postawił sobie za punkt honoru zmniejszenie deficytu handlowego Stanów Zjednoczonych i jest gotowy rozpętać globalną wojnę handlową, by osiągnąć swój cel. Taka polityka uderza bezpośrednio w Chiny, największego eksportera świata, którego nadwyżka w obrocie z USA przekroczyła w pierwszej połowie tego roku 133 mld USD (dane chińskie) lub nawet 180 mld USD (dane amerykańskie za pięciu miesięcy). Poza tym istnieje uzasadniona obawa, że wojna handlowa rozleje się na inne obszary gospodarki. Po trzecie, swój udział w deprecjacji renminbi ma też Pekin, który luzuje politykę monetarną po okresie jej zacieśnienia i (co wielokrotnie zdarzało się w ostatnich latach) nie decyduje się na stanowczą obronę waluty, gdy ta gwałtownie traci na wartości, nie tylko wobec dolara, ale całego koszyka walut, który teoretycznie jest benchmarkiem dla juana.

Jest to o tyle dziwne, że w niedalekiej przeszłości osłabienie juana o podobnej skali i do podobnych poziomów postawiło chińską gospodarkę na skraju przepaści i tylko drakońskie zaostrzenie regulacji dotyczące wywozu kapitału i przepalenie niemal biliona dolarów rezerw walutowych pozwoliło zatrzymać niebezpieczny trend.

Dlatego wielu ekspertów zastanawia się, gdzie Ludowy Bank Chin narysował „linię na piasku” (czyli do jakiego poziomu może spaść juan) i czy taka linia w ogóle istnieje. Pod koniec 2016 r., w szczycie słabości renminbi, za dolara płacono nawet 6,96 juanów, w latach 2008- 10 „czerwony” był sztywno powiązany z dolarem na poziomie 6,81-6,83. Obecne władze banku, mające poparcie najwyższych władz państwa, podkreślają rolę sił rynkowych w kształtowaniu kursu, choć równocześnie obiecują, że pozostanie on względnie stabilny. Zbyt głęboka deprecjacja nie tylko prowokowałaby Donalda Trumpa, ale byłaby bezpośrednio groźna dla zadłużonych w dolarach chińskich firm oraz nieprzyjemna dla konsumujących coraz więcej zagranicznych dóbr, podróżujących za granicę czy oszczędzających obywateli oraz kosztowna dla pochłaniającego wielkie ilości surowców sektora przemysłowego.

Wygląda jednak na to, że chińskie społeczeństwo i niektóre firmy będą musiały się pogodzić z tymi nieprzyjemnościami, ponieważ Pekin uznał, że chwilowo odpowiada mu prymat niewidzialnej ręki nad widzialną ręką państwa, a wspieranie wzrostu gospodarczego ma wyższy priorytet niż utrzymywanie stabilności waluty i poprawa stabilności krajowego sektora finansowego. © Ⓟ

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Maciej Kalwasiński, Bankier.pl

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Świat / Chiny zmieniły priorytety