Chleb jak kwiaty

Adrian Chimiak
opublikowano: 10-07-2006, 00:00

Chleb ma pachnieć, jego aromat zniewalać, głodnym obiecywać sytość, biednym dawać poczucie wartości.

Wtedy będzie kupowany — uważa Zofia Cichewicz.

41 lat temu zaczynali od małej, wiejskiej piekarni w pobliskich Wójcicach.

— To były ciężkie czasy. Trzeba było samemu rąbać drzewo i pilnować temperatury. Piekliśmy dwa, trzy dni. Później z mężem i teściem ładowaliśmy wszystko na wóz i konie wiozły nas na targowisko. Stawałam na straganie i sprzedawałam całość w dwie godziny — mówi Zofia Cichewicz.

Praca w piekarni pozwalała utrzymywać rodzinę, lecz do 1979 roku nie można mówić o rozwoju rodzinnego przedsiębiorstwa.

— Wszystko się zmieniło 27 lat temu. Powstał ten budynek w Nysie i urządziliśmy nową piekarnię — pokazuje z dumą kosze pełne pieczywa pani Zofia.

Zapach na zewnątrz jest delikatny, w środku zniewala. Gorący chleb ładowany jest właśnie do samochodu. Ale w południe nie ma już gorączkowej bieganiny i wzajemnego poganiania.

— Pracujemy na dwie zmiany. O godzinie 18.00 rusza pierwszy wypiek, kończymy następnego dnia do 12.00. Największy ruch jest nad ranem — tłumaczy Zofia Cichewicz.

Codziennie sześć samochodów dostawczych przejeżdża Opolszczyznę i część Dolnego Śląska.

Grześ słynnie nie tylko ze smacznego pieczywa, jego druga specjalność to wyroby cukiernicze, zwłaszcza torty.

— Jesteśmy z mężem z wykształcenia cukiernikami. Lubimy słodycze, ale nie możemy ich już tyle jeść. Dlatego wkładamy serce w to, żeby innym smakowało — zapewnia pani Zofia.

Rozwój mimo wszystko

Lata 80. nie sprzyjały prywatnemu biznesowi. Braki materiałów i półproduktów dotknęły również Cichewiczów.

— Nawet o mąkę trzeba było walczyć. Zepsutych maszyn nikt nie chciał naprawić. Ale mimo to zatrudnialiśmy kolejnych pracowników. Zaczynaliśmy istnieć w świadomości nysan — opowiada Zofia Cichewicz.

Zakładowi przysłużyły się państwowe piekarnie. Ich wyroby były niesmaczne i źle wypieczone.

— Ćwierć wieku temu, gdy wszystko było szare, ludzie pragnęli odrobiny luksusu. Chcieli przynajmniej smacznie zjeść. Stąd kolejki pod prywatnymi piekarniami, które oferowały lepsze wyroby — mówi pani Zofia.

W latach 90. syn państwa Cichewiczów namówił ich do otwarcia pizzerii.

— To był krok w dobrym kierunku. Znów udało nam się trafić w oczekiwania ludzi — cieszy się współwłaścicielka piekarni.

W krótkim czasie powstały w Nysie kolejne trzy pizzerie Grześ. Największym powodzeniem cieszą się w weekendy. W targowe wtorki i piątki dominują Czesi, którzy przyjeżdżają do Nysy na zakupy.

— Mamy swój przepis na ciasto. Cienkie jest zbyt suche. Przy grubym mogą się zafałszować proporcje między ciastem a dodatkami. Najlepsze jest średnie — przekonuje Zofia Cichewicz.

Nie chce zdradzać szczegółów, bo własny przepis to karta przetargowa w walce o klienta.

— Co miesiąc otwiera się tu nowe miejsce, w którym można zjeść ciepły posiłek. Cieszymy się, gdy klienci wracają do nas — mówi pani Zofia.

Sama czasem stołuje się we własnej restauracji. Jej otwarcie było starannie zaplanowane, lokal długo wybierany.

— Miejsce ma podstawowe znaczenie. Ale równie ważne było sprowadzenie znakomitego czeskiego kucharza. W tej chwili postawiliśmy na dwóch miejscowych mistrzów patelni. Dopiero co sprawdzali się przy pieczeniu świni — opowiada Zofia Cichewicz.

Tylko kwiaty pachną piękniej

Wokół piekarni rusztowania, słychać monotonną melodię betoniarki. Trwa rozbudowa wiaty załadunkowej dla samochodów dostawczych.

— Chcemy, by warunki atmosferyczne nie przeszkadzały przy przenoszeniu pieczywa do aut. Sprawniejsze umieszczanie koszy skróci czas między wyjęciem pieczywa z pieca a wyjazdem — tłumaczy współwłaścicielka przedsiębiorstwa.

Jeszcze przed majem 2004 roku firma musiała dostosować zaplecza placówek do wymogów UE. Nie udało się uzyskać dotacji, pomogły pożyczki z banku.

— Należało poszerzyć stanowiska pracy, przygotować pomieszczenia socjalne. Tu, przy piekarni, trzeba było postawić dobudówkę. Z tyłu osobne magazyny na pieczywo i mąkę — pokazuje Zofia Cichewicz.

W sześć miesięcy powstała nowa część biurowa, zatrudnienie zwiększyło się do 120 osób. W 2005 roku firma osiągnęła obrót w wysokości prawie 8 mln zł.

— Przy takim zatrudnieniu przedsiębiorstwa budowlane mają czterokrotnie wyższe obroty. Ale dla mnie najważniejsze jest to, że cała rodzina ma tu pracę. Domeną syna są pizzerie, córki zajmują się nadzorem technologii produkcji wypieków, księgowością i zarządzaniem restauracją — wylicza Zofia Cichewicz.

Mogliby z mężem sprzedać przedsiębiorstwo, ale rosną wnuki, a w rejonie nyskim bezrobocie wynosi około 25 proc. Piekarnia to niezbyt dochodowy interes, ale pewny, bo przyzwyczajenie do chleba w Polsce nie ma sobie równych. Wspólne prowadzenie firmy zajmuje pani Zofii sporo czasu, każdą wolną chwilę spędza wśród kwiatów.

— Tylko one potrafią pachnieć piękniej od chleba — żartuje Zofia Cichewicz.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Adrian Chimiak

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu