Chmury bessy nad Wall Street

  • Jagoda Fryc
11-02-2016, 22:00

Gospodarkę USA przygniata tania ropa, Fed ma schizofrenię, a na giełdzie leje się krew, czyli… dopóki nie ma recesji, można spać spokojnie

Od początku roku główny indeks nowojorskiej giełdy zanurkował o ponad 9 proc. i jest na najniższym poziomie od dwóch lat. Jeszcze trzy tygodnie temu można było marzyć o powrocie dobrej passy — dziś raczej nikt nie ma złudzeń. Nad Wall Street wiszą chmury bessy, a w takim otoczeniu jedyne, nad czym można się zastanawiać, to jak długi i głęboki będzie krach. Eksperci uspokajają jednak, że dopóki nie ma twardego potwierdzenia, że gospodarka USA jest w recesji, inwestorzy mogą liczyć na względnie spokojny sen.

Gospodarczy hamulec

Źródeł zniżek za oceanem upatrywać należy w tracącej impet machinie gospodarczej USA. Marcin Chadaj z AgioFunds TFI przypomina, że gdy w grudniu ubiegłego roku Fed podnosił stopy procentowe i kreślił scenariusz dalszego wzrostu w 2016 r., było jasne, że towarzyszy temu optymizm w kwestii kondycji i perspektyw amerykańskiej gospodarki. Dane makro go jednak nie uzasadniły. Ujemna dynamika produkcji przemysłowej mogłaby wręcz sygnalizować nadciągającą recesję.

— Wszelkie wątpliwości rozwiały dane o dynamice PKB za czwarty kwartał oraz ostatnie informacje z rynku pracy. Co prawda, stopa bezrobocia obniżyła się do 4,9 proc., jednak liczba nowych miejsc pracy zdecydowanie rozczarowała. Trudno przypuszczać, że Fed aż tak bardzo mylił się w swoich prognozach. Można więc podejrzewać, że podwyższając w grudniu stopy, po części dbał o swoją wiarygodność, a głównie przygotowywał grunt do łagodzenia polityki w niepewnej przyszłości. Teraz się to przydało, bo zamiast obniżania stóp wystarczy przesunąć oczekiwania w kwestii tempa ich podwyższania, by osiągnąć podobny efekt — uważa Marcin Chadaj.

Jarosław Niedzielewski, dyrektor departamentu inwestycji w Investors TFI, problemy USA przypisuje ropie naftowej. Przypomina, że o ile cena 50-60 USD za baryłkę sprawiała, że sytuacja była trudna, ale powodowała „tylko” obniżkę zyskowności firm, o tyle obecna dla wielu spółek oznacza bankructwo. Związana z ropą gałąź amerykańskiej gospodarki odpowiada za kilkanaście procent produkcji przemysłowej i wywiera istotny wpływ na kilka innych segmentów, jak np. transport. Przy dalszej przecenie czarnego złota trudno snuć optymistyczne prognozy.

Krach szybki i głęboki

Na szczęście przed bolesną recesją gospodarkę USA wciąż broni silny konsument. Co prawda, zniżkująca tendencja w sektorze usług zaczęła niepokoić, ale nie ma jeszcze powodów, aby podnosić larum. Wyniki spółek również nie wyglądają tragicznie, dlatego niektórzy eksperci pozwalają sobie na szczyptę optymizmu.

— Jeśli przyjrzymy się bliżej strukturze wyników za czwarty kwartał wypracowanych w dużych koncernach, działających na całym świecie w różnych sektorach, m.in. takich jak elementy przemysłowe, produkcja samochodów, turystyka czy transport, zauważymy wzrost zysków i zamówień. Ponadto gospodarka amerykańska jest stosunkowo odporna na czynniki zewnętrzne, ponieważ jest napędzana przez konsumpcję wewnętrzną, więc obecne zniżki mogą być tylko głębszą korektą w hossie — pociesza Marcin Bogusz, analityk HFT Brokers.

Jarosław Niedzielewski prognozuje natomiast, że skala tąpnięcia powinna być znacznie większa od zasięgu zniżek, które występowały w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy [październik 2014 r., sierpień 2015 r. — red.]. Oznacza to, że dołek takiego krachu może zostać osiągnięty jeszcze w pierwszym kwartale tego roku, a jego poziom wyniesie około 1600 pkt. na indeksie S&P500, czyli będzie bliski rynkowym szczytom z lat 2000 i 2007. W takim scenariuszu istnieje szansa na odrobienie dużej części strat jeszcze w 2016 r. Specjalista z Investors TFI przypomina, że tak właśnie było w przypadku krachów z 2011 i 1966 r. Jest to jednak wersja optymistyczna, bo nie zakłada spadku zysków spółek.

— Czwarty kwartał nie był zły, bo po wyłączeniu spółek z sektora energetycznego (łupkowego) EPS dla indeksu S&P500 nawet rośnie o ponad 2 proc. względem poprzedniego roku. Problem w tym, że jeszcze dwa miesiące temu liczono na poprawę wyników w branży wydobywczej, ale przy tak niskich cenach ropy będzie to niemożliwe. W rezultacie być może pomimo stabilizacji wzrostu PKB na przyzwoitym poziomie w 2016 r., czyli przy założeniu braku recesji w USA, wskaźnik EPS dla całego indeksu S&P500 znowu — co najwyżej — osiągnie ten sam poziom co w ubiegłym roku. W takich warunkach trudno jest liczyć na zyski z rynku akcji — dodaje Jarosław Niedzielewski.

Zarabiaj na krótko

W takim scenariuszu strategia „kup i trzymaj” w najbliższym czasie nie przyniesie zysków. Warren Buffett mawiał jednak, żeby „na rynkowe zmiany patrzeć jak na przyjaciela, a nie wroga. Korzystać z szaleństwa, ale nie brać w nim udziału”. Okazuje się, że na krajowym rynku dostępne są instrumenty, które na spadkach w USA pozwalają zarabiać. Należą do nich np. zagraniczne fundusze ETF, grające na krótko, oferowane przez brokerów, np. Dif Broker lub DM BOŚ. Ich zaletą są niskie opłaty za zarządzanie, ale aby w nie zainwestować, należy założyć rachunek maklerski i dysponować kwotą rzędu kilkunastu tysięcy złotych. W październiku ubiegłego roku HFT Broker we współpracy z Copernicus Capital TFI utworzył fundusz HFT Akcji Amerykańskich FIZ, który choć nie wykorzystuje krótkiej sprzedaży ani instrumentów pochodnych, to jednak ma przynosić zysk w każdych warunkach. Absolutna stopa zwrotu jest możliwa dzięki zastosowaniu tzw. aktywnej alokacji. Tegoroczne wyniki dowodzą, że strategia działa. Podczas gdy klasyczne fundusze tracą od 8 nawet do 24 proc., HFT Akcji Amerykańskich zyskuje 0,1 proc.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jagoda Fryc

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Chmury bessy nad Wall Street