Ciemniejsza strona bentleya

opublikowano: 28-03-2017, 22:00

Jak stracić hamulce, a nie stracić kapitału? Trzeba wyjść poza schemat — rekordy za czerwone porsche i stare bugatti to sztampa

Amelia to imię kojarzone zwykle z trochę zmieszaną paryżanką, ale na rynku kolekcjonerskich samochodów nie ma w nim nic z uroczej nieśmiałości, bo oznacza po prostu interesy. Amelia Island to właśnie to miejsce na Florydzie, w którym obywają się jedne z najważniejszych branżowych aukcji — ostatnią zorganizowano w marcu, zapełniając katalog wszystkim, co mogłoby się tylko przyśnić Kowalskiemu z pustym garażem.

Według indeksu Knight Frank, wartość kolekcjonerskich samochodów wzrosła 467 proc. w 10 lat. Na bugatti 57S z 1937 r. (fot. powyżej) wydać trzeba jednak 7,7 mln USD, a bentleya starczy 11,5 tys. USD, o ile mowa o zabawce na pedały.
Wyświetl galerię [1/2]

ZWROT 400 PROC.:

Według indeksu Knight Frank, wartość kolekcjonerskich samochodów wzrosła 467 proc. w 10 lat. Na bugatti 57S z 1937 r. (fot. powyżej) wydać trzeba jednak 7,7 mln USD, a bentleya starczy 11,5 tys. USD, o ile mowa o zabawce na pedały. SOTHEBY’S

Najwyższą cenę osiągnęło — bez niespodzianki — wyjątkowo rzadkie przedwojenne bugatti, a najniższe stawki padały za auta bardziej popularne albo nawet zabawki. Żeby nie odnieść wrażenia, że rynek jest nużąco przewidywalny, można przyjrzeć się wynikom w trzech kategoriach: wersja z najwyższym progiem wejścia, opcja dla oszczędnych i „ciemniejsza strona” dla tych, którzy wolą ryzyko inwestycyjne od ryzyka zanudzenia się na śmierć.

Era retuszera

Najwyżej poprzeczkę na marcowej licytacji eksperci zawiesili co prawda nie bugatti, tylko perfekcyjnie czerwonemu i doskonale odnowionemu ferrari z 1961 r., któremu jednak nie udało się osiągnąć spodziewanej stawki dochodzącej do 10 mln USD (39,9 mln zł). Lista odznaczeń, które zdobyło na najróżniejszych prestiżowych wystawach, miała coś z rodowodów rasowych psów, bo również tym razem międzynarodowe pokazy i tzw. konkursy elegancji w prostym rachunku przekładają się na wyższą rynkową wartość. Skoro zwycięzcy jednego z tegorocznych Concours d’Elegance — czyli samochodowych przeglądów — nie udało się pobić rekordu, zadanie spełnił kabriolet Bugatti, sprzedany za 7,7 mln USD (30,7 mln zł).

W przeciwieństwie do ferrari, nie był restaurowany i mimo że opuścił fabrykę w 1937 r., miał tylko sześciu właścicieli, jak wskazuje dołączony do niego komplet dokumentów. Kabrioletów w typie 57S, z karoserią z paryskiego warsztatu Vanvoorena, nie zachowało się prawdopodobnie więcej niż trzy — podaje organizator aukcji, RM Sotheby’s — a w obiegu model nie pojawiał się od 22 lat. Pytanie wobec tego, czemu nikomu nie przyszło do głowy, żeby o rzadki okaz jakoś wyjątkowo zadbać i tak go odrestaurować, żeby lśnił jak nowy albo przynajmniej jak niesprzedane wypolerowane ferrari.

Jak podaje „The Economist”, leniwe podejście zaczęło ostatnio sprzyjać inwestorowi, bo wyniki paryskiej aukcji z lutego pokazały, że modele kwalifikujące się właściwie na złomowisko potrafią osiągać wyższe ceny niż starannie odnowione odpowiedniki. Jako przykład warto podać volkswagena beetle z 1952 r., którego sprzedano za 52 tys. EUR (224 tys. zł), chociaż wcześniej odkryto go w takim stanie, że w środku znalazły się nawet drewniane narty, które przeleżały w rdzewiejącym aucie 50 lat. Od 1938 r. do 2003 r. takich volkswagenów wyprodukowano w dodatku ponad 21 mln — rdza udowodniła więc, że w działaniu na cenę jest silniejsza niż podaż.

Na co wydasz 500+

Żeby wydać na Amelia Island jak najmniej i jednocześnie mieć czym jechać, trzeba uważać na katalogowe zdjęcia, bo tym razem nie chodzi już o rdzę, ale o rozmiar. Samochód, który kosztował najmniej, bo 11,5 tys. USD (46 tys. zł), na fotografii i w większej części opisów mógłby się aż tak nie rzucać w oczy — wyglądał jak bentley, w zielonym lakierze przypisywanym brytyjskim samochodom rajdowym.

Na zdjęciu nie widać w końcu, że jego światła są na baterie, a długość wynosi niecałe 1,5 m, bo mowa o modelu na pedały, a więc drogiej i kolekcjonerskiej, ale wciąż zabawce dla dzieci. Dorzucając około 1 tys. USD (4 tys. zł), inwestor mógłby przy tym zdobyć taką dla dorosłych — jeszcze mniejszą, bo długości 53 cm, z limitowanej edycji 40 egzemplarzy.

Wart więcej niż niejedno dobrej klasy dzieło polskiej sztuki, kolorowo pomalowany odlew z brązu uwiecznia parę znanych rajdowców w legendarnym modelu Ferrari 340/375 MM, podczas wyścigu w Meksyku. Gdyby figurka została słusznie uznana za półśrodek, do 20 tys. USD (80 tys. zł) można było wylicytować również prawdziwy samochód, i to w dodatku porsche. Model 924 S to nowsza wersja 924, który uratował firmę od finansowego upadku, mimo surowych krytyków wytykających mu słabość silnika. Wyprodukowany w 1987 r., z automatycznie opuszczanymi szybami i klimatyzacją, bez wzmianek o starych nartach ani o karoserii, która nadawałaby się na śmietnik.

Garaż ekscentryka

W czasach, kiedy władcy nie mieli pewności, jak wyglądały obce kontynenty, uznanie budziły tzw. gabinety osobliwości, w których gromadzono najróżniejsze zdobycze naukowców i podróżników, dzieła sztuki, a także dziwactwa, czyli kurioza. Na marcowej aukcji RM Sotheby’s rzeczywiście można było znaleźć parę przykładów z tej kategorii, przy czym wszystkie odstawały powierzchownie — nietypowym wyglądem.

Jako pierwszy z garażu kuriozów wyjechałby niebiesko-żółty bolid z lat 60., zaraz za nim samochód tak wczesny, że przypominający trochę dorożkę, a za nimi jeszcze Meyers Manx do jeżdżenia po trawie czy plaży. Spodziewane ceny dwóch pierwszych dochodziły do 400 tys. USD (1,6 mln zł) i 350 tys. USD (1,4 mln zł), więc od razu można przypuszczać, że ich wartość kolekcjonerska jest duża.

Gorzej może być z płynnością rynku, czyli z możliwościami przyszłej odsprzedaży, bo zarówno AAR Eagle USAC Indianapolis — czyli amerykańska seria dla zespołu wyścigowego Formuły 1 — jak studebaker z 1906 r. mogą mieć mniej amatorów niż sztampowe czerwone porsche. Dobrym interesem może się natomiast okazać turystyczny pojazd bez dachu Meyers Manx, który wylicytowano do prawie 70 tys. USD (279 tys. zł).

Chociaż nie najeździł się za ostro po autostradach, pochodzi z 1963 r., więc poprzedni właściciel postanowił go kilka lat temu odrestaurować. Wydał 44 tys. USD (176 tys. zł), a to więcej niż połowa rynkowej wartości, dlatego idealnie nadaje się na studium kuriozalnego przypadku: czy gdyby nie wydawał pieniędzy w warsztacie i wstawił samochód do szopy, żeby przyrdzewiał jeszcze mocniej, byłby bardziej przedsiębiorczy czy tylko niezrównoważony?

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Weronika Kosmala

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu