Co czeka rynki finansowe po referendum - analiza

03-06-2003, 14:16

(ISB) - W najbliższy weekend Polacy mogą zdecydować, czy Polska wejdzie do Unii Europejskiej (UE) z dniem 1 maja 2004 roku na warunkach wynegocjonowanych w Kopenhadze, pod warunkiem, że 50% uprawnionych pójdzie do urn. Jeśli tak się nie stanie, o podpisaniu traktatu akcesyjnego zadecyduje parlament. Rezultat tego referendum w każdym przypadku będzie miał olbrzymi wpływ na rynki finansowe.

Wynik referendum akcesyjnego wydaje się być przesądzony, problemem może być właśnie frekwencja. Jeżeli nie przekroczy ona 50%, wówczas obie izby parlamentu, zdominowanego przez zwolenników integracji z UE, podejmą decyzję, czy upoważnić prezydenta do ratyfikacji traktatu akcesyjnego. I mimo, że ścieżka wejścia Polski do Unii Europejskiej nie ulegnie w takim przypadku zmianie, rynki podejdą do takiego wyniku nieufnie.

Sondaże pokazują, że około 70% Polaków zagłosuje za integracją, a frekwencja może przekroczyć 60%.

NISKA FREKWENCJA TO NIEPEWNOŚĆ NA RYNKACH, ALE GŁÓWNIE O BUDŻET 2004

Gdy frekwencja w referendum nie przekroczy 50%, co w świetle danych historycznych wydaje się prawdopodobne, rynki mogą zareagować bardzo nerwowo, ale głównie nie z obawy o przyszłość Polski w UE, ale raczej z powodu dalszego pogłębienia się zamieszania na scenie politycznej.

W najnowszej historii Polski żadne referendum nie uzyskało 50% frekwencji. W ogłoszonym przez Prezydenta Lecha Wałęsie tzw. "referendum uwłaszczeniowym" frekwencja nie przekroczyła 40%. W referendum w sprawie nowej konstytucji, pomimo dużej akcji promocyjnej, frekwencja przekroczyła 40%, ale nie doszła do 50%.

Obecnie sondaże pokazują, że frekwencja w referendum przekroczy 60%, ale zwykle wynik pokazywany przez nie jest o kilkanaście punktów zawyżony w porównaniu z późniejszym rzeczywistym rezultatem. Nie wiadomo, jaki wpływ na frekwencje będzie miał apel Kościoła katolickiego o uczestnictwo w głosowaniu.

"Rynek dyskontuje najbardziej optymistyczny scenariusz, czyli większość na tak przy frekwencji powyżej 50%. Jednak nie wydaje mi się, aby ze względu na obawy rynkowe związane ze ścieżką dojścia Polski do UE, rynek wpadł w jakąś panikę, gdyby frekwencja była poniżej 50%" - powiedział Łukasz Tarnawa, główny ekonomisty banku PKO BP.

"W takim przypadku zobaczylibyśmy spadek o około 10 pb na całej długości na obligacjach i osłabienie się złotego w okolicach 5 groszy do euro i dolara, ale byłby to tylko impuls w poniedziałek i wtorek, do czasu, gdy spotka się Zgromadzenie Narodowe" – powiedział Tarnawa.

"Gdyby frekwencja była niższa niż 50%, reakcja byłaby bardzo negatywna i głęboka. Z pewnością stracilibyśmy 20 punktów bazowych na rentownościach. To byłby bardzo negatywny sygnał, bylibyśmy pierwszym krajem kandydującym, w którym referendum okazałoby się nieważne" – uważa natomiast Tomasz Zdyb, analityk Banku Pekao SA.

Dotychczas referendum akcesyjne odbyło się na Malcie, Słowenii, na Węgrzech, Litwie i Słowacji i wszędzie było wiążące, a mieszkańcy tych krajów opowiedzieli się za integracją.

"Na rynku walutowym w takim przypadku od razu i wylądowaliśmy byśmy w okolicach zera, albo po drugiej stronie parytetu" – dodał Zdyb.

Na otwarciu sesji walutowej we wtorek dolar kosztował 3,8000 zł, a euro - 4,4600 zł. Półtorej godziny później za dolara płacono już 3,7730 zł, a za euro - 4,4250 zł. Odchylenie od starego parytetu wynosiło na otwarciu 2,70%, a wkrótce później już 3,20% (parytet liczony jako 45% euro, 55% dolar).

Zdaniem Tarnawy obecnie jest niewielka zależność między kursem złotego, a poziomem rentowności, gdyż na kurs w większym stopniu wpływa ryzyko polityczne i dlatego podlega on obecnie większym wahaniom.

Trybunał Konstytucyjny (TK) orzekł w ub. tygodniu, że jeżeli w referendum akcesyjnym do UE frekwencja okaże się niższa niż 50%, decyzję o przystąpieniu Polski do wspólnoty europejskiej będzie mógł podjąć parlament, a wynik referendum będzie miał charakter tylko doradczy. Analitycy szacują, że Zgromadzenie Narodowe podjęłoby decyzję o upoważnieniu prezydenta do ratyfikowania traktatu akcesyjnego bardzo szybko, prawdopodobnie wkrótce po ogłoszeniu oficjalnych wyników, aby nie przeciągać okresu niepewności.

Niska frekwencja to jednak nie tylko prawdopodobnie krótkotrwała i nerwowa korekta na rynkach finansowych, ale przede wszystkim pogłębienie się niepewności politycznej i co kształtu przyszłorocznego budżetu.

"Gdybyśmy mieli niską frekwencję i zbliżony poziom głosów 'za' i 'przeciw', to ośrodki dążące w SLD do szybkich i głębokich zmian uzyskałyby mocniejszą siłę argumentacji i to miało wpływ na przyszłość rządu Leszka Millera, a nie na perspektywę wejścia Polski do UE. (...) Rynek będzie jednak antycypował, że to będzie miało negatywny wpływ także na niego" – powiedział Tarnowa.

W takim przypadku praktycznie przesądzony jest upadek rządu Millera, którego cała strategia w ostatnim czasie oparta była na przetrwaniu do referendum w oczekiwaniu, że jego wynik wzmocni rząd, uważają komentatorzy polityczni. Upadek tego rządu, jak z resztą każdego, spowodowałby oczywiście niepokój na rynkach i deprecjację złotego, a przede wszystkim duży deficyt w finansach publicznych i otworzyłby wielość nowych scenariuszy rozwoju sytuacji.

DOBRY WYNIK W REFERENDUM TO SZANSA DLA MILLERA

Dobry wynik referendum jest zdyskontowany przez rynki, jednak w i tym przypadku mogą one lekko zareagować, tym razem pozytywnie. Jest to też szansa dla rządu Leszka Millera na wzmocnienie szyków, ale nie wiadomo, czy także na rzecz niezbędnej reformy finansowej. Jednak nawet ten najlepszy z punktu widzenia rządu wynik nie oznacza, że Leszek Miller zachowa stanowisko premiera.

"Na kurs złotego będą wpływały dwie przeciwstawne grupy czynników. Z jednej strony pozytywnie rozstrzygnięte referendum przesądzające o wejściu Polski do UE, z drugiej grupy czynników politycznych, które będą złotego osłabiały. (...) Rynki finansowe będą w takim przypadku kreowane głównie przez bieżącą grę polityczną" – powiedział ISB Bogusław Grabowski, członek Rady Polityki Pieniężnej (RPP).

W krótkim terminie jednak złoty może się trochę wzmocnić, a rentowności obligacji spaść.

"W takim przypadku aprecjacja złotego krótkoterminowo jest możliwa w ciągu paru pierwszych dni po referendum. Wątpię, czy to samo zdarzyłoby się na papierach skarbowych. Może parę punktów po tych ostatnich spadkach mogłyby one odrobić, a rentowności znowu mogłyby spaść do minimum" – powiedział Tarnawa.

"Jeżeli frekwencja będzie powyżej 50% i oczywiście na ‘tak’ to reakcja może być pozytywna, gdyż część osób jest niepewnych co do wyniku referendum. Ale zaraz potem wyjdą nasze problemy lokalne, czyli kwestia nowego rządu, kwestia reformy finansów publicznych, budżetu na 2004 rok i te wszystkie sprawy pojawią się praktycznie od razu, gdyż teraz są wyciszane" – dodał Zdyb.

Taki wynik oznaczałby także szansę dla rządów Millera, ale również wybuch wszystkich tłumionych sporów politycznych. A w takiej atmosferze trudno będzie o reformy finansowe, co odbije się także rynkach finansowych. W dłuższej perspektywie będą one czekały głównie na projekt budżetu na 2004 rok.

"Możliwe będą krótkie, gwałtowne, nerwowe ruchy w jedną i w drugą stronę. Ale trudno powiedzieć, czy będą one ze skłonnością do umocnienia się, czy też osłabienia złotego. Ostatecznie to nie czerwiec będzie determinował kształtowanie się sytuacji na rynkach finansowych bo nie wiadomo co się w czerwcu. Ciężkość się przesunie na jesień, która będzie okresem kluczowym" – powiedział Łukasz Antczak, analityk Centrum Analiz Społeczno-Ekonomicznych (CASE).

"Mam takie obawy, że rynek powinien zacząć dyskontować niewielki zmiany, raczej wysoki deficyt w przyszłym roku, wynikające z tego, że te 9 mld zł trzeba będzie doliczyć do z górką 40 mld zł" – powiedział Tarnawa. Minister finansów Grzegorz Kołodko zamierza bowiem wpisać 9 mld zł z tytułu rozwiązania rezerwy rewaluacyjnej do dochodów budżetu 2004, na co nie zgadza się bank centralny.

Zdaniem ekonomistów BRE Banku możliwe są trzy scenariusze rozwoju po referendum: oportunistyczny - zakładający deficyt na poziomie 55-57 mld zł w przyszłym roku. Scenariusz rewolucyjny zakłada zmianę premiera, która także po wygranym referendum wydaje się dość prawdopodobna. Trzecia wersja kreowania rzeczywistości zakłada 40 mld zł deficytu, ale m.in. rozwiązanie rezerwy rewaluacyjnej.

JEŻELI POWIEMY 'NIE', CZYLI CZARNY SEN EKONOMISTY

Na rynkach finansowych nikt nie wierzy i nie chce wierzyć, że większość Polaków powiedzą ‘nie’ dla integracji (przy ponad 50-procentowej frekwencji), gdyż oznaczałoby to silny kryzys walutowy i wycofanie się dużej części inwestorów zagranicznych z rynku. Przez lata bowiem inwestorzy dyskontowali fakt wejścia Polski do UE, a skutki takiego kryzysu trudno ocenić. W świetle sondaży nie ma też takiej potrzeby. Warto jednak zwrócić uwagę, jak dużo środków, które można natychmiast wycofać, zainwestowali w Polsce nierezydenci.

"W tej chwili poziom gorącego kapitału, czyli portfelowego i krótkoterminowego zapadającego do roku plus bardzo płynnych obligacji skarbowych i korporacyjnych znajdujących u inwestorów zagranicznych to jest około 30 mld USD, czyli nieznacznie poniżej obecnego poziomu rezerw dewizowych. Kredyt walutowy to drugie tyle, które podczas ataku spekulacyjnego może być przewalutowywane, tworząc presje na walutę"- oszacował ekonomista PKO BP. (ISB)

Przemysław Kuk

Współpraca: Karolina Słowikowska

pk/tom

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Świat / Co czeka rynki finansowe po referendum - analiza