Szarlatan i nieuk psuje opinię branży

opublikowano: 23-10-2016, 22:00

Jeśli trener nie umie połączyć życiowego doświadczenia z potwierdzoną naukowo wiedzą, trzymaj się od niego z daleka

Weźmy na tapetę wizualizację — chodzi o to, aby wyobrazić sobie jakieś zdarzenie, by stało się bardziej prawdopodobne w naszym życiu. Przykład: jeśli oczami duszy zobaczymy, że mieszkamy w rezydencji z basenem, wkrótce na naszym koncie pojawią się miliony i kupimy sobie taką nieruchomość. Albo: trzeba wystarczająco mocno pragnąć prezesury, by niebawem zdobyć tę funkcję. Takie bzdury próbują nam wmówić niektórzy trenerzy biznesu i autorzy poradników w stylu „Od zera do bohatera w sześć dni — bo w niedziele bogowie nie pracują!”. Kto chce, niech wierzy! Głupot, które opanowały świat szkoleniowy, jest znacznie więcej. Pozytywne myślenie. Afirmacje, czyli powtarzanie sobie budujących mantr w rodzaju: „Jestem wspaniały, nikt mi się nie oprze!”. Medytacja transcendentalna. NLP. Świadoma obecność, polegająca na pełnej koncentracji, byciu tu i teraz, co rzekomo rozwija nasze zdolności poznawcze. Wszystkie te polane pseudopsychologicznym sosem teorie i praktyki stały się modne w Polsce na początku lat 90. — wraz z pojawieniem się na naszym rynku książek, kaset i kursów z rozwoju osobistego, codziennego paliwa każdego szanującego się pracownika korporacji.

Szaleńcy z Ameryki rodem

Doktor Marek Suchar, socjolog, szef firmy rekrutacyjnyej IPK, prowadził kiedyś rozmowy kwalifikacyjne z Amerykanami (zlecenie dostał od działającego w Polsce koncernu z USA). Zaskoczył go sztuczny entuzjazm tych ludzi, ich odgrywany tupet, pewność siebie granicząca z arogancją i narcyzmem. Przez moment miał wrażenie, że to osoby niezrównoważone psychiczne. Ale nie. Byli to zwyczajni specjaliści i menedżerowie. Tyle że przeszli pranie mózgów urządzone przez tzw. przemysł motywacyjny.

— Przypuszczam, że to ekstremalny przykład tego, jak pod wpływem różnych guru zarządzania, asertywności czy kreowania marki osobistej można dojść do śmieszności. Naczytali się książek o budzeniu w sobie olbrzyma, a teraz bezrefleksyjne stosują zawarte w nich wskazówki. Niech jednak pozbędą się złudzeń: taka literatura w najlepszym razie nic nie daje, w najgorszym — szkodzi — twierdzi dr Marek Suchar. Wizualizacja to ściema? Nie do końca! Technika ta nie działa, jeśli koncentrujemy się na wyniku — awansie, bogactwie, miłosnym podboju. Działa, gdy skupiamy się na procesie dochodzenia do celu. Potwierdziły to badania Shelley Taylor i Lien Pham, które przyglądały się studentom w czasie sesji. Część uczestników eksperymentu miała wyobrażać sobie trudne kroki prowadzące do celu, czyli zdania wszystkich egzaminów. Pozostałym kazano stworzyć wizję sukcesu — moment zaliczenia semestru. Co się okazało? Ci, którzy myśleli o procesie, częściej zaglądali do podręczników, skryptów i notatek. Natomiast osoby, które wyobrażały sobie, jak opijają zdaną sesję, zamiast przyłożyć się do nauki, trwoniły czas na imprezy i inne akademickie rozrywki. Niektóre powinny wylecieć ze studiów.

Nie jesteś bogiem

Branża samorozwoju głosi, że wszystko zależy tylko — lub głównie — od naszej motywacji i zaangażowania. „Sky is the limit!” — mawiają trenerzy. Tymczasem życie to umiejętność społeczna. To, co nas spotyka: porażki i sukcesy, jest wynikiem działań podejmowanych zarówno przez nas samych, jak i przez inne osoby, zespoły czy grupy. Przypomina to sporty zespołowe, np. piłkę nożną.

— Stawiajmy sobie ambitne cele, ale pod warunkiem, że tylko nieznacznie przekraczają nasze dotychczasowe osiągnięcia, są realistyczne i wspierane przez innych. Nawet Robert Lewandowski nic by nie wskórał, gdyby jego koledzy z reprezentacji nie grali pod niego — obrazowo wyjaśnia szkoleniowiec Mirosław Słowikowski. Przekonuje, że reputację jego branży psują nie tylko szarlatani. Równie nieskuteczni i niewiarygodni są trenerzy, których kompetencji nie zweryfikowało doświadczenie — życiowe i zawodowe. Nie wystarczy skończyć kurs trenerski, aby być autorytetem i przekonywać do czegoś innych.

— Odbyłem setki spotkań z pracownikami działów HR wielkich, międzynarodowych korporacji. Niemal w każdej rozmowie pojawiał się zarzut dotyczący szablonowościprogramów przeniesionych żywcem z innych kultur pracy. Większość metod, teorii i nowinek szkoleniowych pochodzi z Ameryki, a przecież Polaków bardzo wiele od Amerykanów różni — argumentuje Mirosław Słowikowski.

Przyczynę kłopotów z jakością szkoleń upatruje w pochodzeniu ludzi, którzy je prowadzą — wielu skończyło psychologię i bez otrzaskania się w biznesie zaczęło wcielać się w trenerów i coachów. Mogą zacytować Billa Gatesa, podać wyniki badań dotyczących zarządzania. Jeśli mówią o rozwoju, a sami rozwijać się nie chcą, niczego więcej po nich nie można się spodziewać.

Droga na skróty

Wielu trenerów chętnie idzie na skróty w jeszcze innej sferze — mierzenia efektywności szkoleń. Psycholog Tomasz Witkowski za wzór stawia Roberta Cialdiniego, chyba najbardziej znanego eksperta od perswazji.

— Cialdini najpierw obserwuje — dajmy na to — sprzedawców. Potem wysuwa hipotezy — co powinni zrobić, by zwiększyć sprzedaż. Kolejny etap to eksperyment, polegający na wypróbowaniu hipotez. Cały ten proces jest zgodny z naukowym, rzetelnym podejściem do tematu — opisuje Tomasz Witkowski. Tymczasem dla wielu trenerów jedyną oceną ich pracy jest reakcja uczestników „na gorąco”, tuż po zakończeniu programu. Jasne, że wtedy wypowiedzi są zabarwione emocjami. Spory wpływ na nie mają też pozostali członkowie grupy: jeśli wszyscy chwalą, czy można wyrazić przeciwne zdanie?

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Mirosław Konkel

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu