Coca-Cola pod flagą Hamasu

Ernest Jędrzejewski
27-04-2007, 00:00

Ostrzegali przyjaciele: polscy, izraelscy, muzułmańscy.

Nie jedź, tam porywają ludzi, strzelają. Po co do Ramallah? Tam nic nie ma — słyszałem.

Co powiem po dwóch wizytach? Niezwykłe miejsce, choć na pewno nie dla każdego. Terytoria palestyńskie nadal nie są stabilne politycznie, choć może po powołaniu Rządu Jedności Narodowej (Hamas i Organizacja Wyzwolenia Palestyny OWP) sytuacja powinna się stopniowo poprawiać. Pytanie tylko, czy wymuszony alians przetrwa dłużej...

Biblia i karabin

Dziś miasta Hebron, Nablus czy Ramallah automatycznie wiążemy z konfliktem bliskowschodnim. A przecież Zachodni Brzeg Jordanu, czyli biblijne krainy Judei i Samarii, to okolice dla wielu mityczne, kojarzone z wydarzeniami religijnymi ze Starego i Nowego Testamentu.

To nieopodal Hebronu rośnie dąb, wyznaczający miejsce, w którym wznosił się namiot Abrahama. To w Hebronie odnajdziemy meczet Ibrahima wraz z Grotą Makrela — według tradycji, miejsce pochówku Adama i Ewy, a także Abrahama. Na drodze z Jerozolimy do Jerycha — na stoku Ma’ale Adumim — napotkamy turecką budowlę z XVI stulecia, usadowioną na miejscu gospody Miłosiernego Samarytanina. Położone 250 m p.p.m. Jerycho jest zaś pierwszym miastem podbitym przez starożytnych Izraelitów po ich 40-letniej tułaczce w drodze z niewoli egipskiej (mury Jerycha runęły na dźwięk trąb żydowskich kapłanów). Oto na północ od tego starożytnego miasta wznosi się góra, na której szatan kusił Chrystusa podczas czterdziestodniowego postu (teraz zobaczymy tam XII-wieczny grecki klasztor). W okolicach Jerycha, w rzece Jordan, został ochrzczony Chrystus.

Miejsca-symbole. Najczęściej jednak na terytoriach palestyńskich turyści odwiedzają tylko Betlejem i Bazylikę Narodzenia Pańskiego, której początki sięgają IV wieku. Wedle tradycji tam, w kaplicy Groty Mlecznej, trafimy na miejsce narodzin Chrystusa.

Poza schematem

Miano stolicy Autonomii Palestyńskiej przejęło Ramallah, siedziba urzędującego prezydenta Mahmuda Abbasa oraz Palestyńskiej Rady Legislacyjnej. Do miasta dojedzie się autobusem ze Wschodniej Jerozolimy lub arabską taksówką; izraelscy taksówkarze nie mają pozwolenia na wjazd. Podróż własnym czy wynajętym samochodem (szczególnie na izraelskich rejestracjach) to nie najlepszy pomysł, bo trzeba się liczyć z ryzykiem, że w stronę auta polecą kamienie.

Wybrałem taksówkę — pełno ich we Wschodniej Jerozolimie, przy ulicy Sułtana Sulejmana. Nie jest to wprawdzie najtańszy środek komunikacji, ale na pewno najbezpieczniejszy. Jak tłumaczył mi logicznie kierowca, Ziad: „Jeśli będziesz miał problem, to i ja będę miał problem”...

Ruszyliśmy w drogę do Ramallah, kierując się z Jerozolimy w stronę Ma’ale Adumim. Po drodze, do pokonania jeden check point — silnie ufortyfikowany posterunek izraelskich wojsk. Turystom nie robią problemów. Nikt nawet nie pytał o cel przyjazdu ani nie sprawdzał paszportu. Po przekroczeniu granicy okazuje się, że negatywne wyobrażenia o Ramallah, często kształtowane przez wojenną korespondencję CNN i innych stacji, należy zrewidować. I to szybko.

Lokalne smaki

Na pierwszy punkt programu kierowca wybrał tymczasowy grobowiec Jassera Arafata, położony przy al-Mukata, w punkcie, gdzie mieściło się więzienie — za czasów, gdy Palestyną administrowali Brytyjczycy. Potem latami w tymże miejscu sytuowano główną siedzibę przywódcy Organizacji Wyzwolenia Palestyny, teraz zaś rezyduje tu prezydent Mahmud Abbas i — w koszarach — gwardia prezydencka.

Drogi do al-Mukata pilnują palestyńscy żołnierze, lecz — podobnie jak po izraelskiej stronie — nie mieliśmy żadnych problemów, by się przedostać. Po kontroli wpuszczono nas na plac, w którego centralnym punkcie robotnicy budują niewielkie mauzoleum ku czci przywódcy OWP. Żołnierze na warcie byli zaskoczeni widokiem turysty...

Spacer po barwnych ulicach Ramallah bywa emocjonujący. Nie-muzułmanin budzi zdziwienie i początkowo trudno pozbyć się mylnego wrażenia, że na każdym rogu czeka terrorysta. To poczucie mija, gdy zasiądzie się w jednej z licznych kawiarni i za kilka szekli spróbuje miejscowego specjału — knafe (rodzaj deseru z pszenicy, sera i miodu) popijanego wyśmienitą, słodką herbatą z miętą.

Niezapomniany smak ma również tutejszy kebab w barze Stars & Bucks (zbieżność nazw z popularną siecią nieprzypadkowa!), położonym przy jednym z głównych skrzyżowań miasta. Siedząc przy oknie, można palić wodną fajkę, korzystać z bezprzewodowego internetu i obserwować, jak ciężarówka Coca-Coli mija maszt z trzepoczącą flagą Hamasu. Ot, globalizacja.

Wypoczęci, możemy kontynuować spacer po mieście. Centrum wygląda jak ogromne targowisko: pełno małych sklepików z lokalnymi towarami, salonów jubilerskich i barów. Dokładnie w miejscu, które oglądamy w relacjach korespondentów wojennych…

Kawa i herbata

Na ulicach próżno szukać kobiet w burkach. Wiele niewiast nawet nie okrywa głowy zgodnie z muzułmańskim zwyczajem. Już od rana kawiarnie wypełniają się ludźmi, omawiającymi aktualne wydarzenia przy słodkiej herbacie z liśćmi świeżej mięty. Pijąc kawę w towarzystwie Palestyńczyków, trudno uwierzyć, że jesteśmy w epicentrum 60-letniego już konfliktu.

Po powrocie do Jerozolimy rozmawiałem z Omarem (22 lata), którego ojciec należy do bojówek Hamasu. Pytałem: Czy uważasz, że kiedyś wreszcie sytuacja na Zachodnim Brzegu i w Izraelu się poprawi? Kiedyś musi nastać pokój — odpowiedział.

Wiary tej nie podziela jednak wielu. Gordyjski węzeł. Ale przecież i jego udało się przeciąć, więc może nadzieja Omara nie jest taka płonna?

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Ernest Jędrzejewski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Coca-Cola pod flagą Hamasu