Czarodziejska góra zatrzymuje kolekcjonerów

Weronika A. Kosmala
14-01-2016, 22:00

Alpejskie szczyty są w zasięgu inwestorów, a szwajcarskie sanatoria poprawiają kondycję portfela. Sezon na zimowe litografie jest otwarty.

Zlodzone zbocza Matterhornu, plakaty z zimowej olimpiady czy dynamiczne ujęcia narciarzy w staromodnych kombinezonach to zaledwie kilka z wielu sposobów na zróżnicowanie portfela aktywów w zgodzie z porą roku.

Aukcyjne ceny kolekcjonerskich grafik poświęconych tym tematom zaczynają się od około 1 tys. zł, ale niektóre z nich osiągają wyniki rzędu kilkudziesięciu tysięcy dolarów — nie dotyczy to jednak masowo drukowanych współczesnych kopii, a na tych oryginalnych i tak zyskać możemy zazwyczaj tylko wtedy, kiedy podjedziemy do tematu rzeczywiście jak Hans Castorp, czyli długoterminowo.

Kombinacja alpejska

Aukcja trochę myląco nazywana przez Christie’s „The Ski Sale” organizowana jest właściwie co roku, a najbliższa odbędzie się 21 stycznia w Londynie, przy czym, wbrew tytułowi, nie będą na niej licytowane narty, tylko stosownie zimowe litografie.

Fakt, że wydarzenie jest zagraniczne, a sprzedawane będą widoki niepolskich kurortów, mógłby sugerować, że nie jest to inwestycja idealnie skrojona dla krajowego inwestora, a przy tym wymagająca zaangażowania sporego kapitału. Tym razem powierzchowna obserwacja nie jest jednak trafiona, bo pochodzące z początku XX wieku litografie reklamujące europejskie ośrodki zimowych sportów zawsze znajdują kolekcjonerów, którzy zapewniają na tym rynku stały popyt, a podaż też będzie raczej ograniczona, o ile nie damy się nabrać na dzieło z drukarki, prosto z narożnego sklepu z pamiątkami.

Kluczowa dla ceny jest więc data, ale, jak w przypadku wszystkich prac na papierze, istotne znaczenie ma też atrakcyjność tematu i stan zachowania. Pierwsze turystyczne wypady na narty przypadły na połowę XIX stulecia, a przypisywane są przedstawicielom bogatszego brytyjskiego mieszczaństwa, któremu nową i modną rozrywkę reklamować trzeba było właśnie za pośrednictwem dekoracyjnego plakatu.

Ówczesne podejście do tematu było jednak bardzo dalekie dzisiejszemu, bo niezależnie od tego, czy przyglądamy się wycenianej na kilkaset dolarów litografii z lat 50., czy takiej z lat 20. o estymacji do 20 tys. GBP, wyróżnia je niekwestionowana artystyczna wartość. Początkującemu kolekcjonerowi, poza szerokim rynkiem zbytu i stosunkowo niskim progiem cenowym, zimowa grafika oferuje dodatkowo dużą łatwość w odbiorze — jej proste symbole nie niosą żadnych zawiłych treści, a jeśli dzieło jest po prostu ładne, nie trzeba się gimnastykować, żeby doszukać się w nim czegoś głębszego.

Polskie Davos

Długi horyzont, rodem z powieści Manna, można też założyć, planując inwestycję w sanatoryjno-kurortowe grafiki z Polski. Zakopiańskie drzeworyty Władysława Skoczylasa z grubo ciosanymi sylwetkami zbójników wiążą się zwykle z wydatkiem 3-4 tys. zł za pracę o boku 30 cm, ale w związku z tym, że powiązanie Janosika z „Czarodziejską górą” jest dość luźne, warto poszukać wśród tzw. linorytów.

Drzeworyt powstaje wtedy, kiedy artysta wybiera dłutem, wzdłuż lub w poprzek słojów, fragmenty drewna, które nie będą pokryte farbą. Linoryt to natomiast odpowiednik tej techniki w linoleum, które jest łatwiejsze w obróbce i mogą się nim zajmować nawet osłabieni gruźlicy — tak jak zrobił Józef Gielniak, autor słynnego cyklu „Sanatoriów”.

Zamiast w Davos Gielniak tworzył w Bukowcu koło Kowar, ale wyceniane na 3-6 tys. zł linoryty znakomicie oddają cichy niepokojący nastrój i trochę groźne, baśniowe odrealnienie autora. Misterne, biało-czarne sanatoria Gielniaka technicznie nie są jednak tak tajemnicze jak zagraniczne plakaty z Christie’s, dlatego że prawdziwą pułapkę mogą zastawić na początkujących kolekcjonerów właśnie nierozpoznane litografie.

Kompozycja drzeworytu powstaje w drewnie, linorytu w linoleum, a w przypadku litografii w sprawę zamieszana jest już nie tylko kamienna matryca, ale na przykład terpentyna, pod wpływem której rysunek na podłożu znika i pojawia się zarys w formie bladego cienia. Technika dlatego jest zwodnicza, że po wytrawieniu odpowiednich fragmentów może imitować i szczegółowy rysunek kredką, i zamaszysty szkic, i pociągnięcie akwarelą, bo wszystko, co ma zostać odbite, wcześniej maluje się na kamieniu.

Niebezpieczeństwo, które może się z tym wiązać, polega więc na pomyłkowym wzięciu powielanego druku za odręczny rysunek czy pracę malarską — grozi jednak wyłącznie tym inwestorom, którzy albo nie czytają katalogów, albo w zamroczeniu zachwycającym alpejskim widokiem, lokują nadwyżki u takich handlarzy, którzy pośredniczą też w obrocie tyrolskimi strojami i kulami, w których Matterhorn skąpany jest w brokacie i zanurzony w wodzie. ©

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Weronika A. Kosmala

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Czarodziejska góra zatrzymuje kolekcjonerów