Czasem gwiazdy, czasem hobbyści

Robert Korzeniowski
opublikowano: 30-11-2007, 00:00

Miliony zarabiają ci, którzy w czasie ich zdobywania wcale o fortunie nie myślą. Koncentrują się na sukcesie, a nie kalkulacji stanu konta. To jedna z wersji…

W mediach widzimy zwykle triumfujących sportowców. Gwiazdy, z kontraktami sponsorskimi na miliony, z gigantycznymi sumami inkasowanymi za samo przystąpienie do startu. Ale jest i lista — niemalże — hobbystów (choćby niektórzy lekkoatleci). Dowód, że pojęcie pieniądza w sporcie bywa względne. Łatwo dostrzec dyscypliny, których uprawianie jest bardzo kosztowne, ale i takie, do których trzeba wielkich inwestycji — wymaga ich infrastruktura. Zamortyzowanie wpływami za bilety pływalni czy stadionu lekkoatletycznego wydaje się problematyczne, praktycznie niemożliwe, ale starty i treningi zawodników są relatywnie tanie. Tak powiedzieć nie mogą żeglarze, rajdowcy czy kierowcy z Formuły 1. Nie trzeba być zawodnikiem w dyscyplinie olimpijskiej, by się liczyć w finansowej elicie, na co wskazują żeglarze i samochodziarze. Piłkę nożną, to opium dla mas, trzeba oddzielić od reszty.

Mechaniczny podział na dyscypliny zawsze biedne i zawsze bogate należy jednak wsadzić między bajki. Tenis, golf? Oczywiście, Tiger Woods czy Roger Federer zarabiają krocie. Ale to sam czubek piramidy. Tysiące ludzi odbija się od drzwi, próbując przebić się do elity żyjącej z uderzania piłeczki do dołka. Jest i cała masa niedoszłych tenisistów, których nie znajdziemy w turniejowych drabinkach... Lekkoatletyka stworzyła wizerunek czempionów z wielkimi premiami, lecz startują też ci podstarzali, chcący więcej zarobić, a więc sięgający po doping. Showmani bywają dobrzy do promocji królowej sportu. Ale przy okazji, niczym czarna dziura, gwiazdy wyssały pieniądze z drugiego rzędu lekkoatletyki. Jeszcze kilkanaście lat temu zawodnik na poziomie 10. miejsca w rankingu mógł przyzwoicie żyć z biegania czy skakania. Kiedy marketing wybrał sobie pojedynczych sportowców na suto opłacane twarze reklamowe wielkich firm, resztę skazano na znacznie mniejsze stawki. Nie, lekka atletyka nie umrze, bo nadal świecą gwiazdy, czyli osobowości wzbudzające wielkie emocje. Warunek: wynik sportowy. Nie wystarczy być bowiem miłym, ładnym i wygadanym. Choć świat zna przecież wyjątki — jak np. Anna Kurnikowa: nie wygrała żadnego turnieju indywidualnego w zawodowym tenisie, a jednak zarobiła i zarabia niemało, nawet po zakończeniu kariery.

Sława, zarobki… Trzeba się poddać procesom PR-owym, mieć dobrych doradców od wizerunku. A taka Renata Mauer-Różańska, złota medalistka olimpijska nie jest przecież w żadnym razie marna. Jest wręcz idealnym „surowcem” na gwiazdę. Ma osiągnięcia, miała wizerunek ciepłej, miłej kobiety. Wygrała plebiscyt „Przeglądu Sportowego” na najpopularniejszego sportowca. I po chwili zrobiło się o niej cicho. Jakby przepadła... Może za bardzo uwierzyła w siłę samych medali, a nie we współpracę z mediami? Doradcy medialni ciągną gwiazdę przez gazety i telewizje, temat żyje — istnieje więc większa szansa na pozyskanie sponsorów, partnerów biznesowych. Nikt tu jednak prezentów nie będzie robił i trzeba na to zapracować. Taki Mateusz Kusznierewicz: utrwalił się ludziom z medalem, konsekwentnie zyskiwał partnerów. Teraz umiejętnie dozuje swą obecność w mediach. Choć próżno żeglarstwa szukać po telewizjach, to jednak jego osoba „trwa w obiegu”.

Strzelectwa też nie ma w telewizji, no i „nie ma” Mauer-Różańskiej. Chód sportowy również nie jest zbyt pasjonujący. Po zawodach, ledwo stojąc na nogach, pracowałem — tym razem z dziennikarzami, udzielając dziesiątek wywiadów. To się opłaca. Budujemy układ szacunku sportowiec — media — sponsor. Nikogo nie interesują zakurzone medale bez gwiazdorskiego błysku. Czasem trzeba przepychać się łokciami, bo pierwszy szereg sportowych gwiazd nie może rozrastać się w nieskończoność. Najpierw jednak wynik.

Często miliony zarabiają ci,którzy o nich nie myślą. Rozważanie o nagrodzie za zwycięstwo przed startem niektórych paraliżuje. Innych skłania do kalkulacji, że może drugie miejsce też nie jest złe? Podziwiam Davida Beckhama, bo mimo medialnego pajacowania, nadal jest świetnym piłkarzem. No i co, że ma wizerunek malowanego playboya, lubi — kontrolowane — skandale? Marketingowo jest to superefektywne. l

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Robert Korzeniowski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu