Czasem się czuję, jakbym oglądał ministra magii

Wiktor Krzyżanowski, Lesław Kretowicz
20-01-2003, 00:00

Czasami mam wrażenie, że oto występuje minister magii, a nie minister finansów. Tak naprawdę nic się nie dzieje, a potrzebne polskiej gospodarce reformy nie tylko nie są realizowane, ale nawet nie są zamierzone — mówi profesor Jan Winiecki, prezes Towarzystwa Ekonomistów Polskich.

- „Puls Biznesu”: Rynek obiegły niedawno Pańskie krytyczne komentarze dotyczące działalności Grzegorza Kołodki, ministra finansów. Takie komentarze wpisują się w pewien dialog — z jednej strony ekonomiści krytykują resort, z drugiej ministerstwo twierdzi, że to zwykła złośliwość...

Jan Winiecki: Zaraz, zaraz, przecież nie ma dialogu między analitykami i resortem, jest raczej „dwójmonolog”. Analitycy są sceptyczni, jeśli chodzi o ministerialne prognozy wzrostu, rozpanoszony fiskalizm, a jeszcze bardziej krytyczni w ocenie perspektyw fundamentów wolności gospodarczych, które są podstawą kapitalistycznej gospodarki rynkowej. Tutaj inicjatywa ministra Kołodki w sprawie deklaracji majątkowych i abolicji podatkowej mocno wzburzyła środowisko ekonomistów. Wątpliwe było także uwarunkowanie moralno-prawne takiego pomysłu. Pomysł krytykowali nie tylko analitycy bankowi, ale także szerokie spektrum fachowców.

- „PB”: Ale wygląda jak szukanie dziury w całym. W końcu o abolicji i deklaracjach niewiele osób już dziś pamięta.

— W teorii ekonomii jest pojęcie tzw. zależności od ścieżki, którą się idzie. Jesteśmy zdeterminowani tym, co robiliśmy w przeszłości. Nieufność co do tego, czy zamiarem wicepremiera jest utrzymanie kapitalistycznej gospodarki rynkowej z jej tradycyjnymi wolnościami, nie jest przypadkowa. Już podczas poprzedniej kadencji próbował on wprowadzić coś na wzór deklaracji majątkowych, ale udało się to storpedować na znacznie wcześniejszym etapie. Obserwujemy więc tutaj konsekwencję Grzegorza Kołodki w jego podejściu antyrynkowym, antydemokratycznym i antyliberalnym. Trudno się dziwić, że środowisko ekonomistów wolnorynkowych jest nieufne.

- „PB”: Nawiązuje Pan do poprzedniej kadencji Grzegorza Kołodki. Minister też — chwali się, że wtedy zafundował nam wzrost na miarę azjatyckich tygrysów...

— To nieporozumienie. Gospodarka wtedy rosła, ponieważ przeprowadzono radykalne reformy na początku lat 90. Przeszła korekcyjny kryzys, po którym nastąpił naturalny proces odtwarzania dynamiki w warunkach rosnącej liczby prywatnych podmiotów gospodarczych. To była ścieżka, na którą gospodarka weszła w 1992 r., na długo przed objęciem przez ministra Kołodkę stanowiska. Ten wzrost gospodarczy w połowie lat 90. nabrał nawet zbyt dużego rozpędu i tutaj właśnie widzę „twórczy wkład” ministra finansów — niepotrzebnie zwiększył dynamikę wydatków publicznych włącznie z arbitralnymi umorzeniami podatków. To nadmiernie zwiększyło popyt w gospodarce. Następstwem tego była potworna dziura w handlu zagranicznym.

- „PB”: A w jaki sposób dziś można zdefiniować ścieżkę, którą kroczy Grzegorz Kołodko?

— Maksimum marketingu, minimum realnych zmian w gospodarce. Czasami mam wrażenie, że oto występuje minister magii Kornelius Knot z książek, których bohaterem jest Harry Potter, a nie minister finansów w miarę poważnego państwa. Tak naprawdę nic się nie dzieje, reformy nie tylko nie są realizowane, ale nawet nie są zamierzone. Jest okres przedreferendalny i to jest pewne wytłumaczenie, ale w finansach publicznych nic nie działo się od początku kadencji tego rządu. Potem będą wybory parlamentarne i prezydenckie, więc nie można liczyć na reformy w najbliższych trzech latach.

- „PB”: Reformy to piękne słowo. Ale czego konkretnie oczekuje Pan od ministra finansów i rządu?

— Według mnie, drogą do szybkiego wzrostu gospodarczego są niskie podatki. Niezależnie od opinii ministra Kołodki. Zwłaszcza tam, gdzie wzrost jest zależny od małych i średnich przedsiębiorstw. W Polsce 95 proc. firm rozlicza swoje dochody poprzez dochody ich właściciela, więc niski podatek oznacza więcej pieniędzy do inwestowania. To ważne tam, gdzie szanse na uzyskanie alternatywnych źródeł finansowania są utrudnione, a w naszym kraju tak właśnie jest. Najlepszy byłby podatek liniowy, zarówno CIT, jak i PIT, na identycznym poziomie. Oznacza to przesunięcie ciężaru opodatkowania na VAT. I nie jest prawdą, że korzyść odnieśliby tylko bogaci — trzeba pamiętać, że bogaty nie zje dwa razy więcej, lecz te pieniądze zainwestuje.

Kolejna istotna sprawa to zmniejszenie poziomu redystrybucji w połączeniu z lepszą strukturą finansów publicznych. Nazywa się to sanacją finansów publicznych, co oznacza faktyczne zmniejszenie poziomu obecności państwa w gospodarce.

Przykładem dla Polski powinna być Irlandia. To był kraj, który po wejściu do UE nic nie zrobił, nic nie osiągnął, a redystrybucja przekroczyła 50 proc. PKB. Nagle okazało się, że po 12 latach w Unii opóźnienie do pozostałych krajów nie zmniejszyło się. W końcu w połowie lat 80. wszystkie partie irlandzkie podpisały coś w rodzaju paktu o nieagresji socjalnej — ktokolwiek wygra wybory, miał nie być krytykowany przez opozycję za ograniczanie wydatków socjalnych. I wygrani wprowadzili sanację finansów, a przegrani nie krytykowali ich działań. W efekcie w ciągu 3 lat udział redystrybucji w PKB spadł z 50 do 39 proc. To zwiększyło pole działalności dla przedsiębiorczości. I to, a nie unijna darmocha, jest podstawą irlandzkiej ekspansji w ostatnich latach. Irlandia dostała znacznie mniej środków unijnych niż Grecja, ale reformami wewnętrznymi zachęciła inwestorów do ulokowania się na swoim rynku.

- „PB”: Jednak już Pan sobie odpowiedział — w Polsce się nie uda, nie ma takich polityków, którzy zawarliby pakt o nieagresji.

— To prawda, u nas na scenie politycznej panuje horror. Jednak mam nadzieję, że gdy sytuacja stanie się dostatecznie niedobra, to — jak mawiał amerykański polityk George Schultz — ludzie podejmą nawet najbardziej oczywiste i sensowne kroki.

- „PB”: Ale żeby tak się stało, coś musiałoby tąpnąć. A Polsce poważny kryzys na razie nie grozi.

— Ależ grozi. Gwałtowny wzrost bezrobocia. Od kilku lat tempo zmniejszania zatrudnienia w sektorze przedsiębiorstw, niezależnie od wzrostu gospodarczego, rośnie. Ponadto do połowy tej dekady będziemy obserwować zwiększony przyrost nowych uczestników rynku pracy. Z tych dwóch powodów bezrobotnych będzie przybywać. Liczę, że właśnie sytuacja na rynku pracy stanie się katalizatorem zmiany postaw. Do wiosny na pewno bezrobocie będzie rosło, potem na chwilę się ustabilizuje, by po wakacjach znów ruszyć w górę. W końcu ludzie, chcąc pracy, zaakceptują reformy, które na krótką metę będą uciążliwe, jak każde dalekosiężne reformy.

- „PB”: Czy tylko od polityki fiskalnej należy ich oczekiwać. Jest jednak jeszcze bank centralny i jego polityka monetarna.

— Polityka monetarna już swoje zrobiła. Badania pokazują, że bezrobocie naturalne jest w Polsce wysokie i wpływ polityki fiskalnej czy monetarnej na poziom tego wskaźnika jest niewielki. Bezrobocie jest efektem sztywności strukturalnej czy barier instytucjonalnych, więc ono będzie wysokie niezależnie od restrykcyjności czy ekspansywności obu polityk.

W piątek posady wiceministrów finansów stracili Irena Ożóg, Tomasz Michalak i Jacek Uczkiewicz. Zastąpili ich Piotr Sawicki, Jarosław Stypa i Robert Kwaśniak.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Wiktor Krzyżanowski, Lesław Kretowicz

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Gospodarka / Czasem się czuję, jakbym oglądał ministra magii