Cztery książki i problem

  • Aleksander Krawczuk
opublikowano: 26-02-2010, 00:00

Ukazują się u nas tysiące godnych uwagi pozycji z różnych dziedzin: literatury pięknej i nauki. Jako codzienny bywalec księgarń i antykwariatów wiele z nich niestety kupiłem. Piszę "niestety", bo emeryt w moim wieku, lat 88, zdaniem wielu ma prawo kupować rzeczy tylko najniezbędniejsze, by nie sprawiać kłopotu spadkobiercom.

W moim odczuciu wszakże dobra książka należy dokładnie do tej kategorii przedmiotów: najniezbędniejszych. Posiadanie jej na własność w zasięgu ręki to bezcenna radość swobody korzystania w każdej chwili. Zresztą, sam wysiłek znalezienia i zdobycia czegoś ma swoją pozytywną wartość psychiczną. Nawet wychodzenie z domu stanowi w pewnym wieku swoisty problem. Skarżą się niektórzy koledzy, nawet znacznie młodsi ode mnie, że żony niechętnie pozwalają im udawać się na miasto. To za chłodno, to pada deszcz, to mocno wieje, to upał! A ja radzę wszystkim tym paniom, by modliły się o pięć łask dla swych mężów. Po pierwsze, by mieli odwagę i siły samodzielnie poruszać się po mieście. Po drugie, by mieli jeszcze z kim się spotykać — nieuchronnie zaś przychodzi chwila, kiedy zaczyna się robić wokół nas boleśnie pusto. Po trzecie, by stać ich było na kawę — a z tym emeryci miewają problemy. Po czwarte, by im się chciało wrócić do domu — starcy wpadają przecież na najdziwaczniejsze pomysły, może spodobać się im dwudziestolatka, mogą też zapomnieć, gdzie mieszkają. Po pią- te wreszcie, by im się czegokolwiek chciało! Także kupowania książek.

 

Wracamy więc do nich. Wspomnę tu tylko o czterech spośród wydanych w 2009 roku. Jako pierwsza z nich ukazała się tłumaczona z chińskiego rzecz pod pięknym tytułem "Prawdziwa księga południowego kwiatu". Jej autor — Zhuangzi — żył w drugiej połowie wieku IV p.n.e., czyli mniej więcej w czasach Aleksandra Wielkiego i Arystotelesa. Pod tym tytułem i nazwiskiem przetrwały też pewne teksty, myśli i przypowieści nieco starsze i późniejsze. Jedno je łączy — duch taoizmu. To wielka chińska orientacja religijna, wywodząca się od Lao Tsy. Różni się od pragmatycznego konfucjonizmu, mówiąc najogólniej, aurą mistycyzmu i poetyckości. Dla przykładu krótki fragment, zresztą często powoływany przez autorów zachodnich: "Zhuang Zhou śnił, że jest motylem, radosnym motylem, który latał swobodnie, nie wiedząc, że jest Zhuang Zhouem. Nagle zbudził się i znów był rzeczywistym Zhuang Zhouem. I teraz nie wiadomo, czy motyl był snem Zhuang Zhoua, czy też Zhuang Zhou był snem motyla".

 

To drugi pełny polski przekład tego dzieła, od dawna bardzo popularnego w wielu krajach, zwłaszcza anglosaskich. Pierwszy otrzymaliśmy ponad pół wieku temu dzięki trzem polskim sinologom. Nazwisko autora pisano wtedy Czuang Tsy. Właśnie tamto tłumaczenie po raz pierwszy objawiło mi świat myśli chińskiej. Związany studiami z kulturą grecką i rzymską, obracałem się tylko wśród autorów klasycznych. Dopiero owa lektura uświadomiła mi odmienność, oryginalność, bogactwo tamtej rzeczywistości. Obecny przekład to dzieło Marcina Jacoby. Wykorzystuje najnowszą literaturę, opatrzony jest bogactwem przypisów. Mogę tylko życzyć, by jak najwięcej czytelników znalazło właśnie poprzez tę książkę swoją drogę do fascynującego kosmosu chińskiej kultury — jak ja niegdyś.

A oto druga pozycja. Całkiem inna epoka i kultura — nasza, wiek XVII. Znany nam wszystkim, przynajmniej z fragmentów, pan Jan Chryzostom Pasek. Esencja polszczyzny, umysłowości, obyczajów i wydarzeń tamtych czasów. Obecne wydanie jest w istocie, jeśli chodzi o tekst, wstęp i przypisy, powtórzeniem wydania Biblioteki Narodowej z roku 1979. Jakże jednak odmiennie prezentuje się edytorsko! Stylowe ilustracje z wydania z połowy wieku XIX, czytelny druk i układ. To najładniejsze, najsympatyczniejsze dotychczasowe wydanie naszego pamiętnikarza. A kolekcjonersko uzbierałem niemal wszystkie poprzednie. W obecnej szacie Pasek prawdziwie objawia się na nowo.

 

Podobnie okazale i zarazem przystępnie przedstawia się książka Tuwima "Cicer cum caule, czyli groch z kapustą". To owoc wieloletniego zbierania przez poetę wszelakich dziwactw i niezwykłości w literaturze, czasopismach i szpargałach, same smaczki i zabawności. A w sumie bardzo pouczające. Ukazywały się w latach 1958-62 w trzech tomikach, dziś dostępnych tylko antykwarycznie. I wreszcie mamy całość, podaną bardzo przejrzyście. Rzecz urocza.

 

Te trzy pozycje, tak ładne i cenne edytorsko, ukazały się nakładem Wydawnictwa Iskry. Chwała mu za to. Z książkami owych autorów spotykałem się w swym życiu kolejno. Pierwszy, jeszcze przed wojną, w gimnazjum, był oczywiście Pasek. Jako wielbiciel "Trylogii" widziałem w nim niemal jej bohatera. Później wielki taoista Czuang Tsy. I wreszcie Tuwim. Obecnie witam je wszystkie w ich nowych postaciach.

 

Lecz już pod koniec roku 2009 wyszła też w całkiem nowej edycji jedna z najważniejszych książek mojego dzieciństwa. Mowa o Kiplinga "Księdze dżungli". Całkiem nowy przekład, zdobny kolorowymi ilustracjami. Czytałem ją namiętnie i wielokrotnie, nie mając jeszcze lat dziesięciu. Mogę to stwierdzić z całą pewnością, albowiem aż do roku 1932 mieszkaliśmy w krakowskim domu przy Rynku Głównym; obecnie zajmuje go "Wierzynek". I tam to właśnie rozegrała się zabawna scena, którą wciąż mam przed oczyma. Moja czteroletnia wówczas siostrzyczka zaczęła przykrawać nożyczkami strony tak ukochanej książki. Co za rozpacz!

Siostra już ponad 65 lat mieszka w Londynie, lecz ilekroć nas odwiedza, pokazuję jej tamten egzemplarz Kiplinga, obecnie skarb rodzinny. Był to przekład Józefa Czekalskiego z roku 1917, a nosił tytuł, co ciekawe, "Księga puszczy". Nie był pierwszy. W roku 1903 ukazała się "Księga dżungli" w tłumaczeniu Teodora Mianowskiego. I to z rysunkami Władysława Witwickiego. Tego Witwickiego, który tak zasłużył się naszej kulturze przekładem prawie wszystkich dialogów Platona. Potem najpopularniejszy stał się przekład Józefa Birkenmajera. I oto mamy najnowszy, dokonany przez Andrzeja Polkowskiego, z pomysłowymi ilustracjami Józefa Wilkonia. Rzecz wydały wyjątkowo nie Iskry, lecz Media Rodzina.

 

Dlaczego tak lubię i cenię Kiplinga? Oczywiście ze względu na talent pisarski. Ale również dlatego, że otworzył mi oczy na świat zwierząt jako istot czujących i żyjących wedle praw przyrody. Mam nadzieję, że podobnie będą odbierali tę książkę obecni młodzi czytelnicy.

 

Oby! Patrzę na zainteresowania generacji moich wnuków i nieco starszych od nich nastolatków. "Spider-Man", "Batman", "Gwiez-dne Wojny", "Władca Pierścieni", "Harry Potter". I to we wszelkich wersjach: DVD, komiksy, słuchanki, ostatecznie książka. Czy kiedykolwiek zasmakują w Pasku, Sienkiewiczu, Kiplingu? Czy to tylko nieunikniona zmiana pokoleniowego myślenia i zainteresowań? A może bliżej im będzie do taoizmu? Oto problem.

 

Jest jednak pewna nadzieja. Zauważyłem, że wciąż bardzo przemawia do nawet całkiem młodych poezja Brzechwy i Tuwima. Czy jednak ci autorzy uchowają się w kanonie lektur? Wiadomo, że z pewnych względów nie wszystkim są oni mili. To też problem. Stąd tytuł tego felietonu. Oby nie brzmiał jak "Cztery wesela i pogrzeb"! l

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Aleksander Krawczuk

Polecane