Dobrze - znaczy nie beznadziejnie

Jacek Zalewski
opublikowano: 03-01-2011, 00:00

Gospodarczym perspektywom rozpoczętego roku 2011 poświęcamy dzisiaj wiele stron. Z prognostycznej średniej wynika, że ma być jak w powyższym tytule. Końcówka minionego roku wskazywała, że rząd postanowił skumulować najgorsze wieści — chociażby o radykalnym zastopowaniu programu drogowego czy o projekcie wysadzenia po dziesięciu latach fundamentów reformy emerytalnej — żeby w odbiorze społecznym wywietrzały one w sylwestra razem z bąbelkami szampana.

Marzeniem każdej partii politycznej jest samodzielne rządzenie. Jednak udaje się to co najwyżej Jednej Rosji, a w europejskich realiach demokratycznych, również polskich, to utopia. Podczas dwóch dekad III Rzeczypospolitej najbliżej takiego zwycięstwa była w roku 2001 ekipa Sojuszu Lewicy Demokratycznej i Unii Pracy pod przewodem Leszka Millera. Sondaże u progu wyborczego roku 2011 wskazują, że Donald Tusk może poważnie myśleć, jako pierwszy premier III RP, o przedłużeniu władzy, ale nadal w koalicji. I to zapewne znowu z Polskim Stronnictwem Ludowym, bo SLD byłby partnerem silniejszym i bardziej krnąbrnym. Możliwości partii Polska Jest Najważniejsza wypada zaś oceniać w kategoriach wirtualnych.

Generalnie sytuacja, w której rządząca Platforma Obywatelska ma komfort dowolnych zaniechań realizacji planów i obietnic, oficjalnego uprawiania kreatywnej księgowości etc., obiektywnie jest dla Polski nieszczęściem. Ale cóż, alternatywa dla rządu na razie nie istnieje, ponieważ Prawo i Sprawiedliwość z każdym miesiącem od katastrofy w Smoleńsku coraz bardziej się zwija i zasklepia w żelaznym elektoracie, nie budując żadnych horyzontów, zwłaszcza gospodarczych. Opozycja po prostu postanowiła biernie czekać na jakąś narodową katastrofę, ale jeszcze większą niż Smoleńsk czy powódź, lub na ogromne załamanie gospodarcze w stylu Grecji czy niegdyś Argentyny.

Wybory do parlamentu odbędą się najprawdopodobniej 23 października 2011 r., czyli cztery lata i dwa dni po poprzednich. Taki jest realny termin wynikający z przepisów konstytucyjnych i wyborczych. Gdyby nie obejmowanie przez Polskę 1 lipca półrocznego przewodnictwa Unii Europejskiej istniałaby szansa na zebranie w Sejmie 307 głosów za skróceniem kadencji o cztery miesiące i przeniesieniem wyborów na czerwiec, co ze względów budżetowych byłoby zdecydowanie lepsze. Ale dla sprawnego wywiązania się Polski z prestiżowego zadania w Brukseli wybory korzystniejsze są nie tuż przed unijną prezydencją, lecz pod jej koniec. W razie zmiany — teoretycznie przecież niewykluczonej — rządu byłoby wtedy, paradoksalnie, znacznie mniej zamieszania.

Tak na marginesie — historia przyspieszonych wyborów w Polsce dowodzi, że nie przynoszą one władzy nic dobrego. W roku 1989 Sejm PRL, wykonując polityczne ustalenia Okrągłego Stołu, skrócił swoją kadencję i… upadł ustrój. A już w III RP skracanie kadencji — w roku 1993 decyzją prezydenta Lecha Wałęsy, a w 2007 uchwałą o samorozwiązaniu — zawsze skutkowało przejęciem władzy przez opozycję. Jeśli zatem historia jest nauczycielką życia, również politycznego, to ze środowiska PO pomysł wyborów wcześniejszych w roku 2011 raczej nie wyjdzie…

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Polecane