Dochody na piaskach

Jacek Zalewski
29-11-2004, 00:00

Praktyka uchwalania budżetu państwa wywołuje z roku na rok coraz smutniejsze refleksje. Konstytucja umocowała ustawę budżetową bardzo wysoko, wytyczając jej specjalną ścieżkę legislacyjną oraz przewidując sankcje w razie spóźnienia. Niestety, to co miało być siłą, stało się nieszczęściem. Nastąpiła fetyszyzacja budżetu, ale wyłącznie w kategoriach politycznych — wiadomo, że jego nieuchwalenie oznacza w praktyce skrócenie kadencji parlamentu. Rzetelność merytoryczna budżetu systematycznie maleje. Posłowie potrafią kłócić się o kilka milionów, a jednocześnie bez zmrużenia oka zatwierdzają wirtualne kwoty idące w miliardy.

Gdyby jakiś sejmowy czarodziej nagle zamienił miejscami koalicję prorządową i opozycję, pozostawiając bez jakichkolwiek zmian wszystkie kwoty — partyjni oratorzy natychmiast zamieniliby się argumentami. Według każdego urzędującego premiera, uchwalenie budżetu „To dobry dzień dla Polski” — za Jerzym Buzkiem powtarzał ową maksymę Leszek Miller, a Marek Belka nie powtórzył tylko dlatego, że akurat w piątek bawił na szczycie Inicjatywy Środkowoeuropejskiej. Według opozycji, ów dzień Polska powinna zapamiętywać oczywiście jak najgorzej. Przy budżecie 2005 dodatkowo doszedł wątek wyborczy — z problemem niedomykania się państwowej kasy zmierzy się w końcówce roku nowa władza, wybrana najprawdopodobniej 25 września (w skrócenie kadencji Sejmu i wybory 29 maja już nikt nie wierzy).

Kolejne budżety III RP stają się prowizorką (nie mylić z prowizorium, to odrębna kategoria prawna), albowiem nagminnie uchwalane są przy braku ustaw okołobudżetowych, decydujących o dochodach. Legislacyjnie jest to zawsze naganne, jednak dotychczas owe braki koalicja rządowa jakoś uzupełniała. Po raz pierwszy mamy sytuację, gdy prezydencki gabinet Marka Belki (który wotum zaufania dwukrotnie uzyskał tylko na skutek poselskiego strachu) realnie nie ma w Sejmie większości. Dowodem było odrzucenie 19 listopada dwóch ważnych ustaw z zakresu ubezpieczeń społecznych, których efekty finansowe zostały przedwcześnie i bezpodstawnie zaliczone do budżetowych dochodów.

Uspokajające, dwustronicowe pismo ministra Mirosława Gronickiego w tej sprawie jest wewnętrznie niespójne. Na stronie pierwszej szef resortu finansów informuje posłów i przyznaje, że na najbliższym, wtorkowym posiedzeniu rząd przyjmie nowe projekty ustaw (nie odbiegające wiele od odrzuconych 19 listopada), zaś ich sejmowe losy oczywiście wpłyną m.in. na plan finansowy Funduszu Ubezpieczeń Społecznych. Za to drugą stronę pisma zajmuje opis możliwości żonglowania publicznymi pieniędzmi przez ministra finansów, z którego to opisu wynika, iż w roku 2005 finanse FUS zostaną zbilansowane tak czy owak! Automatycznie zatem nasuwa się logiczny wniosek, że obie odrzucone i ponownie wnoszone przez rząd ustawy nie są w ogóle potrzebne!

Jeszcze jedna budżetowa okoliczność ma charakter ponadczasowy — pokpiwanie przez władzę z tzw. niezależnych analityków, którzy mają czelność liczyć, jakie są PRAWDZIWE rozmiary deficytu, czyli ile miliardów zostało pochowanych księgowymi sztuczkami. „PB” do uwag owych szyderców dorzuca swoją — że w momencie uchwalania budżetu nie była znana decyzja prezydenta w sprawie podpisania ustaw o PIT i CIT, które muszą zostać ogłoszone w Dzienniku Ustaw najpóźniej 30 listopada. Na całą operację pozostało zaledwie 48 godzin...

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Gospodarka / Dochody na piaskach