Dwa lata jak dla brata, ale nie dla premierów

Jacek Zalewski
opublikowano: 02-05-2006, 00:00

Do Unii Europejskiej przystąpiliśmy 1 maja 2004 r., ale tak się składa, że dopiero dzisiaj, z dwuletnim poślizgiem, członkostwo Polski zyskuje powszechnie widoczny nośnik zewnętrzny. Wreszcie wchodzi w życie nowy wzór samochodowych tablic rejestracyjnych — takich jak w innych państwach członkowskich, czyli z dwunastoma złotymi gwiazdkami. Notabene kolejni ministrowie infrastruktury nie umieli racjonalnie uzasadnić, czemu gwiazdek nie mamy na tablicach już od 1 maja 2004 r. Ba, policja traktowała samowolne ich dolepianie przez polskich kierowców jak wykroczenie.

Bilans gospodarczy naszego członkostwa w UE wypada jednoznacznie pozytywnie, chociaż oczywiście nie w pełni wykorzystaliśmy otwarte 1 maja 2004 r. możliwości. Najważniejszym tego powodem jest fatalna okoliczność, iż na dwa unijne lata Polski przypadły aż trzy niestabilne rządy. Za pierwszy trzeba uznawać gabinet Leszka Millera, który wynegocjował warunki naszej akcesji i z konieczności odszedł 2 maja 2004 r., dokładnie o godz. 14. Dwie godziny później zaprzysiężony został rząd Marka Belki, który najpierw przez kilka miesięcy walczył w parlamencie o udzielenie mu (aż trzy razy) wotum zaufania, a potem zajmował się głównie przygotowaniami do odejścia. Premier Belka zawarł polityczny kontrakt tylko na rok, ale wbrew sobie musiał porządzić aż do jesieni 2005 r. i nawet przygotować projekt budżetu na rok 2006. Teraz mamy gabinet Kazimierza Marcinkiewicza, który siedem miesięcy po wyborach wciąż nie może znaleźć politycznego zaplecza.

Niezależnie od obezwładniającego poczucia tymczasowości w relacjach krajowych, tak częste zmiany kadrowe bardzo negatywnie wpływają na pozycję Polski w hierarchii unijnej. Zjawisko wymiany rządzących ekip oczywiście nie jest w UE czymś nadzwyczajnym, bo gdy zestawi się familijne fotografie uczestników kolejnych szczytów w Brukseli, to w krótkim czasie notuje się znaczną wymianę twarzy. Ale te nowo wprowadzone zostają na dłużej, natomiast w ekipie Polski...

Z drugiej jednak strony — kadrowej stabilizacji nie ma co fetyszyzować. Dotychczas zazdrościliśmy jej Słowacji, gdzie przez cały czas rządzi ten, kto negocjował warunki akcesji — czyli Mikulas Dzurinda. Nasi południowi sąsiedzi zaczęli skokowo nadrabiać zapóźnienia, ale okazało się, że premier — który jest czynnym maratończykiem — zbytnio wyprzedził społeczeństwo i przed wyznaczonymi na 17 czerwca wyborami jego szanse na reelekcję są marne. Ale to ich problemy, zajmijmy się własnymi — fakty są zaś takie, że w trzeci rok członkostwa w UE wchodzimy na politycznych ruchomych piaskach...

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu