Dyskusja o PPK jak w soczewce skupiła patologie państwa

Krzysztof Kolany, główny analityk Bankier.pl
10-04-2018, 22:00

Wewnątrzpaństwowy opór przed wprowadzeniem pracowniczych planów kapitałowych w zasadzie nie powinien dziwić.

Bunt urzędników to objaw patologii, jaką jest łączenie przez rząd funkcji inwestora, pracodawcy i prawodawcy

Projekt ustawy o pracowniczych planach kapitałowych (PPK) Ministerstwo Finansów pokazało w połowie lutego. Przez kilka tygodni o sprawie było zaskakująco cicho, a potem się zaczęło. Jako pierwszy armaty wytoczył Rzecznik Finansowy, twierdząc, że lepiej zarabiający skorzystają na PPK więcej od słabo opłacanych pracowników (jakby w ZUS było inaczej). Chwilę później do ostrzału dołączyła Komisja Nadzoru Finansowego, wytykając PPK pozorną tylko „dobrowolność” oraz że cały program nieco za bardzo przypomina niesławne otwarte fundusze emerytalne (OFE).

Prawdziwy nalot dywanowy na propozycję rządu kilka dni później przypuścił Narodowy Bank Polski (NBP). Jego eksperci praktycznie „zaorali” sztandarowy pomysł premiera Morawieckiego, zarzucając mu błędne założenia, zbyt słabe zabezpieczenie interesów uczestników i zbyt duże profity dla branży finansowej. Mówiąc wprost: NBP ostrzegał przed powtórką blamażu z OFE, które w pierwszych latach swojej działalności zdzierały skandalicznie wysokie prowizje za bardzo prymitywne „zarządzanie” oszczędnościami emerytalnymi milionów Polaków.

Zarzuty NBP będą trudne do zbicia i stawiają Ministerstwo Finansów oraz premiera Morawieckiego w trudnej sytuacji. Nawiasem mówiąc, to nie pierwszy raz, gdy Adam Glapiński, prezes NBP (członek dawnego „zakonu PC” i wieloletni stronnik Jarosława Kaczyńskiego), rzuca kłody pod nogi Mateuszowi Morawieckiemu — nowemu ulubieńcowi prezesa Kaczyńskiego i być może jego następcy na nowogrodzkim tronie.

Ośmielone wsparciem powietrznym z NBP w bój ruszyły ciężkozbrojne brygady Krzysztofa Tchórzewskiego, ministra energii. Minister — i zarazem wpływowy polityk PiS (a także wieloletni działacz PC — poprzedniczki Prawa i Sprawiedliwości) — także nie owijał w bawełnę i napisał, że same tylko państwowe spółki górnicze będą musiały wyłożyć 110 mln zł na partycypację w PPK, a tymczasem minister Tchórzewski potrzebuje miliardów na budowę wymarzonej elektrowni atomowej. W sukurs górnikom przyszli nafciarze z PKN Orlen (zresztą też pod buławą hetmana Tchórzewskiego), którzy zaproponowali obniżenie składki pracodawcy do PPK. Tu też gra idzie o grube miliony ponoszonych przez spółkę kosztów pracowniczych.

Odmienne zdanie o PPK natomiast mają, także państwowe, firmy finansowe. PZU już zaciera ręce, myśląc o przychodach z prowizji (nawet jeśli stosunkowo niskich — maksymalnie 0,6 proc. rocznie, ale od wielkich kwot) za zarządzanie dodatkowymi oszczędnościami emerytalnymi Polaków. Głos w sprawie PPK zabrała także Giełda Papierów Wartościowych, otwarcie „lobbując” za przeniesieniem aktywów z OFE na indywidualne konta w PPK.

I co z tego wynika? Wieloletni obserwator polskiej polityki tylko wzruszy ramionami i zdiagnozuje kolejną walkę partyjnych frakcji i koterii, chcących urwać jak największy kawał sukna z Rzeczypospolitej. Ot, nic nowego w historii ostatnich trzech dekad. Gdyby jednak całą sprawę opisać komuś żyjącemu w nieco bardziej cywilizowanym kraju, to zapewne niewiele by z tego wszystkiego zrozumiał.

„Ale jak to — czy rząd jest największym pracodawcą w waszym kraju? Naprawdę wszystkie rafinerie, linie kolejowe, lotniska, kopalnie, gazownie i elektrownie są kontrolowane przez rząd i polityków?” — dziwiłby się zewnętrzny obserwator. „To wy w tej Polsce macie jakiś wolny rynek czy nadal gospodarkę centralnie planowaną?” To dałoby się jeszcze jakoś wytłumaczyć.

Dużo trudniej byłoby wyjaśnić komuś pochodzącemu z kraju utrzymującego trójpodział władzy polski proces legislacyjny. „Rząd pisze wam ustawy, zamiast zajmować się ich wykonywaniem?!” — nie mógłby uwierzyć, że prawie całe prawo obowiązujące Polaków pisane jest w gmachach władzy wykonawczej. „U nas to wybrany przez ludzi parlament decyduje o takich sprawach jak podatki, emerytury czy uprawnienia aparatu ścigania” — odparłby rozmówca nieznający polskich realiów. „Bank centralny natomiast mamy od tego, by trzymał w ryzach walutę i pilnował kartelu bankowego, a nie wtrącał się w pisanie ustaw” — dodałby obserwator z kraju utrzymującego trójpodział władzy.

U nas niby też, ale tak naprawdę ustawy piszą ministerialni urzędnicy, a posłowie i senatorowie przegłosowują je bez zaznajamiania się z ich treścią. Obowiązuje… „dyscyplina partyjna” — kto się wyłamie, ten wylatuje z partii i traci szanse na reelekcję (chyba że przejdzie do innego subsydiowanego z pieniędzy podatników ugrupowania politycznego). Zresztą to szef rządzącej partii decyduje, kto może zostać posłem, a kto nie. Ludzie w wyborach mogą zagłosować tylko na tego, kto znajdzie się na partyjnej liście. Inni kandydaci nie mają szans ze względu na kształt ordynacji wyborczej.

Ta cała patologia państwa polskiego skupiła się jak w soczewce podczas dyskusji o PPK. Mamy rząd, który jest równocześnie inwestorem (połowa spółek z WIG20 należy do skarbu państwa), pracodawcą (państwowe spółki zatrudniają miliony osób), jak też prawodawcą — to w ministerstwach pisze się ustawy, które Sejm i Senat potem hurtowo i bezrefleksyjnie „przyklepują”. Ten chory system nie jest wyłącznym produktem ekipy obecnie sprawującej władzę. PiS miał skończyć z „postkomunizmem”. Szkoda tylko, że przed wyborami nie dodał, że zamierza po prostu wrócić do czasów komuny, oddalając się możliwie najdalej od wolnego rynku i własności prywatnej. Zamiast tego całą władzę i zasoby kraju skupia w rękach wąskiego politbiura. Dokładnie tak, jak to było w latach 1944-89.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Krzysztof Kolany, główny analityk Bankier.pl

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Dyskusja o PPK jak w soczewce skupiła patologie państwa