Dzieje się nic

Agnieszka Rodowicz
opublikowano: 27-09-2018, 22:00

Piotr Kwietniewski i Emilia Biernacka robią na maszynach dziewiarskich swetry i kurtki z nostalgicznymi, polskimi pejzażami. Mają nadzieję stworzyć nową tradycję noszenia czystej, żywej wełny.

Piotr Kwietniewski przez lata nie wiedział, co robić w życiu. Studiował język angielski, muzykoterapię, psychologię, prawo… Porzucał je mniej więcej po semestrze. Pasjonowała go muzyka. Miał rockową kapelę Blisko pola, grał na gitarze, śpiewał, pisał teksty.

ROBIMY SUBIEKTYWNĄ MAPĘ POLSKI. TO ZAPIS NASZYCH PODRÓŻY. SĄ NA SWETRACH POLA, LASY, KONIE, TRAKTORY, KAPLICZKI...
Wyświetl galerię [1/7]

ROBIMY SUBIEKTYWNĄ MAPĘ POLSKI. TO ZAPIS NASZYCH PODRÓŻY. SĄ NA SWETRACH POLA, LASY, KONIE, TRAKTORY, KAPLICZKI... FOT. MAREK WIŚNIEWSKI

— Od dziecka wiedziałem, że będę gwiazdą rocka — żartuje.

Dzięki muzyce 15 lat temu poznał dziewczynę, w której się zakochał. Jej rodzice mieli fabrykę swetrów. Zaproponowali partnerowi córki, że nauczą go programowania maszyn dziewiarskich. Choć nigdy wcześniej niczego technicznego nie robił, uznał, że to dobry pomysł. Od tego czasu robi prototypy swetrów i czapek dla fabryk. Z dziewczyną się rozstał, ale został mu w rękach rzadki fach i dobre kontakty z łódzkimi dziewiarzami.

Potem zaprzyjaźnił się z Norweżką, która studiowała fotografię w łódzkiej filmówce. Zaczęli przekładać jej fotografie na dzianinę. Zrobili wystawę trochę psychodelicznych obrazów ze zdjęć. Norweska koleżanka wyjechała, a Piotr Kwietniewski pozostał z niedosytem dziania.

Czapka Nic

Pięć lat temu poznał Emilię Biernacką, która studiowała na Wydziale Tkaniny i Ubioru Akademii Sztuk Pięknych w Łodzi. Okazało się, że nie tylko dobrze im ze sobą, ale mają też podobne zainteresowania. On robił wtedy m.in. czapki. Ona, po gimnazjum i liceum plastycznym, dużo rysowała. Nie lubi logotypów, więc wpadła na pomysł nazwy i logo Nic Łódź. Zaproponowała, żeby zrobili serię czapek z napisem Nic. Zrobili. Kupowali je od nich znajomi artyści z całej Polski. W 2014 r. zrobili kolekcję bardzo kolorowych sukienek i swetrów z kapturami, z motywami matek boskich i różnych bogów.

W sumie może z siedem sztuk. Wszystkie były w zasadzie w jednym rozmiarze.

— Lata doświadczeń z programowaniem maszyn spowodowały, że z głowy potrafię stworzyć dziewiarską formę. Ale nie mieliśmy pojęcia o rozmiarówce, zrobiliśmy te ubrania jak na siebie, czyli dla bardzo szczupłych osób. Nie wiedzieliśmy też, jak wycenić wyroby, nie mieliśmy metek… — wspomina Piotr Kwietniewski.

— Pojechaliśmy jednak na pierwsze targi. I sprzedaliśmy… nic — śmieje się Emilia Biernacka.

Stwierdzili, że chyba nie nadają się do biznesu. Choć wielu ludziom podobały się ich ubrania, kupowali je znajomi. Po „boziach” Emilia Biernacka stworzyła kolaże na bazie ilustracji z przedwojennej książki „Nowe lecznictwo przyrodnicze”. Powstały z nich swetry i akcesoria. Też bardzo się podobały, ale nadal nie miały dopracowanej rozmiarówki.

Nostalgiczne pejzaże

Piotr Kwietniewski jest jedną z nielicznych osób na świecie, które programują maszyny dziewiarskie. W 2105 r. headhunterzy znaleźli go i zaproponowali pracę w małej miejscowości na zachodnim wybrzeżu Irlandii. Istnieje tam tradycja robienia wełnianych swetrów — dawniej każdy klan miał własne sploty. Wyjechali do Irlandii oboje. Robienie tradycyjnych swetrów było dla programisty z Polski bardzo ciekawym doświadczeniem. W miasteczku było też pięknie. Emilia Biernacka znalazła pracę w tej samej fabryce, zajmowała się m.in. składaniem, parowaniem i pakowaniem swetrów, co też było cennym doświadczeniem. Po jakimś czasie poczuła się zmęczona małą mieściną, w której nie bardzo było co robić. Tym bardziej, że o ile jej partner jest samotnikiem, o tyle ona lubi być otoczona ludźmi. W końcu oboje zmęczył irlandzki klimat — wieczny deszcz. Po roku i dwóch tygodniach wrócili do Polski.

— Zainspirowani tamtejszą swetrową tradycją pomyśleliśmy, że fajnie byłoby stworzyć taką w Polsce. Wpadliśmy na pomysł swetrów z polskimi krajobrazami — opowiadają projektanci.

Emilia Biernacka odkryła nowy sposób projektowania i przetwarzania zdjęć na dzianinowy wzór. Stworzyła bardzo fotorealistyczne projekty przede wszystkim wiejskich i miejskich pejzaży. Ponieważ bardzo lubią Łódź i jej industrialne klimaty, powstał m.in. płaszcz w łódzkie bloki.

— Robimy subiektywną mapę Polski. To zapis naszych podróży. Są na swetrach pola, lasy, konie, traktory, kapliczki… — opisuje Emilia Biernacka.

Melanżowe wzory zawierają dużo brązów, szarości, polskiej nostalgii.

Samochód za pudełko wełny

Początkowo robili płaszcze i kurtki bomberki z akrylu.

— Podobały się, powoli sprzedawały, ale marzyliśmy, by tworzyć rzeczy z polskich przędz: lnu i wełny owczej — mówi Emilia Biernacka.

Len okazał się niewypałem.

— To bardzo „tępa” przędza, nie chce się dziać, nie da się z niej zrobić nic skomplikowanego, graficznego — tłumaczy Piotr Kwietniewski.

Długo szukali dostawcy wełny.

— Okazało się, że w Polsce nie ma producentów wełny, przemysłu, tradycji. Może trochę w Zakopanem — uważa Piotr Kwietniewski.

— W końcu dotarliśmy do wełny w Beskidzie Żywieckim. Nie jest doskonała i jest jej mało — dodaje jego partnerka.

Siedzą więc godzinami w domu i oglądając seriale, wyciągają z niej siano i zwijają w większe motki. Wełna nie jest też pozbawiona lanoliny — tłuszczu zwierzęcego, ma więc specyficzny zapach i naturalne kolory. Artyści robią z niej swetry i płaszcze.

— Jeszcze prawie nic nie sprzedaliśmy. Ale nadal z niej dziejemy, bo mamy nadzieję, że ludzie będą się otwierać na takie naturalne wyroby — przyznaje Piotr Kwietniewski.

Gdy byli na targach w Niemczech, surowe, drapiące swetry i płaszcze z polskiej wełny bardzo się podobały, ale sprzedało się niewiele.

— Była super atmosfera, ale tam ludzie nie wpadają w przedświąteczny szał zakupowy tak jak w Polsce. Zwróciły nam się koszty — mówi Piotr Kwietniewski.

Kiedy uznali, że nie chcą używać syntetycznych włókien, zaczęli szukać odpowiednich włóczek do robienia wzorzystych kurtek i płaszczy. Dzięki dobrym relacjom z fabrykami mogli skorzystać z oferty ich dostawców i zamawiać próbne ilości.

— Mimo to, żeby kupić pudełko wełny z młodych alpak z Peru, musieliśmy sprzedać 20-letni samochód — ujawnia Emilia Biernacka.

W końcu wybrali odpowiednią, organiczną bawełnę i wełnę z merynosów, z których powstają płaszcze i kurtki bomberki. Wełny baby alpaka używają do robienia szali, czapek, rękawiczek. Z niej powstają też sukienki. Z wełny merino i baby alpaka zrobili również trochę basicowych, gładkich swetrów. — Parę osób je kupiło, ale okazało się, że ludzie wolą nasze ekstremalne pomysły — twierdzi Emilia Biernacka.

— Z targów na targi coraz więcej ludzi interesuje się naszymi wyrobami, coraz więcej ich sprzedajemy — dodaje Piotr Kwietniewski.

Nauczyli się też cenić siebie i swoją pracę. Krajobrazowe ubrania z wełny merino kosztują między 900 a 2000 zł. Swetry i płaszcze z polskiej wełny 500-700 zł. Akcesoria 200-400 zł. Jak na zasobność polskiego portfela ceny są wysokie, ale jak na ogromną liczbę godzin, które artyści spędzają nad opracowaniem prototypu — nie.

— Sam sweter dzieje się kilka godzin. Ale zanim do tego dojdzie, są miesiące projektowania, programowania, prób i błędów — wyjaśniają artyści.

Po (wolny) rozwój

Swetry z polskiej wełny wyglądają, jakby były ręcznie robione, choć dziane są na maszynie, bezszwowo. Podobnie jak sukienki z mięciutkiej wełny alpak. Pracowali nad ich kształtem przez pół roku. Bo poza tym, że trzeba opracować formę i wymiary, udziać ubranie, istotne jest też pranie.

— Po praniu naturalne przędze zmieniają właściwości, a ubranie — rozmiar — tłumaczą projektanci.

Dlatego płaszcze i bomberki powstają w ten sposób, że najpierw dziane są prostokąty. Dopiero z upranych wycina się kształty i zszywa. Gotowe wyroby można bez problemu prać w pralce. Trzeba tylko suszyć na płasko, by ubrania się nie wyciągały. Wszystko trwa dłużej, bo artyści nie mają swojej maszyny dziewiarskiej, ani tym bardziej fabryki. Korzystają z uprzejmości miejsc, w których Piotr Kwietniewski programuje maszyny.

— Po godzinach, w weekendy i święta dziejemy tam nasze swetry — mówi Emilia Biernacka

Dzieją w jednej fabryce, piorą w innej, a szyją w jeszcze innej.

— Dlatego stworzenie prototypów zajmuje bardzo dużo czasu — mówią artyści.

Początkowo robili swoje ubrania z produkcyjnych resztek. Dziś odkupują od znajomych dziewiarzy ilości mniejsze niż hurtowe.

— To ważne, ponieważ używamy wielu kolorów. Gdyby nie to, musielibyśmy wydać kilkadziesiąt tysięcy złotych, by udziać kilka swetrów — twierdzi Emilia Biernacka.

Mogliby co prawda kupować przędzę gorszej jakości, wyroby byłyby tańsze, ale nie chcą.

— Nie chcemy też otwierać fabryki. Zamierzamy nadal robić tyle sztuk, ile jesteśmy w stanie wykonać samodzielnie. Wolimy być rzemieślnikami niż masowymi producentami — mówi Emilia Biernacka.

Tym bardziej, że nie robią rzeczy, które kupuje się co sezon.

— Nasze swetry mają trwałość kilku pokoleń. Nie chcemy też robić za dużo, denerwuje nas nadprodukcja wszystkiego, w tym ubrań — twierdzi Emilia Biernacka.

Mają za to dużo pomysłów i nie chcą powielać wzorów. Robią kilka, najwyżej kilkanaście sztuk z jednym motywem. Hitem są konie. Z nimi zrobili najwięcej ubrań. Konie widnieją też na żakardowych metkach. Nie mają wielkich pieniędzy, więc inwestują powoli. Dotychczas kilkadziesiąt tysięcy złotych.

— Wiele rzeczy udaje nam się załatwiać w barterze — przyznaje Piotr Kwietniewski.

Na przykład dzianie w zamian za logo, które projektuje Emilia Biernacka.

— Sprzyjamy światu, a świat nam sprzyja. Dotąd nikt nam nie odmówił pomocy — twierdzą artyści.

Na przykład koleżanka, konstruktorka, z którą opracowali rozmiarówkę.

— Pracujemy w naszym niespiesznym tempie. Proporcja liczby rzeczy, które jesteśmy w stanie zrobić, do tego, co jesteśmy w stanie sprzedać, jest odpowiednia i powoli się zwiększa — mówi Emilia Biernacka.

Niedopasowani i niepodlegli

W związku z tym, że są to małe ilości, nie mogą otworzyć sklepu internetowego, bo zanim zrobią zdjęcia, wrzucą je na stronę, ktoś już kupuje sweter czy płaszcz.

— Trochę też boimy się tego sklepu. Bo co zrobimy, jeśli nagle za dużo ludzi będzie chciało nasze wyroby? Czasami nie zdążamy nawet zrobić zdjęcia nowego swetra, bo ktoś od razu go kupuje — przyznaje Emilia Biernacka.

Jest też inny problem.

— Nie bardzo pasujemy do odbywających się w Polsce targów. Do imprez typu fashion nie, bo nie jesteśmy fashion, a na targach dizajnu nas nie chcą, bo robimy ubrania, których się tam nie pokazuje. Na targach typu slow może co setna osoba zatrzymuje się przy naszych ubraniach, a co tysięczna kupuje — mówią projektanci.

Myśleli, żeby jeździć na targi zagraniczne. Ale Berlin pokazał, że choć za granicą doceniają jakość, niekoniecznie rozumieją przesłanie z Łodzi.

— Doszliśmy do wniosku, że skoro Polacy rozumieją i chcą mieć nasze wyroby, to po co się męczyć. W Polsce jest wystarczająco ludzi na tyle odważnych, by kupować nasze Nic — przekonują artyści. Mają pomysły na koce, narzuty, parawany… Niedawno byli na warszawskich Targach Rzeczy Ładnych. Nie mogli pokazywać tam ubrań, więc wykopali wór próbek, które powstały podczas opracowywania swetrów z książkowymi ilustracjami. — Zrobiliśmy z nich obrazy, makatki, instalacje — wylicza Emilia Biernacka.

— Marzą się nam dziane na zamówienie portrety — ujawnia Piotr Kwietniewski.

Jest wielu ludzi, którym podobają się ubrania Nic, ale nie mają odwagi ich założyć. A powiesić na ścianie, owszem. Jak ich znajomy dziewiarz, który zamówił dziany obraz ze zdjęcia z chrztu sprzed lat. Dotychczas zrobili kilkadziesiąt ubrań i tyle sprzedali. Pamiętają każdego kupującego. I takich, którzy nie mogąc sobie pozwolić na ich ubrania, pytają, czy mogliby choćby przymierzyć.

— Bardzo to dla nas miłe — mówi Emilia Biernacka.

— Nie produkujemy dużo i dzięki temu ani nie ryzykujemy przeinwestowania, ani się nie nudzimy — twierdzą artyści.

Żyć z Nic nie muszą. Pieniądze na prąd i inne wydatki mają dzięki pracy Piotra Kwietniewskiego jako programisty. Nic pozwala im twórczo się realizować. Wszystkie pieniądze, które mają ze sprzedaży wyrobów z metką Nic, inwestują w jego rozwój. Na przykład w żakardowe, tkane w Łodzi metki, albo suwaki robione na ich zamówienie w jednej z łódzkich fabryk.

— Rozwijamy się powoli, ale dzięki temu robimy unikatowe swetry z naturalnych włóczek znakomitej jakości i w 100 proc. się z nimi identyfikujemy — mówią Emilia Biernacka i Piotr Kwietniewski.

Marzą o własnych owcach, alpakach, stodółce, w której na maszynie będą robili na zamówienie swetry dla swoich gości. Albo o pracowni w Łodzi z maszyną dziewiarską i dobrą kawą.

— Moglibyśmy też robić warsztaty i pomagać innym projektantom, wykonując dla nich krótkie kolekcje z dzianiny — twierdzi Emilia Biernacka.

— Mamy też pomysł, by ceny naszych wyrobów były pamiątką dobrych dat z polskiej historii — dodaje Piotr Kwietniewski.

Na przykład 1918 zł z okazji 100-lecia niepodległości. &

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Agnieszka Rodowicz

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Dzieje się nic