Dziesięć lat jak cała epoka

  • Materiał zewnętrzny
opublikowano: 11-04-2019, 22:00

W bankowości 10 lat to prawdziwa epoka. Rzeczywistość branży w 2009 r., kiedy startował Złoty Bankier, różniła się od dzisiejszej tak samo jak Nokia 3210 od iPhone’a Jak zatem przedstawiał się obraz sektora bankowego 10 lat temu?

Dekada bankowości mobilnej

Zabrzmi to jak stary dowcip, w którym dziadek opowiada wnuczkowi, że w latach 80. ubiegłego wieku w sklepach był tylko ocet, na co dziecko pyta z niedowierzaniem „Dziadku, jak to, w całym Carrefourze był tylko ocet?”, jednak rzeczywiście dopiero dziesięć lat temu pojawiła się w Polsce pierwsza aplikacja mobilna z prawdziwego zdarzenia. VIP Mobile Raiffeisen Banku dostępny był na systemy Symbian (był kiedyś taki) oraz Windows. Później aplikacja została dostosowana do produktów Apple'a. W tamtym czasie bankowość mobilna nie była w Polsce czymś nowym, bo trzeba dodać, że już na początku XXI w. pierwsze banki wprowadziły usługi mobilne oparte na WAP. Ale to co zaproponował Raiffeisen, zresztą jeden prekursorów mobilnej bankowości, który w 2004 r. uruchomił aplikację napisaną w języku Java, stanowiło absolutny przełom w stosunku do dotychczasowej oferty. Z dzisiejszej perspektywy VIP wygląda dość siermiężnie, jak każdy interface z tamtego czasu, ale generalnie zawierał większość funkcjonalności, jakie znamy ze współczesnych aplikacji. Zainteresowanie VIP-em było, ogólnie mówiąc, umiarkowane. Wizja bankowania przez telefon wydawała się czymś egzotycznym, niepotrzebnym i niepraktycznym. Rynkiem telefonów rządziła wtedy Nokia, której kolejne modele miały co prawda coraz większe ekrany, ale bankowanie na nich było równie pasjonujące jak przeglądanie internetu. Sama kadra menedżerska w bankach była dość sceptyczna wobec kanału mobilnego. Smartfony z dotykowymi ekranami też nie wszystkich przekonywały. Jeden z prezesów w rozmowie z „Pulsem Biznesu” dowodził, że blueberry jest lepszy od iPhone, ponieważ ma klawiaturę. Jak wylicza PRnews na koniec 2018 r. z bankowości mobilnej korzystało 11,2 mln osób. Tylu klientów banków loguje się do konta przynajmniej raz w miesiącu. Dla porównania 10 lat temu bankowości mobilnej używali pasjonaci. Bankowość internetowa miała natomiast 11,9 mln użytkowników.

Finansowe tsunami

Rok 2009, w którym startował Złoty Bankier, to był iście sienkiewiczowski rok, dziwny rok, w którym rozmaite znaki zwiastowały klęski i nadzwyczajne zdarzenia. Pod koniec poprzedniego roku na świecie rozpętał się kryzys finansowy, który wywrócił wiele leciwych i szacownych instytucji finansowych. Co ciekawe, 30 grudnia 2008 r. polski rząd w planie konwergencji ze strefą euro założył 3,7 proc. wzrostu PKB w 2009 r. i 4 proc. w 2010 r. Najwyraźniej ktoś już napoczął sylwestrowego szampana. Niespełna miesiąc później rząd zrewidował prognozę do 1,7 proc.

W Polski sektor bankowy kryzys uderzył dopiero w początkach 2009 r. i to w dość nieoczekiwany sposób. Na świecie przyczyną problemów sektora bankowego były kredyty hipoteczne, inwestycyjne instrumenty finansowe, u nas źródłem zarazy stały się opcje walutowe, czyli instrumenty zabezpieczające przed ryzykiem walutowym. Od początku roku euro pnie się systematycznie w górę, przebija granicę 4,30 zł i zmierza w kierunku 5 zł. W styczniu pada pierwsza ofiara spekulacji na opcjach — Odlewnie Polskie. Euro cały czas drożeje. W połowie lutego od 5 zł dzieli je tylko 8 gr. Kolejne firmy wpadają w tarapaty. Ale nie tylko z powodu opcji, choć to one głównie występują w roli Nemezis chciwości przedsiębiorców i bankierów. Po pierwszym kwartale banki spisują na straty 3,2 mld zł kredytów. Odpisy są większe niż w całym 2007 r. To wtedy Mateusz Morawiecki, obecny premier, a wówczas prezes BZ WBK, wypowiada słynne zdanie o finansowym tsunami nadciągającym nad rynek, później często ośmieszane już z bezpiecznej pespektywy czasowej, kiedyskutki kryzysu okazały się wcale nie tak bolesne. Mateusz Morawiecki ostrzegał, że gwałtowny wzrost odpisów będzie zjadał kapitały banków, a to wyhamuje akcję kredytową i odetnie firmy od finansowania, o które w tamtym czasie i tak było trudno. Prezes „Bezeta” szacował wartość odpisów w całym 2009 r. na 10 mld zł. W rzeczywistości przekroczyły 12 mld zł i były ponad dwa razy wyższe niż w 2008 r. Ostatecznie czarny scenariusz nie ziścił się. Gospodarka i banki okazały się odporniejsze na kryzys, niż można było się obawiać. Dynamika PKB spadła, ale Polska była jedynym krajem UE, który nie zaliczył recesji. Wynik sektora bankowego zmniejszył się z 13 mld zł do 8 mld zł, wiele banków miało niemałe problemy, jednak nie doszło do katastrofy i żaden bank nie upadł.

Wojna depozytowa

Dzisiaj sytuacja trudna do wyobrażenia, ale dziesięć lat temu banki biły się między sobą o pieniądze klientów, prowadząc wyniszczającą wojnę depozytową. Walka była tak ostra, że pojawiły się propozycje nałożenia regulacyjnego górnego limitu oprocentowania (tak jak obecnie np. na Białorusi). Przyczyną wojny był brak płynności na rynku międzybankowym, uniemożliwiający instytucjom finansowym posiadającym kredyty walutowe zaopatrywanie się w pieniądz potrzebny do transakcji wymiany złotych na franki. Przy najniższej od 20 lat stopie referencyjnej NBP, która od czerwca 2009 r. wynosiła 3,5 proc. oprocentowanie lokat na poziomie 7 proc. nie było niczym nadzwyczajnym. Wojna depozytowa rozpoczęta jesienią 2008 r. trwała aż do jesieni następnego roku, kiedy stopniowo zaczęła wygasać. Ponownie wybuchła kilka lat później, w 2012 r., ale z innych już powodów.

Jest nas coraz mniej

W 2009 r. szczęśliwy posiadacz oszczędności mógł ulokować pieniądze aż w 30 bankach, m.in. w BGK, który obsługiwał wtedy jeszcze klienta detalicznego. Dzisiaj prawie połowy z nich nie ma już na rynku bądź prowadzą ograniczoną działalność. Zniknęły szyldy: AIG Banku, Allianz Banku, BPH, Dominetu, DB PBC, DnB Nord, Eurobanku, Fortis Banku, HSBC (części detalicznej), Kredyt Banku, Meritum Banku, Noble Banku, Nordea Banku, Raiffeisen Banku. Nie ma też mniejszych banków jak WestLB, Dexia, Rabobank, RBS, GMAC. Kurczeniu się liczby banków towarzyszył niesłychany przyrost aktywów sektora. Na koniec 2009 r. bilanse banków miały wartość 1 mld zł. Obecnie są one niemal dwa razy większe.

To nie jest rynek pracownika sieci

Po latach regularnego wzrostu zatrudnienia w 2009 r. branżę bankową dotknęły pierwsze, bolesne cięcia etatów. Przed kryzysem banki zatrudniały rekordową liczbę pracowników — 181 tys. Rok później ich zastępy stopniały do 175 tys. Był to początek procesu, który trwa do dzisiaj. W ciągu dekady przez rynek bankowy przetoczyło się kilka fal zwolnień grupowych, obejmujących, bywało, i po 2 tys. pracowników jednego banku. Na koniec lutego 2019 r. w sektorze pracowało 161 tys. osób, co jest i tak liczbą zawyżoną, gdyż obejmuje banki spółdzielcze, w których znalazłoby się pole do redukcji kosztów osobowych. Na razie dość mocno trzymają się etaty w centralach banków, a pracy ubywa w terenie, co jest naturalną konsekwencją spadku liczby placówek bankowych. W 2009 r. sieć liczyła 14,8 tys. oddziałów i znajdowała się na fali wzrostowej, gdyż kilka lat później osiągnęła liczbę 15,6 tys. W tym roku liczba placówek spadła poniżej 12 tys.

Na początku był tylko 1 procent

Początkowo mówiło się na nie „karty bezstykowe”, dopiero później przyjęła się lepiej brzmiąca nazwa karta zbliżeniowa. W 2009 r. minęły dwa lata od debiutu „paypassa”, jak potocznie nazywano karty zbliżeniowe Mastercarda. NBP nie uwzględniał jej jeszcze w swoich statystykach. PRnews oszacował, że stanowią one 1 proc. spośród 21 mln kart płatniczych. Według ostatnich danych NBP 82 proc. kart na rynku ma funkcję zbliżeniową. Ich liczba przekroczyła natomiast 40 mln.

Eugeniusz Twaróg

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu