Dziura w tarczy antykorupcyjnej

Eugeniusz Twaróg
opublikowano: 03-11-2009, 00:00

Tarcza antykorupcyjna chroni, ale naszych polityków i samorządowców. Banki mają z tym problem

Nasi politycy wymknęli się

spod rygorów ustawy o praniu brudnych pieniędzy

Tarcza antykorupcyjna chroni, ale naszych polityków i samorządowców. Banki mają z tym problem

Angela Merkel miałaby nie lada problem, gdyby chciała otworzyć rachunek w polskim banku. Tak samo Jean-Claude Trichet, prezes Europejskiego Banku Centralnego, szef NATO, wyżsi oficerowie, ministrowie rządu francuskiego, włoskiego, Burkina Faso, Zairu, parlamentarzyści z Korei i Turkmenistanu wraz z asystentami. Wszystkie osoby publiczne w każdym zakątku świata, żeby uruchomić konto osobiste w Polsce, muszą dostać zgodę aż członka zarządu banku. Wszystkie z wyjątkiem naszych rodzimych polityków, wysokich urzędników, szefów gabinetów politycznych, kadry oficerskiej. Zbigniew Chlebowski wchodzi do banku jak zwykły klient i tak musi być traktowany. Również Angela Merkel może uniknąć korowodów z otwieraniem rachunku — wystarczy, że kupi sobie kawalerkę, powiedzmy, na warszawskim Żoliborzu, i we wniosku o konto wpisze adres zamieszkania: Warszawa, Polska. O co w tym wszystkim chodzi?

Ryzykowny klient

Od dwóch tygodni obowiązuje w Polsce ustawa o przeciwdziałaniu praniu brudnych pieniędzy. Jest to nowela, której wprowadzenie wymusiła na nas Bruksela. Komisja Europejska (KE) trzy lata temu wydała dyrektywę zaostrzającą zasady prewencji w walce z praniem kasy pochodzącej z przestępstw i nieujawnionych źródeł. Zmian jest sporo: obowiązek raportowania o wszystkich dużych transakcjach gotówkowych mają teraz m.in. dilerzy samochodów. Dyrektywa pod szczególny nadzór zaleca wziąć "pepsów", czyli public persons — osoby publiczne. Kim one są? Katalog jest bardzo szeroki i generalnie dotyczy wszystkich polityków, wysokich urzędników, wojskowych, prezesów banków centralnych wraz z rodzinami, konkubinami, asystentami i współpracownikami. Czemu KE jest wobec nich tak podejrzliwa? Bo "peps" jest klientem podwyższonego ryzyka. Banki zresztą od dawna za takich właśnie ich uważają.

— Prowadzenie konta "pepsa" to żaden powód do szczególnej satysfakcji. Wpływy na rachunek wcale wielkie nie są, a gdy pojawiają się na nim większe kwoty, od razu pojawia się pytanie, skąd je wziął i czy aby nie próbuje przeprać pieniędzy pochodzących z nielegalnego źródła — wyjaśnia menedżer, który zajmuje się bezpieczeństwem banku.

Infiltrują mnie!

Chodzi o ryzyko reputacyjne. Gdyby się okazało, a zagrożenie jest niemałe (jak pokazuje praktyka), że taki klient umoczony jest w aferę z podejrzanymi transakcjami, to bank będzie musiał potem świecić oczami, że na czas nie wyłapał przestępczych operacji. Sęk w tym, że nie bardzo ma jak sprawdzać polskich polityków. We wspomnianej ustawie mamy definicję "pepsa" — tyle tylko że nowela za "pepsa" uważa…. osoby mieszkające poza granicami Polski.

— Rozumiem ideę, żeby sprawdzać zagraniczne osoby publiczne, bo przecież, jeśli mają prać pieniądze, to raczej nie u siebie w kraju. Poza tym nasz rodzimy "peps" jest kontrolowany przez rozmaite służby. Niemniej nam ten zapis szalenie utrudnia życie — mówi pracownik banku.

Dlaczego? Ponieważ zagranicznych "pepsów" banki mogą sprawdzać, sięgając do powszechnie dostępnych baz danych. Potężne zasoby o celebrytach, politykach ma m.in. Dow Jones. Są też wyspecjalizowane firmy, które prowadzą bardzo skrupulatny biały wywiad, czyli codziennie śledzą informacje medialne, w tym również brukowe, wyłapując informacje także o potencjalnych kochankach, obecnych i byłych "pepsów". Także o naszych krajowych. Banki nie mogą jednak sięgnąć do tych zasobów bez wiedzy zainteresowanego, bo wcześniej muszą powiadomić danego polityka, że będą przetwarzać jego dane osobowe.

— Regulamin naszej korporacji nakłada na nas obowiązek weryfikowania osób zaklasyfikowanych jako klienci podwyższonego ryzyka, w tym m.in. polityków. Naszym właścicielom nie mieści się w głowie, że trzeba się z nimi obchodzić w rękawiczkach — mówi przedstawiciel dużego międzynarodowego banku.

Rodzimi bankowcy muszą się więc tłumaczyć przed zagraniczną centralą, że z naszymi "pepsami" trzeba postępować nadzwyczaj ostrożnie.

— Już widzę, jak jakiś poseł zwołuje konferencję prasową w Sejmie, że jego rachunek jest pod specjalnym nadzorem zagranicznego banku, za którym pewnie stoją jakieś służby chcące zdestabilizować sytuację w kraju — mówi jeden z naszych rozmówców.

— Ponieważ nie możemy korzystać z zagranicznych baz danych, sięgamy do internetu. Bardzo przydatna są rozmaite serwisy społecznościowe, np. Nasza-klasa — mówi jeden z bankowców.

Specjaliści od bezpieczeństwa pytają jednak, po co komplikować sobie życie? Czemu w ustawie o przeciwdziałaniu praniu brudnych pieniędzy nie ma polskich "pepsów"? Niestety, nie udało nam się uzyskać komentarza w tej sprawie od Ministerstwa Finanansów, które nowelę przygotowało. Nieoficjalnie mówi się, że projekt pisany był szybko, żeby przepisy, już mocno opóźnione, wprowadzić w życie. Inaczej groziły nam konsekwencje ze strony Brukseli.

— Ustawa mogłaby być ważnym elementem tarczy antykorupcyjnej. Tarcza chroni, ale polityków — mówi nasz rozmówca z banku.

Mniejsza o "pepsów" z pierwszych stron gazet. Bankowcy mówią, że największe zagrożenie przepierką brudnych pieniędzy występuje na szczeblu samorządowym, gdzie szereg transakcji między włodarzami miast, gmin a obsługującymi je spółkami, firmami może budzić uzasadnione podejrzenia.

— Obecnie, zgodnie z ustawą, w sposób mechaniczny rejestrujemy wszystkie transakcje powyżej 15 tys. EUR, zamiast skupić się na wybranych grupach podwyższonego ryzyka. Żeby walka z praniem brudnych pieniędzy była skuteczna, potrzebujemy ułatwień w tworzeniu baz danych i przetwarzaniu danych o klientach zaliczanych do tych grup. Oprócz mafiosów i szarej strefy należą do niej też "pepsy" — mówi jeden z bankowców.

100

tys. Na tyle szacuje się liczebność światka przestępczego w Polsce, odpowiedzialnego w największej mierze za próby wprowadzenia do obrotu finansowego wartości majątkowych pochodzących z nielegalnych źródeł.

13-27

proc. Taki odsetek PKB powstaje w szarej strefie, która odpowiedzialna jest za próby wprowadzania do obrotu finansowego wartości majątkowych pochodzących z nieujawnionych źródeł.

Rewolucja, czyli będą problemy

Krzysztof Wojdyło

Nowe rozwiązania można bez wahania określić jako rewolucyjne. Ustawa, która jest implementacją unijnej dyrektywy sprzed dwóch lat, znacznie rozszerza krąg podmiotów, które będą objęte obowiązkiem jej przestrzegania, oraz zakres obowiązków. Warto wskazać na trzy przykładowe rozwiązania, które wydają mi się szczególnie znaczące dla rynku.

Wśród podmiotów zobowiązanych do stosowania ustawy pojawili się przedsiębiorcy przyjmujący płatności w gotówce o wartości co najmniej 15 tys. EUR.

Zwróciłbym uwagę na przepis, który przy pobieżnej lekturze ustawy może umknąć uwagi czytelnika. Otóż ustawodawca nałożył obowiązek zaprzestania przeprowadzania transakcji z klientem, niepodpisywania umowy z klientem lub rozwiązania umowy z klientem w przypadku, kiedy dany podmiot zobowiązany nie może wypełnić obowiązków przewidzianych przez ustawę.

Istotną nowością będzie konieczność stosowania szczególnych środków ostrożności wobec osób zajmujących eksponowane stanowiska polityczne.

Nie mam wątpliwości, że podobnie jak na poziomie europejskim, tak również w Polsce nowelizacja spotka się z mniej lub bardziej uzasadnioną krytyką ze strony podmiotów, które będą musiały wypełniać obowiązki z niej wynikające. Stworzy też z całą pewnością wiele problemów praktycznych związanych z jej stosowaniem.

Uwaga, przedsiębiorcy! Przybyły wam nowe obowiązki!

Od dwóch tygodni obowiązuje ustawa o przeciwdziałaniu wprowadzaniu do obrotu finansowego wartości majątkowych pochodzących z nielegalnych lub nieujawnionych źródeł. Wcześniej prewencją zajmowały się głównie banki. Teraz obowiązek raportowania do generalnego inspektora informacji finansowej spoczywa na każdym przedsiębiorcy, który przyjmie płatność w gotówce o równowartości 15 tys. EUR. Przykładowo, gdy klient będzie chciał zapłacić za samochód w komisie 80 tys. zł żywym pieniądzem, sprzedawca o transakcji musi powiadomić GIIF. O ile do transakcji w ogóle dojdzie. Otóż, żeby klient mógł autem z komisu wyjechać, sprzedawca najpierw musi nabywcę zidentyfikować, co nie jest trudne, bo wystarczy, że spisze dane z dowodu osobistego. Ale to nie wystarczy. Teraz klienta trzeba jeszcze zweryfikować w dostępnych publicznie bazach danych, czyli stwierdzić, czy rzeczywiście jest tym, za kogo się podaje. Rzecz nie jest trudna, gdy kupcem jest osoba fizyczna. Gdy jednak samochód zechce kupić osoba prawna, wówczas z identyfikacją firmy mogą być problemy. Jeśli jest zarejestrowana w raju podatkowym, wtedy o sprzedaży można zapomnieć. Ustawa nakazuje w takiej sytuacji odstąpić od umowy lub ją rozwiązać. Nie są to puste nakazy. Znowelizowana ustawa przewiduje do 700 tys. zł kary za nieprzestrzeganie przepisów.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Eugeniusz Twaróg

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu