E-commerce to tylko biznes

Kamil Kosiński
opublikowano: 13-01-2010, 00:00

W e-biznesie jak wszędzie: liczy się pomysł i twarde prawa ekonomii. Są też wspólnicy i konkurencja. Nie zawsze uczciwa.

Wirtualna przedsiębiorczość zasadniczo nie różni się od tradycyjnej

W e-biznesie jak wszędzie: liczy się pomysł i twarde prawa ekonomii. Są też wspólnicy i konkurencja. Nie zawsze uczciwa.

Rozpoczęcie działalności biznesowej w internecie nie jest szczególnie trudne. Trzeba po prostu mieć dobry pomysł. A ten może np. wynikać z własnych potrzeb. Tak narodził się serwis aukcyjny eBay. Pierre’a Omidyara pchnęła do jego stworzenia narzeczona, zbierająca plastikowe figurki i mająca problem ze zdobyciem kilku okazów.

Podobną genezę ma sklep z bielizną Intymna.pl, uruchomiony na przełomie XX i XXI wieku przez Dagmarę Malczewską-Grzelak i Małgorzatę Lisowską.

— Powstał z własnej potrzeby. Jesteśmy z Koszalina i w tamtym czasie oferta bielizny w tym ponad 100-tysięcznym mieście była bardzo skromna. Dostać odpowiedni fason, graniczyło z cudem — wspomina Dagmara Malczewska-Grzelak.

Podobne odczucia mieli zapewne mieszkańcy innych regionów Polski, bo już po roku od uruchomienia sklepu obie panie były w stanie porzucić dotychczasowe zajęcia i utrzymywać się z e-biznesu.

— Sklep nie przynosił kokosów, ale dało się żyć — mówi Dagmara Malczewska-Grzelak.

Dopłacać nie trzeba też do serwisu Promoceny.pl, uruchomionego dwa lata temu przez spółkę Advanced Network Technologies. Istotą tego przedsięwzięcia jest prezentowanie w sieci gazetek reklamowych sieci handlowych. I to one płacą właścicielowi witryny za prezentację swoich ofert promocyjnych.

— W grudniu 2009 r. mieliśmy 300 tys. użytkowników. Jest więc spora grupa ludzi sprawdzających promocje przed udaniem się na zakupy. Sieci handlowe są skłonne płacić za dotarcie do nich ze swoją ofertą. Zwłaszcza, jeśli przedstawi się im konkretne korzyści, porówna, ile kosztuje dotarcie do klienta z tradycyjną, drukowaną gazetką, a ile przez nasz serwis — twierdzi Arkadiusz Dydo, prezes Advanced Network Technologies.

Twarda kalkulacja

Już w 1996 r. rozpoczęło działalność Centrum Rejestracji Oprogramowania (CRO), pro- wadzone przez Piotra Skulskiego. To pośrednik w rejestracji programów, które producenci udostępniają przez internet, ale nie za darmo. Początkowo działał ze względu na nikłą popularność kart płatniczych i problemy księgowe polskich użytkowników takiego software’u, którzy od producenta zwykle nie mogli uzyskać jakiegokolwiek dokumentu spełniającego wymagania polskich przepisów o rachunkowości. Ten problem rozwiązywało CRO, które najpierw dogadywało się z producentem, a potem wystawiało polskim klientom swojskie faktury. Obecnie klientów napędzają CRO nowe regulacje prawne, m.in. związane z funduszami unijnymi.

— W razie korzystania z pieniędzy z UE zakup oprogramowania za granicą wiąże się z dodatkową sprawozdawczością — informuje Piotr Skulski.

Twierdzi, że przez lata jego firma stała się stabilnym dostawcą, do którego klienci wracają. I mimo relatywnie niskich cen jednostkowych oprogramowania dystrybuowanego przez internet składają zamówienia o wartości nawet kilkudziesięciu tysięcy złotych. Nie oznacza to jednak, że firma nie miewa kłopotów.

— Na początku dekady zatrudniałem ponad 10 osób. Obecnie tylko sześć — przyznaje Piotr Skulski.

Bo e-biznes to nade wszys- tko po prostu biznes. Musi się więc domykać ekonomicznie. Boleśnie przekonuje się o tym Merlin.pl. Ten symbol polskiego e-commerce ma permanentne problemy ze zbilansowaniem działalności. A w połowie 2009 r. pojawił się wniosek o upadłość serwisu społecznościowego Grono.net. Sąd go nie uwzględnił, ale nawet udziałowcy nie ukrywają, że spory między nimi wyhamowały rozwój spółki.

Domenowe problemy

W Internecie, tak jak w realu, trzeba się też liczyć z nieuczciwą konkurencją. Najczęściej dotyczy ona nazw domen, czyli adresów internetowych prowadzących do witryn konkretnych firm. Taki problem miała Intymna.pl. Przez jakiś czas borykała się z konkurencyjnym przedsięwzięciem działającym pod adresem e-intymna.pl. Sąd polubowny ds. domen internetowych działający przy Polskiej Izbie Informatyki i Telekomunikacji orzekł jednak, że narusza to prawa właścicielek Intymnej.pl do znaku towarowego. Wziął przy tym pod uwagę, że sklep pod adresem e-intymna.pl ruszył kilka lat po przedsięwzięciu Dagmary Malczewskiej-Grzelak i Małgorzaty Lisowskiej, a w warunkach obrotu internetowego przedrostek "e" ma jedynie na celu podkreślenie internetowości przedsięwzięcia, natomiast istotą marki jest słowo następujące po tym "e".

Wchodząc w wirtualny biznes, warto pamiętać o problemach, które mogą się w nim pojawić. Zwłaszcza, jeśli chodzi o nazwę domeny, która jest kluczowym elementem każdego internetowego przedsięwzięcia. Czasami nawet opłaca się zadrzeć z większym. Sąd polubowny oddalił np. powództwo Krakowskiej Fabryki Armatur, używającej m.in. nazwy Armatura Kraków, a w logo samego słowa "armatura", przeciwko spółce Venga M. Cichawa i Wspólnicy, która zarejestrowała domenę armatura.pl. Uznał bowiem, że zbyt wiele firm ma w nazwie słowo "armatura", by krakowska fabryka mogła sobie rościć pretensje do wyłączności, a sama rejestracja słowno-graficznego znaku towarowego, którego głównym elementem jest to słowo, nie oznacza przyznania jego posiadaczowi monopolu na wykorzystywanie elementów tego znaku samodzielnie.

Kamil Kosiński

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Kamil Kosiński

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane