Edi najskuteczniejszy

Karolina Guzińska
opublikowano: 30-03-2006, 00:00

Bez systemu dofinansowania odzysku zużytego sprzętu elektronicznego opłacalność recyklingu będzie spadać. A zarabiać będą na nim głównie składowiska.

Typowa polska rodzina wymienia pralkę i odkurzacz średnio co 10 lat, a co 9 — odbiorniki radiowe i telewizyjne. Rzadziej, bo średnio co 14 lat, pozbywa się starej lodówki, a komputery wymienia co 3-5 lat. Najdłużej „żyje” samochód — do 15 lat. Wydaje się, że odzysk zużytego sprzętu to dobry interes, choć koszty są spore — wyspecjalizowana instalacja do rozdrabniania sprzętu AGD i RTV to wydatek rzędu 12 mln zł, a do tego jakieś 2 mln zł na stworzenie infrastruktury. Inwestycja powinna zwrócić się w ciągu 5 lat. Profesjonalne przerabianie złomu akumulatorowego wymaga zaś technologii za 60 mln zł.

Groźba sankcji

— Do izby przychodzi wielu interesantów, mówiąc, że chcą założyć firmę przerabiającą zużyty sprzęt elektryczny i elektroniczny. Pytam ich, ile pieniędzy mają do stracenia. Bo może być tak, że wydadzą kilka milionów na instalacje, a nie będą mieli czego przetwarzać — twierdzi Jerzy Ziaja, prezes Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Recyklingu.

Wtóruje mu Marek Osik, dyrektor firmy PROEKO Grupa Polska, utylizującej tego typu odpady.

— Radziłbym przeczytać ustawę o zużytym sprzęcie elektrycznym i elektronicznym. Jeśli komuś odpowiadają te przepisy, może rozważać inwestycję. Ja, przy obecnym ich kształcie, raczej bym do tego zniechęcał — dodaje.

Krytykowane przez branżę recyklingową prawo weszło w życie 21 października 2005 r. — system zacznie działać w pełni 1 stycznia 2009 r. Zobowiązuje ono przedsiębiorców wprowadzających na rynek sprzęt elektryczny i elektroniczny m.in. do dołączania do niego informacji o zakazie pozbywania się zużytych egzemplarzy razem z innymi odpadami, a przede wszystkim nakłada na nich obowiązek zorganizowania i sfinansowania zbiórki, przetwarzania, odzysku lub unieszkodliwiania tego typu odpadów.

— Zabrakło podstawowego założenia unijnej dyrektywy, którą ta ustawa implementuje. Mówi ono, że każdy kraj ma zebrać rocznie co najmniej 4 kg zużytego sprzętu w przeliczeniu na jednego mieszkańca. U nas ten punkt zniknął. W efekcie zbiórka ma być prowadzona osobno, a poziom recyklingu osiągany osobno — tłumaczy Jerzy Ziaja.

Według ustawy, przedsiębiorca musi odzyskać 8o proc. zużytego sprzętu, a przetworzyć 75 proc. — liczone od ilości zebranej, a nie wprowadzonej.

— Czyli firma, która wprowadziła na rynek 100 ton nowego sprzętu, a zebrała 1 tonę zużytego, z czego poddała odzyskowi 80 proc., a recyklingowi 75 proc. wykonała swój ustawowy obowiązek. W rezultacie firmy recyklingowe nie są w stanie zapewnić materiału w ilościach koniecznych do wykorzystania mocy przerobowych. Tracą na rzecz taniej wykonujących obowiązek składowisk odpadów — uściśla Jerzy Ziaja.

Sądzi, że zapis o 4 kg na mieszkańca zniknął w wyniku lobbingu producentów — gdyby obowiązywał, firmy przeniosłyby sankcje z tytułu niewykonania swego obowiązku na konsumentów, podnosząc ceny urządzeń.

— O pominięcie tego zapisu podejrzewam raczej ustawodawcę. Nie tylko producenci zdają sobie sprawę, że Polska nie osiągnie poziomu zbiórki 4 kg na mieszkańca rocznie. W takim przypadku pod koniec 2008 r. nasze państwo musiałoby zapłacić karę. A tak — nie ma zapisu, nie ma sprawy — uważa Marek Osik.

W efekcie w Polsce zabrakło podstaw do stworzenia systemu odzyskiwania odpadów — to największy mankament tej ustawy.

Koszty rosną

Producenci, ze względów medialnych, sami organizują akcje zbierania zużytych urządzeń ze swych serwisów, współpracując bezpośrednio z firmami recyklingowymi.

— Te czasy się kończą. Bo ustawa głosi, że mogą wykonywać swoje obowiązki samodzielnie lub przez organizacje odzysku — spółki akcyjne utworzone przez wprowadzających sprzęt, reprezentujące ich związki pracodawców lub izby gospodarcze. Jeśli te organizacje powstaną — a pewnie tak się stanie — producenci będą im płacić ogromne pieniądze w zamian za uwolnienie się od konieczności zajmowania się zużytymi urządzeniami. Dziś za odbiór kilograma niesprawnych produktów firma płaci nam 1 zł, a przy przedmiotach wielkogabarytowych około 30 zł za sztukę. A odbieram czasem 200 kg sprzętu, czasem zaś tonę. Tymczasem organizacje odzysku mogą ustalić inne stawki — nawet 10 groszy za kilogram — a firmy recyklingowe, by zdobyć zamówienie, będą musiały się na to godzić — obawia się Marek Osik.

W 2005 r. PROEKO Grupa Polska przetworzyła około 1,2 tys. ton odpadów elektrycznych i elektronicznych, wypracowując około 10 proc. zysku. W poprzednich latach jej profity sięgały 15 proc. W firmę uderzyła wysoka cena ropy —udział transportu w operacjach przedsiębiorstwa sięga bowiem 30 proc.

— Moglibyśmy przerabiać do 5 tys. ton, ale nie inwestujemy w rozbudowę linii technologicznych, bo Polska — w przeciwieństwie do innych krajów unijnych — nie dotuje firm recyklingowych. Stąd ujemny bilans przetwórstwa —twierdzi Marek Osik.

Koszt przetworzenia 1 kg zużytej lodówki to 3 zł, opłata produktowa — nakładana na producenta, który nie wywiąże się z obowiązku — powinna wynieść 2,5 zł, by zapewnić jej unieszkodliwienie.

— Tymczasem ustawa mówi o 1,8 zł za kilogram. Koszty zbiórki i przetwarzania odpadów są większe niż opłata produktowa — dodaje Jerzy Ziaja.

Potrzebne wsparcie

Odpady produkuje 13 mln gospodarstw domowych i jakieś 90 tys. przedsiębiorstw — samych lodówek Polacy wyrzucają, i to tylko z domów, ponad 44 tony rocznie. Jedynie nieliczne gminy organizują i finansują zbiórkę, więc — mimo 500 zł sankcji — ludzie wystawiają zużyty sprzęt przed domy. Inspektorzy ochrony środowiska nie wykryją i nie ukarzą wszystkich.

— W gospodarstwach domowych sprzęt żyje długo, zwłaszcza lodówka. Kiedy w końcu trafi na śmietnik, zjawia się „Edi” z wózeczkiem, zabiera ją do punktu skupu złomu i dostaje parę groszy na swoje potrzeby… — opowiada Marek Osik.

Przedsiębiorstwa gospodarujące odpadami zarabiają więc głównie na umowach z firmami, które wymieniają komputery i inny sprzęt.

— Płaci nam ten, kto pozbywa się sprzętu. Użytkownik nie powinien jednak ponosić kosztów działań recyklingowych. Wszędzie w Europie finansuje je producent. A wprowadzona w Polsce ustawa obliguje go do tego w niewielkim stopniu… Tak nie stworzymy rynku pozyskiwania odpadów. By powstał, potrzeba umów podpisywanych przez producenta z firmą odzysku, która w jego imieniu zbierze — bezpłatnie — sprzęt od użytkowników i go przetworzy, w zamian otrzymując od producenta kwit, który byłby podstawą do zwolnienia go z opłat produktowych — przekonuje Marek Osik.

Sporna kaucja

Według Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Recyklingu, dobrym pomysłem byłoby nakładanie kaucji na lodówkę czy telewizor. Taki system obowiązuje przy zakupie akumulatorów samochodowych. Dziś każdy, kto kupi nowy akumulator, a nie zda zużytego, płaci o 30 zł więcej.

— To nie przeszło, przegrywając z argumentem, że ludzie chcą mieć po 2-3 telewizory, kilka odbiorników radiowych itd. Zapomniano jednak, że wyrzucając stare urządzenie, nie zawsze kupuje się nowe. W efekcie większość sprzętu trafia do strumienia odpadów zamiast do przerobu. A żeby powstał rynek odzyskiwania odpadów, to odpad musi mieć jakąś wartość. Dlatego uważam kaucję za dobre rozwiązanie — postuluje Jerzy Ziaja.

Maciej Podlejski, kierownik działu skupu złomu w Baterpolu, nie zauważył znaczącego wzrostu dostaw zużytych akumulatorów po wprowadzeniu na nie kaucji w maju 2001 r.

— Ale zmieniły się kanały ich przepływu. Na bardziej cywilizowane. Dawniej znoszono nam akumulatory porzucane na wysypiskach śmieci, na złomowiskach… A ustawa sprecyzowała, kto ma się zajmować zbiórką, na jakich zasadach, a nawet jakim normom muszą sprostać samochody do przewozu tego złomu. Płacimy za niego, więc powstają firmy zajmujące się zbiórką ze względów komercyjnych. Od nich dostajemy więcej złomu niż od producentów akumulatorów — wyjaśnia.

Choć zużyty sprzęt elektryczny i elektroniczny profesjonalnie przerabia mniej więcej 15 firm, tylko dwie recyklingują akumulatory. Obie działają na Śląsku — bytomski Orzeł Biały, zdolny do przerobu 120 tys. ton złomu, oraz Baterpol w Świętochłowicach, z mocami przerobowymi sięgającymi 70 tys. ton rocznie.

— Kilka lat temu ostro konkurowaliśmy o pozycję na rynku. Powodem była wywindowana cena złomu przy spadającej cenie produktu. Dziś sytuacja się zmieniła — ceny ołowiu poszły w górę: z 300-400 USD za tonę w 2001 r., do 1200 USD za tonę obecnie. Ale chociaż obie firmy zarabiają, nie sądzę, by na rynku znalazło się miejsce dla trzeciej — uważa Maciej Podlejski.

Oba przedsiębiorstwa przerabiają niemal 100 proc. zużywanych w Polsce akumulatorów ołowiowych. W 2005 r. Baterpol, spółka, której czołowym akcjonariuszem jest Impexmetal, przerobił 42 tys. ton złomu.

— Nasze moce znacznie przekraczają podaż — to dziś największy problem. Rozwiązaniem byłoby sprowadzanie zużytych akumulatorów z krajów ościennych, lecz koszty są bardzo wysokie — uważa Maciej Podlejski.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Karolina Guzińska

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy